10 rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego

Nasza stała Czytelniczka Aniakuleczka przypomniała nam o tej smutnej okazji. I napisała o tym, jak pamięta Pana Barda. I przygotowała spis piosenek - czytajcie, słuchajcie, wspominajcie.

10 lat temu, 10 kwietnia 2004 roku mój świat obiegła wiadomość o śmierci Jacka Kaczmarskiego. Zanim ten dzień stał się dniem śmierci wielu innych, była to rocznica śmierci Jacka.

Już wiele razy pisałam w komentarzach na Fochu, że nie mam gustu muzycznego rozumianego przez znajomych. Mój gust to treść i muzyka bardziej niż styl i konwencja. Dlatego czasem sprawiam wrażenie, że wychowałam się w schowku pod schodami razem z Harrym Potterem bez dostępu do masowej kultury, bo gdy masowa kultura mojego pokolenia trwała - ja słuchałam Kaczmarskiego i Stachury. Całą sobą.

Mówią o nim bard, pieśniarz. To trochę ograniczające i upupiające.

Jacek napisał kilka epitafiów dla ludzi świata. Jemu nikt fajnego dotychczas nie. Ja się nie pokuszę, bo kiczu nie lubił, więc tylko prozą napiszę wam o nim kilka słów, o jego muzyce, żeby podzielić się tym geniuszem.

Mówią o nim bard, pieśniarz. To trochę ograniczające i upupiające. Dla mnie był Poetą. Studiował polonistykę, rzeczywiście chodził do Naszej Klasy, miał niesamowity zmysł obserwacji świata i opisywania go tak, że czasem do dziś odkrywamy na nowo kunszt jego zdań, sformułowań. Dla swoich słuchaczy był wymagający. Bo trzeba było znać, rozumieć choć trochę świat i kulturę, żeby zrozumieć jego treści. I to w nim lubię. Tę gimnastykę umysłową, której trzeba się podjąć, żeby wejść w labirynt przenośni i nawiązań.

Kaczmarski stał się symbolem polskiej Solidarności. To znów mocno ograniczające. Potem bardem emigrantów - i to znów nie wszystko, bo patrząc na jego twórczość w kontekście całego jego życia - emigracja to miejsce zamieszkania, a nie tematyka utworów.

Był artystą płodnym nad wyraz. Nie tylko w żony i dzieci.

Och, dla mnie był symbolem mądrych ludzi. Za młoda jestem, żeby śpiewać „Mury” pod Stocznią. Ale już wystarczająco stara, żeby odśpiewywać jego piosenki godzinami na spotkaniach poświęconych tylko i wyłącznie jego piosenkom. Taki klimat. Raz za całe pieniądze jakie miałam kupiłam wejściówkę do Sali Kongresowej na koncert Jacka. Sala ogromna, a on zrobił w niej koncert kameralny w duchu, z publicznością odśpiewującą refreny.

Był artystą płodnym nad wyraz. Nie tylko w żony i dzieci. W tysiące wierszy i piosenek. Przygotowałam krótki spis moich jego ulubionych piosenek i pieśni. Pieśni to takie piosenki, przy których czujesz, że świat staje na chwilę, albo w głowie pojawiają się myśli i pytania, od których pocisz się z wysiłku. Te o sens, o to, co ważne. Umiał tak pisać i tak śpiewać, że potrafił kształtować światopogląd.

Utwory Jacka Kaczmarskiego podzieliłam pokrótce i wybrałam po jednym lub dwa z każdego typu. Podział jest mój, arbitralny, nieoczywisty. Jestem tylko fanką. Nie krępujcie się iść dalej, niech internet stoi przed wami otworem.

Piosenki zaangażowane historycznie i politycznie. To te, z których uczyłam się historii. O Jałcie, o Katyniu, o bliższej i dalszej historii świata. Na dziś zostawiam was ze smutnym „Katyniem” i niestety wciąż aktualną, choćby ze względu na sytuację w Rosji i na Ukranie „Jałtą”.

Piosenki zaangażowane społecznie - tych jest wiele. Niektóre stały się społeczne, choć opisują np. powstanie Spartakusa jak „Mury”, inne wciąż aktualne i wciąż inspirujące, jak „Nasza klasa”, która przyklejona do dzisiejszej fali emigracji zdaje się być zadziwiająco aktualna.

Wiele utworów było zainspirowanych czyjąś twórczością - np. malarską. Tak powstał album „Muzeum” pełen piosenek nawiązujących do obrazu, a jednocześnie komentujących współczesność.

I w tej konwencji inspiracji wielką sztuką pojawiają się piosenki inspirowane wielkimi ludźmi. Tu Jacek Kaczmarski dochodzi do wirtuozerii, gdyż pisząc piosenkę o innym twórcy nadaje jej charakter zgodny ze sztuką tego autora. To kunszt, który nieustannie mnie inspiruje.

Wam polecam „Jana Kochanowskiego”, ale przede wszystkim „Marcina Lutra”. Te polecam, bo zakładam, że np. „Epitafium dla Wysockiego” to każdy już zna. Bohaterom powieści Sienkiewicza i Prusa też poświęcił po piosence czy dwóch.

Jacek pisał też o życiu, o trudnym życiu. Czasem o pijackim życiu - boleśnie, szczerze, śmiesznie. Pisał o sobie. I o Bogu, choć to paradoksalne, ale tylko trochę. Więcej nauczyłam się o historii, o Bogu, o wierze. Więcej przeżyłam w tych piosenkach niż przez całą edukację szkolną posłusznego czytania lektur i notowania na lekcjach.

Już kończę, bo obiecałam, że tekst wrzucony znienacka do Focha będzie krótki. Bardzo bym chciała, żeby choć jedna z piosenek wam przypadła do gustu. Może nie te, które tu wrzuciłam, a to naprawdę promil moich ukochanych. Zgaduję, że te najpopularniejsze albo znacie, albo nic wam z nich nie przyjdzie. Dlatego nie wrzuciłam linka do „Obławy” czy „Snu Katarzyny II”. Ale macie wyszukiwarki i mam nadzieję, że właśnie zrobiłam wam apetyt, żeby je sobie odświeżyć.

Aniakuleczka

PS. Dziś 10 kwietnia. Rocznica w Polsce trudna. Cztery lata temu, w smutku i zamęcie tamtej soboty nuciłam tę oto piosenkę.

Więcej o: