Jak pracować w piekle? Załóż działalność gospodarczą

Działalność gospodarcza miała być rozwiązaniem wszelkich problemów - na czele z zatrudnieniem. Czy jednak życie "na swoim" jest naprawdę takie różowe? Nasza czytelniczka zdaje się być zaprzeczeniem tej tezy.

Od jakiegoś czasu czytam teksty pracujących malkontentów. Czytam o tych, którzy cierpią poddając się zaiste prawdziwie idiotycznym korporacyjnym zasadom. Słucham też swoich znajomych, którzy relacjonują mi wizyty na coachowych sesjach (bardzo, bardzo trendy w korporacjach), coroczne - często trwające po wiele godzin - rozmowy podsumowujące prace i wyznaczające cele na nadchodzący rok. Osobiście znam korporację (zajmującą się sprzedażą sera i masła), która wartość pracowników oceniała po tym jak szybko umieją odtworzyć przedstawiony im wcześniej model z klocków LEGO. Są też ci, którzy na stanowisko średniego szczebla muszą przejść wieloetapowe rekrutacje, rozkładające na maleńkie czynniki każdą z kwalifikacji i umiejętności potencjalnego kandydata. „Dziękujemy, przeszła Pani pierwszy etap. Jeszcze cztery przed Panią, potem rozmowa z prezesem i centralą. Powinniśmy wyrobić się w dwa miesiące”. Jest szansa na wymarzony etat, z całą jego otoczką. I tą dobrą i tą złą.

Są wśród moich znajomych też ci (większość z nas przekroczyła, albo zaraz przekroczy magiczną 30tkę), którzy świadomie decydują się na pracę na umowie śmieciowej. Wiadomo, taka propozycja wychodzi od szefa, ale też często spotyka się z aprobatą. Praca nie jest taka wymarzona, ale wezmę I od razu poszukam czegoś lepszego. Składki? Nikt chyba nie łudzi się już dzisiaj, że te odkładane na emeryturę przełożą się kiedyś na możliwość utrzymania. Zostaje jeszcze opieka medyczna, którą załatwiamy wykupionym w prywatnej klinice abonamentem (ok. 100 zł miesięcznie) lub słynnym dobrowolnym ubezpieczeniem w NFZ. Mamy poczucie wolności, samodzielności. Przynajmniej przez chwilę.

Rejestracja firmy przebiegła bez stresu pourazowego, tak często występującego po zderzeniu się z naszą cudowną polską biurokracją.

Ale jest jeszcze gorsza forma zatrudnienia. Własna działalność gospodarcza. Firma, z którą współpracuję od prawie dekady, po kontroli ZUSu przestała zatrudniać na dzieło i zlecenia. Jednoznacznie dano mi do zrozumienia, że powinnam wystawiać faktury, inaczej się pożegnamy. No dobrze, nie taki diabeł straszny. Podobno. Dzięki cudownej, cudownej, poleconej przez znajomych księgowej, rejestracja firmy przebiegła bez traumy i stresu pourazowego, tak często występujących po zderzeniu się z naszą cudowną polską biurokracją. Za niecałe 200 złotych ta sama księgowa bierze na siebie odpowiedzialność za wszystkie kwestie z grupy ZUS i inne diabelstwa, przesyłając nam jedynie kwoty do przelania na określone konto. Program komputerowy pozwala na szczęście na wygenerowanie faktury przez kompletnego komputerowego idiotę. A później? Dwa pierwsze lata prowadzenia tzw. przedsiębiorstwa to wsparcie państwa, wpłacającego grosze jako wyrównanie składek. Zaręczam, mija jak z bicza trzasnął. Potem nie jest już tak wesoło. Co miesiąc płacę ok. 1500 zł (ZUS, NFZ plus księgowa), dodając do tego kilkaset złotych VAT.Tyle samo płacą ci, którzy zarabiają krocie i zatrudniają masę ludzi.

Instytucji nie obchodzi, czy mam z czego zapłacić.

Ktoś mądrze doradził mi, żeby kupić samochód (stary padł) w leasingu, co zmniejsza VAT do stawek groszowych. To tyle. Prowadzę własną firmę od 4 lat. Mieszkam w Warszawie, tak samo jak moi rodzice, nie mam więc gdzie wracać w razie kłopotów. Taki ze mnie przedsiębiorca jak z koziej d trąba. Moje zarobki są różne, tak samo jak w umowach śmieciowych. Raz zarabiam 5 tys., znacznie częściej 3500, 3000 a nawet mniej. Minus wszystkie opłaty oczywiście. W sezonie wakacyjnym zarabiam mniej niż wynoszą moje zobowiązania w stosunku do ZUSu i innych podobnych złodziejskich instytucji. Ale płacić trzeba. Niezależnie od tego, ile zarobiłam. Instytucji nie obchodzi, czy mam z czego zapłacić. Nie interesuje ich, czy w danym miesiącu zarobiłam cokolwiek.

Mam płacić i już. I to różni mnie od osób na umowie śmieciowej.

Zupełnie nie obchodzi ich, że powinnam najpierw opłacić rachunki i inne, jakże nieprzydatne rzeczy. Komu potrzebne światło, prąd i jedzenie na stole? Kogo obchodzi, że dziecko (z wpadki, inaczej nigdy byśmy się nie zdecydowali) potrzebuje specjalistycznej terapii, za którą oczywiście nie zapłaci państwo? Mam płacić i już. I to różni mnie od osób na umowie śmieciowej. Po prostu mam płacić. Nawet jeśli nie mam. Na szczęście mam męża pracującego na etacie, w dobrej państwowej instytucji, a jego pensja ratuje nas w kłopotach i zakłada niejednokrotnie za ten nieszczęsny ZUS i spółkę. Nie ukrywam, że często ratują nas rodzice. Na szczęście mają takie możliwości. Nie mam złudzeń. Marzę o tym, żeby pozbyć się tej cholernej działalności. Marzę o tym, żeby nie gonić z wywieszonym językiem za kolejnymi zleceniami, bojąc się, że jutro ich nie będzie. Marzę o tym, żeby pojechać na dwa tygodnie wakacji. Bez przerwy! Marzę o tym, żeby nie bać się, jak będzie w kolejnym miesiącu. To dalekie marzenia od tego, co było jeszcze dziesięć lat wcześniej. Czy takie miało być dorosłe życie?

M.Cz.