Z dziećmi wstęp wzbroniony! Bo ja chcę mieć tu spokój!

Scenka rodzajowa, którą przedstawia Czytelniczka jest w zasadzie zabawna, ale... Łączymy się w bólu. Która kobieta nie pragnie czasem tylko i AŻ świętego spokoju?

Taka sytuacja. Poszłam sobie w niedzielę do salonu kosmetycznego, żeby poddać się zabiegowi depilacji włosia z miejsc intymnych. Robię to co miesiąc. Boli jak cholera, ale lubię to, bo to taki mój czas. Zostawiam w domu dziecko z mężem i idę sobie spacerem do tego ładnego miejsca. Rozumiecie - dbam o siebie, idę do ładnego salonu, miłe panie mnie miło obsługują. Wiecie - coś jak SPA tylko to mi jest NAPRAWDĘ potrzebne (nie chcę zarastać buszem). Nie mam czasu na masaże i peelingi, bo one nie są mi aż tak potrzebne.

Panie się miło uśmiechają, to przecież taki uroczy widok, młody tatuś tak słodko z synkiem sobie chodzi i gada, prawda?

Ale do rzeczy. Poszłam w minioną niedzielę. Kolejka, więc siadam na wygodnej kanapie, sięgam po bzdurną gazetkę, by sobie odmóżdżająco poczytać i odpoczywać. Relaksacyjna muzyczka płynie z głośników. Miło. I nagle pojawia się on i ono. Wchodzi pan z synkiem małym - takim, co ledwo gada, ale szybko już biega. I pan głośno do synka (i do siebie) przemawia. „Gdzie mamusia? Krzycz: MAMO! Gdzieś tu jest mamusia, musimy ją znaleźć”. Panie w większości się miło uśmiechają, to przecież taki uroczy widok, młody tatuś tak słodko z synkiem sobie chodzi i gada, prawda?

Ja się nie uśmiecham od początku, bo coś mi to wszystko źle pachnie. Jeszcze nie wiem, jak bardzo mam rację. Tatuś zaczyna swoje: „Oj, synku, zesikałeś się. O FUUUU, ale się zesikałeś, masz wszystko mokre. FUUUU”. Panie już się nie uśmiechają tak szeroko. Ja jestem już naprawdę zła. Tym bardziej, że gdy pani zza lady całego przybytku pyta miło (!), jak się nazywa pani matka, której szukają, a następnie sprawdza w rejestrze klientek - okazuje się, że nie ma teraz mamusi na zabiegu. Pan z synkiem jednak nie odpuszcza, bo synek zesikany, więc szykuje się w najlepsze do zmiany pieluchy.

Chodzi mi o to, że są takie miejsca, gdzie ludzie, a przede wszystkim kobiety chcą nie doświadczać obecności dzieci.

Panie już wszystkie lekko poirytowane. Pani zza lady mówi z wymuszonym uśmiechem, żeby pan synka trzymał i żeby synek tak nie biegał po całym salonie, bo tu „wie pan, gorący wosk nosimy, może się zdarzyć nieszczęście” - synek wciąż biega, pan niezbyt przejęty. A ja mam ochotę mu powiedzieć, by zjeżdżał z tym dzieckiem i zasikanymi pieluchami na drzewo.

Skąd we mnie tyle agresji? Nie chodzi tylko o bezmyślność pana, co ewidentnie zgubił matkę swego dziecka gdzieś po drodze. Chodzi mi o to, że są takie miejsca, gdzie ludzie, a przede wszystkim (co tam, nie bójmy się tego sformułowania!) - kobiety chcą nie doświadczać obecności dzieci. Mam swoje w domu i je tam zostawiam, bo traktuję przestrzeń salonu kosmetycznego jako przestrzeń stworzoną dla mojej przyjemności, a jeśli nawet mi to zwisa, to są inne kobiety, które tu przyszły i one też PRAWDOPODOBNIE chcą mieć święty spokój, a nie się martwić (lub przynajmniej obserwować) teatr dla dzieci i zagrożenie zalania łepetyny woskiem.

Coraz bardziej jestem za tym, by na niektórych lokalach (tak, też knajpach, a co!) widniało na wejściu „wstęp z dziećmi zabroniony”. Zanim mnie ukamieniujecie w komentarzach, zastanówcie się, czy naprawdę możecie pierwsi rzucić kamieniem?

Kaśka