Berlin Half Marathon - zacznijmy odliczanie!

Ten list jest o przygotowaniach do półmaratonu. Ale nie tylko. Nasza sfochowana Czytelniczka przekazuje ciekawe prawdy pod płaszczykiem opowieści o przygotowywaniu się do ważnego biegu.

30 marca is coming. Szybko zleciało od momentu kiedy zostałam zapisana na półmaraton. Odbyło się to jakby poza moją świadomością. I co z tego, że znad komputera padło stwierdzenie: zaczęły się zapisy na półmaraton w Berlinie. Yhy. Fajnie, przecież rok już biegam. I drąży temat: może cię zapisać. Zapisać, jasne. W sumie dlaczego nie. Zapisz. Zapisz będę miała nową motywacje do biegania. Zapisał. Zapłacił. Zabukował hotel. Pięciokurwagwiadkowy. 5 minut od startu. Żebym miała większą motywację. Do przygotowania. Kasa już zaczęła płynąć w stronę Berlina. Mówią, że jest odwrotnie, że Oni robią przepływ kasy do nas. Nie mam pewności. 66 euro wpisowego zaksięgowali po tamtej stronie Odry jako wpływ. Dam radę.

Lekarka mówi: depresja. Ha ha. Nie mam czasu.

Biegam na co dzień. Ba. Ćwiczę fitness. Nie byle jaki. Taki wysiłkowy, ciężary, trening obwodowy. Rozciągam się na pilatesie. Będzie dobrze. Tak myślę w sierpniu 2013. Gdy rzeczywistość współgra ze mną. Codzienne treningi biegowe. Codzienny fitness. Praca. Dom. Czas. Brak czasu.

Koniec października. Spadek formy. Spadek wagi. Nie mam siły. Lekarka mówi: depresja. Ha ha. Nie mam czasu. Za wysoki poziom kortyzolu. Nie zaprzyjaźnię się z nim. Nie polubiliśmy się. Moja twarz w lustrze nie przypomina mnie. Półmaraton, muszę się wziąć w garść. Przecież we wrześniu nienajgorzej (biorąc pod uwagę kolkę od 2 km) przebiegłam w Gdańsku 10 km. Pamiętam przygotowania. Ćwiczenia na wytrzymałość, tempówki, podbiegi. Tysiąc innych rzeczy i wyrzeczeń. I ta kolka. Ale może dzięki temu w ogóle przebiegłam. Nie wiem. Półmaraton w marcu, opracuj plan, kobieto.

Każdy z nas jest trenerem reprezentacji narodowej, każdy lekarzem specjalistą.

Styczeń. Mam plan. Mąż mi przygotował. 20 tygodni przed zaczynam. Świetnie. Od października ani nie biegałam, ani nie ćwiczyłam. Ale mam plan. Dam radę. Rozbiegam się, będzie dobrze. 20. tydzień przed. Mróz. Ogromny mróz. Po pracy wracam do domu. Muszę wypuścić psa. Rozpalić w kominku. Wiecie taki z płaszczem zamiast pieca c.o. . Niech się tylko nagrzeje w domu. Ja się też rozgrzeję i wyjdę na ten mróz. Nie. Nie wyjdę. 1: 0 dla kołdry i łóżka w sypialni. I tak przez tydzień. I drugi. 30 styczeń. Od jutra zapisuję się na siłownię. Bieżnia mnie uratuje.

Rzeczywiście. Pierwszy tydzień zleciał. Mniejsza przyjemność z biegania na bieżni, ale są i plusy. Nie bolą mnie kolana ani biodro. Nie boli kość piszczelowa. Dialog z siłowni: „Kość piszczelowa. Tak, tak czytałem. Jest na to kilka sposobów, najlepiej nie biegać. Ale ból do wytrzymania. Nie, nie bolało mnie. Czytałem”. Każdy z nas jest trenerem reprezentacji narodowej, każdy lekarzem specjalistą. Drugi tydzień na bieżni. Huknęło w domu. Rozpierducha emocjonalna ze strony córki. Dorosłej studentki. Dla mnie nic nowego, ale 3 dni nie miałam siły ruszyć ręką ani nogą. Mąż w szoku. Nasza domowa siła spokoju. Pierwszy raz był świadkiem (ciągle poza domem, a opowieści jednak nie oddają klimatu całej akcji). Człowiek bez układu nerwowego, dwa dni dochodził do siebie.

Powiedzieć mamie, że pierworodna wnuczka zrobiła rewoltę.

Powrót na bieżnię. W domu trzeba wszystko poukładać. Kolejny raz. Trzeci rok studiów poszedł na straty. Zgodziła się na terapię. Po 8 latach, nareszcie. Bieżnia przez godzinę (naprawdę trzeba być twardym żeby to wytrzymać). Raz w tygodniu 12-15 km na świeżym powietrzu. Nie jest źle. Ciało pamięta wcześniejszy wysiłek. Gorzej z głową. Coraz trudniej wyłączyć myślenie. Wymyślam sobie, że będę prowadziła bloga. Kulinarnego. Trzymam się tego. Odwracam myśli na każdy sposób. Stworzę sobie świat alternatywny.

Powiedzieć mamie, że pierworodna wnuczka zrobiła rewoltę. Muszę znaleźć moment. Odpowiedni na taką rozmowę. Pojechać do Niej i wytłumaczyć. Przecież też była świadkiem. Nie jeden raz. A ostatnie święta. Przypomnij sobie, mamo. Nie, nie każę Ci zachowywać tych wspomnień, ale trudno o nich nie pamiętać. Winiłaś mnie, za to co się stało. Dobrze, że siostra Cię zatrzymała i próbowała wyjaśnić. Trochę. Całej prawdy mogłabyś nie znieść.

On mówi: cieszę się, na ten wyjazd we dwoje.

W pracy audyt. Audytor ze stolicy. U nas. W małej firmie z północy. Główny udziałowiec tak sobie życzy. Ok. Audytor człowiek niezależny (że się znają? Och, dzisiaj każdy zna każdego. Naprawdę? Bruce Willisie jak to się stało, że dotąd się nie poznaliśmy). Kilku ich u nas było wcześniej. Dlaczego przy tym czuję się jakbym był wzywana przed komisję Macierewicza?

Bieżnia po pracy. Czas ucieka. Nie mam nadal numeru startowego. Może on przyniesie mi szczęście. Biegniemy wczoraj. Razem. Mąż sprawdza jak mi idzie. Wieczór piękny, powietrze rześkie. On mówi: cieszę się, na ten wyjazd we dwoje. Ja się roześmiałam, też chciałabym tą radość podzielać. No, nie zazdroszczę Ci. Ale dasz radę. W razie czego przejdziesz. Spacer po Berlinie środkiem ulic, w środku dnia. Fajnie. To może przygotuję kanapkę, wezmę wodę zamiast izotonika, owoce i zrobię sobie spacer. Bez presji, ambicji i całej tej reszty. Przecież lubię Berlin i to się chyba nie zmieni.

Sfochowana czytelniczka

Więcej o: