Wszystko może być dobrze, trzeba tylko chcieć!

Ludzie się spotykają, kochają, mijają. Każdy potrzebuje czasu, by sobie ułożyć życie po nieudanych związkach. W takich momentach czasem jest trudno, ale one też po coś są. Przekonuje o tym nasza Czytelniczka.

Dziś będzie optymistycznie. Fajne z Was babki, a z fajnymi babkami trzeba się dzielić fajnymi historiami. Będzie o miłości, o radości, o odnalezieniu siebie. Chcę się podzielić radością, ale chcę też przekazać światu prawdę, którą odkryłam sama, samiuteńka. Ale o tym na końcu.

On nie chciał się angażować, ja z kolei miałam silną potrzebę stabilizacji.

W 2010 roku poznałam fantastycznego chłopaka. Bardzo szybko okazało się, że się świetnie dogadujemy, mamy podobne poczucie humoru, lubimy spędzać ze sobą czas. Historia piękna jak ta lala. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie to, że nie do końca jasno sprecyzowaliśmy swoje oczekiwania. Oboje byliśmy mniej lub bardziej poszarpani przez poprzednie historie, ale u obojga wywołało to różne potrzeby. On nie chciał się angażować, ja z kolei miałam silną potrzebę stabilizacji (a przynajmniej tak to wtedy nazywałam). To się nie mogło udać. Na początku 2011, w bólach i cierpieniach, każde poszło w swoją stronę.

Teraz będzie o mnie. Było mi źle, przez prawie rok. Przez ten czas cały czas miałam wrażenie, że potrzeba mi kogoś u boku, kto będzie mnie utwierdzał w przekonaniu, że jestem wartościową osobą. Sama sobie tego nie potrafiłam zapewnić. Wydawało mi się, że aby osiągnąć szczęście, trzeba po prostu być z kimś. A skoro znów nie wyszło, to na pewno pomogą stare, sprawdzone sposoby: papieroski, alkoholowe imprezy co weekend, wgapianie się w tv - bo najlepiej nie myśleć o beznadziei, lepiej się jej oddać (sic!).

Stała się kolejna rzecz, której się nie spodziewałam - zakochałam się w sporcie!

Aż w końcu przyszedł taki czas, że przestawiłam swoje życie na zupełnie inne tory. To nie było tak, że wstałam rano i powiedziałam sobie: "Dość, od dziś będzie pięknie". Oj nie, to nie było takie proste. Zaczęło się od wyjazdu na drugi koniec świata z zupełnie obcymi ludźmi. Nie w poszukiwaniu szczęścia, swojej połowy czy czegokolwiek. Po prostu, by zmienić otoczenie, dotknąć czegoś nowego. Poznałam fantastycznych ludzi; otwartych, energicznych, co najważniejsze, różnych. Każdy z nich wniósł do mojego życia coś innego. Wróciłam rozentuzjazmowana, szczęśliwa, młodsza duchem. Zaszczepiłam w sobie nieustającą chęć do poznawania nowych rzeczy - miejsc, ludzi, muzyki, kultur, kuchni(!).

Niedługo potem dotarło do mnie, że palenie, które wcześniej dawało mi tyle radości, wcale nie idzie w parze z tą nową energią, która, na całe szczęście, mnie nie opuszczała. Rzucanie nie było trudne, ale utrzymanie zdrowej wagi już tak. Musiałam zatrzymać potrzebę dojadania dodatkowych porcji słodkich świństewek, zapisałam się więc na fitness. Czas spędzony poza domem równa się czasowi spędzonemu z dala od lodówki. Stała się kolejna rzecz, której się nie spodziewałam - zakochałam się w sporcie! Ja! Kilka lat temu, wyciągnąć mnie na rower, rolki, czy spacer - zapomnij! Obecnie, jestem nieszczęśliwa, jeśli nie dostarczę sobie odpowiedniej dawki endorfin. No i nie palę 1,5 roku (wcale nie potrzeba wspomagaczy, jeśli tylko naprawdę chce się rzucić).

Każdego wieczoru robiłam podsumowanie dnia, cieszyłam się z rzeczy, które udało mi się osiągnąć.

Kolejne wypady, małe i duże (tu pragnę zaznaczyć, że mam na myśli zarówno wycieczki rowerowe po okolicy, jak i weekendowe, czy dłuższe wypady trochę dalej, niekoniecznie na drugi koniec świata), sport, dobra książka, otwieranie się na nowych ludzi, chęć sprawdzania się w nowych sytuacjach, próbowanie nowych rzeczy - to wszystko sprawiło, że stałam się inną osobą. Nabrałam pewności siebie, zaczęłam się doceniać. Każdego wieczoru robiłam podsumowanie dnia, cieszyłam się z rzeczy, które udało mi się osiągnąć.

I tak mi mijały kolejne dni: łatwo, lekko i przyjemnie - praca, konstruktywne popołudnia, planowanie kolejnych wypraw. Sama, ale nie w poczuciu samotności, szczęśliwa ze sobą, optymistyczna.

W 2013 znów wstrząsnęło moją głową. Tym razem bardziej dosłownie. Wracałam z przyjaciółmi z jednej z wypraw. Mieliśmy bardzo poważny wypadek samochodowy, spędziliśmy kilka dni w szpitalu za granicą. Po powrocie do domu, trzeba było przystanąć, zastanowić się, przewartościować, pokonać lęki. Pomógł szybki powrót do pracy, pomogli przyjaciele, odwiedził mnie On. I zaczął odwiedzać częściej.

W każdej chwili można zmienić swoje życie, trzeba tylko chcieć i doszukać się w tych zmianach sensu.

Ponad dwa lata po rozstaniu zaczęliśmy rozmawiać i analizować. W zasadzie, słuszniej byłoby powiedzieć: siedliśmy i wyrzygaliśmy - swoje ówczesne bolączki, oczekiwania, niedomówienia. Otwarcie porozmawialiśmy o obecnych potrzebach i oczekiwaniach od życia, od świata, od samych siebie. Okazało się, że przez minione dwa lata każde z nas przebyło swoją drogę, a tu i teraz spotkaliśmy się w tym samym miejscu. Ja przyjęłam, on został. Jesteśmy szczęśliwi, już po zaręczynach, w trakcie przygotowań do ślubu

Życie, jak widać, zaskakuje, zarówno pozytywnymi, jak i przykrymi historiami, ale nic nie dzieje się bez powodu. Teraz to wiem i cieszę się, że ta kręta droga doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj.

W każdej chwili można zmienić swoje życie, trzeba tylko chcieć i doszukać się w tych zmianach sensu. Z niepowodzeń i przykrych wydarzeń można wyciągać wnioski i naukę na przyszłość. Można odnaleźć swoją wartość, wyzbyć się kompleksów, pokochać siebie. Dzięki temu nie szuka się kogoś tylko po to, by czuć się dowartościowanym; w zasadzie, nie trzeba już niczego szukać. Dopełnienie samo się znajdzie.

Zapewne jest to oczywiste, ale rzecz chyba polega na tym, że trzeba dojść do tego samemu. Mnie się to udało, a jedyne, czego mogę żałować, to że nie stało się to wcześniej.

Z.

Więcej o: