Uciążliwy jak gwóźdź wbity w stopę - mobbing

Napisała do nas Czytelniczka, której udało się wyrwać z toksycznej pracy. Opowiada swoją historię, ale i radzi, co można robić, jak się bronić, gdy padnie się ofiarą mobbingu.

Z dużą przyjemnością czytam artykuły Biurwy. Myślę, że byśmy się zaprzyjaźniły, gdyby przyszło nam się spotkać. Kto wie, może w którymś miejscu pracy mijałyśmy się na korytarzach, albo nawet siedziałyśmy w tym samym open space. Po lekturze tekstu o powodach odejścia z pracy postanowiłam do Was napisać. Już jakiś czas to we mnie siedziało, ale jakoś nie mogłam się zabrać za temat. Może musiało minąć trochę czasu, musiałam nabrać dystansu i ochłonąć. Bo to, co było moim udziałem, naprawdę było koszmarem.

Czułam, że powinnam się odnaleźć i dostosować, a nie czepiać się, bo mam nerwowego i niemiłego szefa.

Zastanawiałam się nad sobą - może coś jest ze mną nie tak i nie potrafię się dostosować. O pracę nie jest łatwo, jak się ją już ma, na dodatek nieźle płatną, dość ciekawą, to nie można wybrzydzać i się czepiać. Dodam, że była to moja pierwsza praca etatowa po paru śmieciówkach, tych bardziej czułam, że powinnam się odnaleźć i dostosować, a nie czepiać się, bo mam nerwowego i niemiłego szefa. Ale kiedy organizm zaczął się buntować, kiedy zaczęłam mieć problemy ze zdrowiem, ze snem, z jedzeniem i gdy moi przyjaciele i rodzina zaczęli, niby w żartach, ale zupełnie poważnie przebąkiwać, że gotowi są się zrzucić na moją pensję, dopóki nie znajdę czegoś innego, ale to g... powinnam rzucić natychmiast - wówczas dotarło do mnie, że coś jednak jest na rzeczy.

A o co chodzi konkretnie? Ano o mobbing. Ten trudny do udowodnienia, nieraz bardzo subtelny w swych przejawach, a uciążliwy jak gwóźdź wbity w stopę, lekceważony przez pracodawcę (choć oficjalnie aktywnie zwalczany) mobbing. Czym to się przejawiało w moim wypadku?

To jeszcze nie jest mobbing, choć szef utrudniający JAWNIE pracę zespołu chyba powinien być wzięty pod lupę.

Pracowałam w instytucji państwowej, na tak zwanej ciepłej posadzie. Trzynastki, grusze, niezłe pieniądze. Tylko ten szef... Znajomy prezesa, jeden z tych, co to nic nie potrafi, ale przecież żyć z czegoś musi. Powiecie, że tego kwiatu jest pół światu? Słusznie. Ale ten był wyjątkową mendą. To, że sam niewiele był w stanie zrobić i załatwić, to nic. Najgorsze, że przez wiele błędów, niedopatrzeń, celowego wprowadzania w błąd, przegapionych terminów i niewyspanych maili (Tak, tak, pamiętam, wysłałem) kulała praca całego wydziału. Powiecie - dlaczego nie było reakcji z góry? Też bym chciała wiedzieć. Ale nie było.

To jeszcze nie jest mobbing, choć szef utrudniający JAWNIE pracę zespołu chyba powinien być wzięty pod lupę. Mobbingiem jest już jednak mówienie do pracowników uwłaczających ich godności rzeczy. Pozwalanie sobie na chamskie komentarze na temat ich życia prywatnego. Komentowanie w chamski sposób każdego urlopu (branego przepisowo, wcześniej planowanego, zgłaszanego z dużym wyprzedzeniem) czy zwolnienia lekarskiego - fakt, że przez ostatni rok chorowałam częściej niż wcześniej. Po jakimś czasie lekarz powiedział mi jasno i wyraźnie: to nie jest kwestia wirusów i przeziębień, problem leży w permanentnym stresie, żaden organizm czegoś takiego nie wytrzyma, musi zacząć się buntować.

Nie miałam dowodów, bo nie przyszło mi do głowy, by nagrywać, nie miałam kogo prosić o wstawienie się za mną, bo każdy bał się podpaść.

Mobbingiem jest też wołanie do swojego gabinetu, prośba o zamkniecie drzwi, a następnie wulgarne uwagi. Delikatne sugestie, by może porozmawiać merytorycznie, kończyły się zawsze jeszcze większą słowną agresją. Zdarzało mi się potem siedzieć w kabinie w toalecie i walczyć z trzęsącymi się dłońmi i z płaczem. To tylko wierzchołek góry lodowej. Do dziś, gdy o tym myślę, czuję, jak mi skacze ciśnienie. Mogę przytoczyć wiele takich historii. Opowiedziałam je szczegółowo przedstawicielom specjalnej komórki ds. mobbingu, która wykazała się sporym zrozumieniem (oraz zadziwieniem i zażenowaniem), ale jak mi nieoficjalnie powiedziano: bez twardych dowodów na piśmie, bez świadków, którzy potwierdzą moją historię, bez nagrań - sytuacja jest przegrana, bo to moje słowo przeciwko słowu szefa. Nie miałam dowodów, bo nie przyszło mi do głowy, by nagrywać (zawsze myślałam, że takie rzeczy to tylko w filmach), nie miałam kogo prosić o wstawienie się za mną, bo każdy bał się podpaść („kochana, mam dziecko, mam kredyt, mam coś tam - wybacz, ale nie mogę stracić ten pracy”).

Dziś jestem zupełnie gdzie indziej. W normalnej, fajnej pracy. I z perspektywy czasu i miejsca mogę doradzić wszystkim, którzy podejrzewają, że coś jest nie tak: nie lekceważcie objawów ciała i duszy. Szukajcie szybko innej pracy i uciekajcie. Życie jest jedno, po co w nim wrzody i trzęsące się dłonie z powodu jakiegoś kretyna? Jeśli chcecie walczyć: zbierzcie dowody. Nagrywajcie wszystko. Przesyłajcie sobie maile, w których widać jakiekolwiek nieprawidłowości. Proście o pomoc, może nie każdego takiego człowieka da się usunąć, ale niech chociaż co dziesiąty straci robotę przez swoje zachowanie, to już coś.

Mrówka

Więcej o: