Jestem słoikiem i jestem z tego dumna

Napisała do nas Czytelniczka-słoik. O tym, jak wyglądała "cała logistyka codzienności w oderwaniu od bezpiecznej bazy, jaką była dla mnie rodzina". I dlaczego warto być słoikiem.

Oglądając ostatnio program śniadaniowy, przy śniadaniu, jak sama nazwa wskazuje, natknęłam się na temat młodych lub nie tak bardzo młodych dorosłych, którzy z różnych powodów zamieszkują jeszcze z rodzicami.

Daleka jestem od oceniania takich ludzi. Doceniam komfort domowych pieleszy, wiem też jakim wyzwaniem finansowym bywa osiągnięcie samodzielności i nie jestem pewna, jak wyglądałaby moja sytuacja życiowa, gdybym miała wybór. Ale nie miałam.

Jestem ukochaną, najmłodszą i trochę rozpieszczoną córeczką.

Jestem słoikiem. Pochodzę z niewielkiego miasteczka i w poszukiwaniu porządnej edukacji musiałam w wieku osiemnastu lat wyprowadzić się kilkaset kilometrów od domu rodzinnego, od pysznych obiadków mamusi i jej opiekuńczych kwoczych skrzydeł. Ta sytuacja, z którą spotyka się rokrocznie tysiące młodych ludzi w naszym kraju, była dla mnie wyzwaniem. Jestem ukochaną, najmłodszą i trochę rozpieszczoną córeczką. Rozpoczęcie samodzielnego życia w obcym mieście, samotność, poczucie, że jestem zdana tylko na siebie, bywały przerażające. Zdarzało się, że po weekendzie spędzonym w domu, musiałam w pociągu siłą powstrzymywać napływające do oczu łzy.

Ale dzisiaj, z perspektywy dziesięciu lat samodzielnego życia wiem, że nic nie dało mi tak wspaniałych możliwości rozwoju, jak ta wyprowadzka właśnie.

Dobrze jest czasami pobyć z boku, z dystansu, a fizyczna odległość bardzo wiele tu ułatwia.

Zaczęło się od rzeczy banalnych, tak prozaicznych, że większość z Was mnie wyśmieje. Płacenie rachunków, planowanie wydatków, zapełnianie lodówki, co wcześniej magicznie robiło się samo. Poza tym, przyszło mi się zmierzyć z trudniejszymi sprawami, jak mieszkanie na stancji, układanie sobie relacji ze współlokatorami (a, to jest temat na książkę?), oczywiście studia, praca, brak kasy. Krótko mówiąc, cała logistyka codzienności w oderwaniu od bezpiecznej bazy, jaką była dla mnie rodzina.

Po drugie, samotność. Dobrze jest pobyć czasami samotną wyspą, żeby móc się lepiej sobie przyjrzeć, pozwolić sobie na autorefleksję, na pracę nad sobą, co bywa trudne, gdy jest się silnie osadzonym w systemie rodzinnych powiązań. Dobrze jest czasami pobyć z boku, z dystansu, a fizyczna odległość bardzo wiele tu ułatwia.

Jestem dumna z siebie, gdy spojrzę na tę zagubioną osiemnastoletnią dziewczynkę z perspektywy samodzielnej kobiety, którą jestem teraz. I mam świadomość, że być może gdyby nie ta wczesna wyprowadzka, to bardzo trudno byłoby mi się wyrwać spod opiekuńczych skrzydeł rodziców.

Ja wpadałam do domu raz w miesiącu, na chwilę i „z automatu” byłam wtłaczana w swoją starą rolę.

Obserwuję kilku znajomych nastolatków, którzy przeżywają dziś to, co było moim udziałem kilka lat wstecz. Część z nich zerwała się ze smyczy i zachłysnęła nowo nabytą wolnością, ale inni, takie same ofiary losu, jaką ja byłam, wspaniale rozkwitają.

Wczesna wyprowadzka nie ma jednak samych plusów. Rodzicom moich znajomych, którzy mieszkali z nimi podczas studiów chyba łatwiej było zaakceptować, że ich dziecko dorosło, bo mierzyli się z tym faktem na co dzień. Ja wpadałam do domu raz w miesiącu, na chwilę i „z automatu” byłam wtłaczana w swoją starą rolę, bo moja rodzina nie zdążyła się jeszcze oswoić z moją niezależnością. Ale i to jest do wypracowania, choć nie zawsze było różowo.

I mimo że mieszkam teraz w dużym mieście z dostępem do edukacji i wielu wygód, to jeżeli będę mieć dzieci, wyślę je na studia daleko, może nawet zagranicę. Niech się trochę poobijają, niech trochę popłaczą w poduszkę, ale niech wyjdą z tego silne i samodzielne.

Pola

Więcej o: