Ten kraj mnie zawiódł - wyjeżdżam

List naszej Czytelniczki, która wraca do małego miasta z poczuciem klęski, wywołał wiele reakcji. Oto kolejna - list od dziewczyny, która ma poczucie, że jak uciekać, to tylko na koniec świata.

Przeczytałam list "Kiedy odtrąbić sygnał do odwrotu" i pomyślałam sobie, że chciałabym mieć taki problem. Zazdroszczę ludziom, których zawiodło wielkie miasto, którzy wracają do korzeni, którzy mają jeszcze nadzieję, że tu, w tym kraju może im być dobrze. Mnie ten kraj zawiódł i uciekać chcę o wiele dalej. Taki jest plan. Spieniężyć dobytek, wybrać cel (choć ten właściwie już wybrany) i zająć się paleniem mostów.

Nie ukrywam, że słyszałam już wiele przykrych słów pod swoim adresem, gdy tylko zdradzałam się ze swoimi poglądami. Możecie zatem nie wahać się i rzucać kalumnie, jestem przekonana, że gorzej i tak nie będzie. To i tak moi rodacy są jednym z powodów, dla których zdecydowanie chcę wyemigrować z tego kraju. Tak, tak - będę generalizować, bo obudziłam się niedawno ze świadomością, że to nie ze mną jest coś nie tak, to nadal coś jest źle z ludźmi, którzy w Polsce są większością i to ich poglądy całkowicie wpływają na cały ten chory system.

Nie zliczę, ile razy słyszałam: "Chcesz zmian, to musisz je sama zacząć wprowadzać". To doprawdy zabawne, że są jeszcze ludzie, którym wydaje się, że coś mogą i że kolejna petycja zmieni cokolwiek w tej rzeczywistości. Pusty śmiech mnie ogarnia.

 

Ten kraj nie dał i nie daje mi nic, poza potężną dawką frustracji. Zanim wyjedziecie mi z darmową edukacją i z bezpłatną służbą zdrowia, błagam, zastanówcie się dwa razy - nie będziecie zabawni, wyjdziecie po prostu na idiotów. Uwielbiam ludzi mówiących, że cokolwiek dostajemy za darmo. Za darmo i bez najmniejszego wysiłku dostajemy jedynie kolejnych nieudolnych "polityków", takich jak ten cały Adamek, dla którego jedynym właściwym miejscem jest chyba jakiś zakład zamknięty. Choć doprawdy, spora część polskich polityków sprawia wrażenie, jakby niegdyś byli bokserami - od tych mocnych sierpowych ma prawo coś się w głowie poprzestawiać. A najgorsze jest to, że ktoś na tego... człowieka zagłosuje.

Adamek

Polityka, to temat prawie niewyczerpany, o kościele nie powinnam pewnie wspominać, gdyż piana leci mi z pyska, a po ostatnich rewelacjach płynących z reportażu Gazety Wyborczej mózg mi stanął i piany nie jestem w stanie już kontrolować. Z przyjemnością przeczytałam głos w sprawie tego reportażu, ale tak naprawdę to tylko słowa. Na zmianę tej mentalności potrzeba nadal lat. Nasze pokolenie przechodzi na tryb egoistyczny i naprawdę trudno się ludziom dziwić, że zaczynają myśleć wyłącznie o sobie. Bo nikt inny o nich nie pomyśli i kropka. Te wszystkie jednoczące inicjatywy, marsze, parady - to wszystko jest nisza, która robi dobre wrażenie, ale nie zmienia nic. I nie zmieni jeszcze przez wiele lat.

Kiedyś myślałam, że przecież wszyscy chcemy lepiej i inaczej. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że to, że wszyscy moi znajomi prezentują poglądy podobne do moich, oznacza tyle, że siedzimy sobie razem w pewnej niszy, której poglądy i marzenia nie mają nic wspólnego z tymi, które prezentuje większość społeczeństwa. Mówicie, że to nieprawda? Poczytajcie komentarze pod ważnymi tekstami w mediach. Ten nóż, który otworzy Wam się w kieszeni może ciężko pokaleczyć.

Płakać mi się chce, gdy moi znajomi wypruwają sobie żyły w kolejnych korporacjach, mieszkając nadal w wynajętych mieszkaniach, bo z pensją "adekwatną do swoich umiejętności", to cud, że stać ich na dojazd do wypasionych siedzib pracodawców. Ci, którzy już się poddali i pracują poza granicami kraju, rzadko bywają niezadowoleni. A mit o tym, że jak wyjedziesz, to gary będziesz zmywać - osłabia mnie maksymalnie. Pomijam już kwestię, że zmywanie garów, to naprawdę żadna ujma. To tylko kwestia podejścia i zdecydowania, co jest naprawdę ważne. Ten w chory sposób pojmowany prestiż, czy spokój i jakakolwiek pewność jutra.

Wkurza mnie, że ci znajomi, którzy dali się namówić na założenie działalności, płaczą teraz po kątach, bo czy zarabiasz czy nie, ZUS płacić musisz, a gówno z tego masz. Co z tego, że pracujesz dla korpo, ale na swoim, skoro zwolnić z usług można cię w sekundę, bez konsekwencji, bez słowa wyjaśnienia. I tak dobrze, jak zapłacą ci ostatnią fakturę. Bo to ponoć wcale nie takie częste.

Dzieci? Jakie dzieci? Szczerze podziwiam tych, którzy decydują się na dzieci w tych warunkach społecznych i ekonomicznych. To jest prawdziwe bohaterstwo - nie, to nie jest żaden sarkazm. Wojny o badania prenatalne, cesarkę, lekarzy, miejsce w przedszkolu, zasiłki dla niepełnosprawnych. Przecież to jest dramat. Rodzenie w Polsce to czyn heroiczny.

Ten kraj zawiódł mnie na tylu poziomach, że mogłabym o tym pisać jeszcze trzy godziny. Nie wiem jednak po co, bo doskonale wiem, co pojawi się w komentarzach. Ponieważ nie będę pewnie na nie odpowiadać, od razu spróbuję odpowiedzieć na kilka potencjalnych zarzutów, przemycając jeszcze kilka małych frustracji.

Powiecie, że trawa zawsze jest bardziej zielona na trawniku sąsiada i że gdzieś indziej wcale z tym systemem nie jest lepiej. Że politycy to zawsze mendy, że wszędzie są afery, że wszędzie jest na co narzekać. I oczywiście będziecie mieli rację. Tylko że są miejsca, gdzie żyje się lokalnie, gdzie to ta mała społeczność jest najważniejsza. To jest coś, czego mi brakuje - społeczność. Taka, że sąsiada nie poznajesz wtedy, kiedy idziesz opieprzyć go za worki ze śmieciami, notorycznie wystawiane na klatkę schodową. Taka, w której jeśli coś należy do wszystkich, to się o to dba, a nie traktuje jak niczyje. Taka, w której możliwe jest to, co opisały ostatnio Wysokie Obcasy. Powiecie, że to wszystko można osiągnąć i tutaj. Pewnie macie rację, tylko terminy chyba dość odległe. Ja próbuję już pięć lat.

Powiecie, że to jest moja OJCZYZNA, że nie powinnam jej opuszczać, bo jestem jej potrzebna. Bo "Ojczyznę kochać trzeba i szanować". Ja powiem, że nieodwzajemniona miłość bardzo często zmienia się w nienawiść. Właśnie tego doświadczam. Ten kraj mnie nie kocha, ten kraj traktuje mnie jak użyteczny przedmiot. Ten kraj nie jest dla mnie, on jest dla ludzi, którzy przeszli już w stan pogodnej rezygnacji, poddali się albo są u jego steru. Nie chcę poświęcać już nawet złotówki podatku na to, żeby ten system funkcjonował w ten sposób. Bo nie wierzę w to, że coś się tu za mojego życia zmieni.

Powiecie, że gdzieś indziej też będę niewolnikiem systemu. Może i tak, ale to będzie mój przemyślany wybór, a nie los na jaki jestem skazana żyjąc tutaj - przecież nie z wyboru. Poza tym wierzę, że są lepsze systemy. Takie, w których jednostka może czuć się pewnie i bezpiecznie. Może czas to zweryfikuje. Obserwując jednak tych, którzy już uciekli mogę stwierdzić, że są podejrzanie szczęśliwi. Czyżby jednak dezercja była dobrym sposobem na osiągnięcie stanu świętego spokoju?

Powiecie, że jestem słaba i poddaję się pędowi do posiadania. Że jestem materialistką, nie dbam o idee, że uciekam, zamiast starać się coś naprawiać, że porzucam kraj, który mi tyle dał. To ja bardzo proszę jeszcze raz w punktach - co on mi dał? Nie czuję się specjalnie obdarowana. Dorzućcie jeszcze ten fajny argument, że mogłam urodzić się w Korei Północnej. Mogłam, ale urodziłam się tutaj i mam święte prawo być z tego powodu niezadowoloną. I jeżeli mam szansę coś zmienić, to powinnam z tego prawa skorzystać. Bo nie będzie to tylko dbałość o mój los, ale także o godne życie moich dzieci i rodziców, którym będę mogła na starość pomóc.

Zapytacie skąd ta pewność? Płynie z prostych wyliczeń, polegających na odjęciu od mojej potencjalnej pensji wszelkich kosztów życia, mieszkania czy ubezpieczenia. Naprawdę przyłożyłam się do tej matematyki. Wychodzi na to, że nie tylko przestanę żyć od pierwszego do pierwszego, ale będę w końcu mogła mieć coś, czego w obecnej sytuacji mieć nie jestem w stanie. OSZCZĘDNOŚCI. Och, oczywiście, praca nigdy nie jest pewna. Wiem. Mam jednak wrażenie, że jest nadal pewniejsza tam niż tutaj.

Powiecie, że porzucenie rodziny i znajomych będzie bolesne. Będzie. Ale podejrzewam, że także na krótką metę. Teraz nie mogłabym pozwolić sobie na przebycie takiej odległości, jaka dzielić mnie będzie od rodziny i znajomych, raz w miesiącu. Pieniądze szczęśliwie rozwiązują naprawdę wiele problemów, nie tylko własnych.I nie rozumiem zarzutu, który pada dość często - "porzucasz swoje idee". Jakie idee na litość boską? Czy jedynie słusznym wyborem jest trzymanie się brzytwy, krwawiąc niemiłosiernie, bo ta brzytwa jest moja z nadania? Czy to jest, u licha, jakiś chory obowiązek - tu się urodziłeś, tu padnij i leż? Skąd ta nienawiść do tych, którzy chcą dla siebie lepiej i więcej? Nie mogę tego pojąć.

Podobno ostatnie badania pokazały, że zaledwie 17% Polaków nie myśli o emigracji. Odliczając tych, którzy nie mają najmniejszych szans na zrobienie ze swoim życiem czegokolwiek poza granicami tego kraju - ze względu na wiek, nieznajomość języka, brak kwalifikacji - pozostają pewnie ci z rysunku Jerzego Wasiukiewicza. Może czas zacząć im tłumaczyć?

https://www.facebook.com/Jerzy.Wasiukiewicz.RYSUNKI https://www.facebook.com/Jerzy.Wasiukiewicz.RYSUNKI

Pozdrawiam

Dezerterka

Więcej o: