"W Polsce czuję się na cenzurowanym" - list młodej matki

Jedna z naszych Czytelniczek postanowiła odnieść się do listu o karmieniu piersią i dyskusji, jaki wywołał. Jej zdaniem, Polska nie jest przyjazna dzieciom i młodym matkom, a pierś odsłonięta podczas karmienia budzi większe oburzenie niż powszechny widok panów oddających mocz w miejscach publicznych.

Szanowna Redakcjo oraz Szanowni Czytelnicy Focha (zakładając optymistycznie, że mój list zostanie opublikowany),

Już miałam olać temat i nie podnosić sobie ciśnienia niepotrzebnie wdając się w polemikę dotyczącą publicznego karmienia piersią, ale dzisiaj w nocy karmiąc (nomen omen) moją córkę uderzyła mnie pewna myśl i już nie pozwoliła zasnąć. Przypomniałam sobie propozycję, żeby dla zachowania dyskrecji przykrywać główkę dziecka szalem. Najpierw pomyślałam jak by to było gdyby wszyscy obrażający czyjeś uczucia estetyczne zakrywali się szalami - śmiesznie czy strasznie? Na przykład: panowie z szalem na mięśniu piwnym na plaży, osoby starsze z szalem przykrywającym zmarszczki, itd. Potem pomyślałam, że o ile szal znajduje zastosowania w przypadku noworodka (zwłaszcza zimą), to próby zakrywania ruchliwego kilkumiesięczniaka są z góry skazane na niepowodzenie. Na dodatek przy temperaturach panujących ostatnio to zwyczajnie niepotrzebne męczenie malucha (chciałbyś jeść z szalem na głowie w upale?). Wreszcie zdałam sobie sprawę, że w całej dyskusji toczącej się w komentarzach, bardzo rzadko poruszany był aspekt właśnie komfortu dziecka, któremu trochę trudno wytłumaczyć, że dostanie pić za pół godziny, jak matka znajdzie ustronne miejsce. Bo przecież dobrze wychowane niemowlę (sic!) powinno pić i jeść zgodnie z ustalonymi przez rodzica porami. Ten nieszczęsny szal urósł mi do rangi symbolu i skłonił do refleksji, że w Polsce dość powszechna jest tendencja do przedmiotowego traktowania dzieci. Dziecko ma być przede wszystkim "grzeczne" = niewidoczne w przestrzeni publicznej i ciche. Rolą rodzica jest utrzymywanie go w ryzach tak żeby nie przeszkadzało ludziom, tzn. dorosłym. Nawet na fochu w ostatnim czasie pojawiły się dwa listy o podobnym wydźwięku (dziecko przeszkadzajace pani się zrelaksować u kosmetyczki i dziecko, które ośmieliło się zrobić kupę akurat kiedy pan chciał zjeść ciasto w samolocie). Oczywiście, nie przeczę, że rodzicom niejednokrotnie brakuje kultury przy zaspokajaniu potrzeb dzieci, ale zastanawiam się, czy pokazanie kawałka piersi przy karmieniu, gdy na każdym rogu wisi billboard reklamujący wyesponowanym biustem np. szambo, jest aż takim problemem?

W Polsce powszechna jest tendencja do przedmiotowego traktowania dzieci. Dziecko ma być przede wszystkim "grzeczne" = niewidoczne w przestrzeni publicznej i ciche.

Może nie uruchamiałabym się aż tak przy całej sprawie, ale miałam to szczęście, a może pecha, że koniec ciąży i pierwsze miesiące życia mojej córki, przemieszkałam w Norwegii. Jak już nie raz wspominano w komentarzach jest to kraj ekstremalnie przyjazny rodzicom. Dziecko jest tam dobrem narodowym do tego stopnia, że państwo przy najmniejszym podejrzeniu, że nie zajmujesz się nim odpowiednio, nie waha się, żeby je odebrać. Nie jak u nas, gdy jest już prawie zakatowane na śmierć, a zdziwieni sąsiedzi mówią, że nic nie zauważyli niepokojącego (bo wiadomo - krzyki czy szarpanie to przecież normalne środki wychowawcze). Ale o tym może kiedy indziej... Mieszkając w Norwegii miałam wrażenie, że do potrzeb dzieci podchodzi się jakoś bardziej wyrozumiale. I to na każdym etapie rozwoju - ciamkającego z piersi niemowlaka i ruchliwego kilkulatka, który akurat chce sobie pośpiewać i potańczyć, mimo, że jest w Urzędzie Skarbowym. Wszędzie są podjazdy. W każdej knajpie, urzędzie itp., w toalecie jest przewijak. W większości centrów handlowych są wydzielone strefy dla rodzica z dzieckiem (przewijak, fotel do karmienia, mikrofalówka). Przestrzeń publiczna jest zdecydowanie bardziej niż w Polsce pełna wesołych, czasem dość głośnych, ale zdecydowanie szczęśliwych dzieciaków. Każdy jakoś bardziej rozumie, że dziecko nie może być całą dobę ciche i spokojne.

Cały czas czuję się na canzurowanym. Czy jestem szaloną wózkową, bo wyzwałam faceta, który o mały włos przejechał mnie i wózek na przejściu tłumacząc, że wprawdzie mnie widział, ale "gdyby zwolnił to by mu wjechali w d(...)"?!

Po powrocie do kraju (mieszkam w Trójmieście), przeżyłam swoisty szok kulturowy. Po wyprawie autobusem na Starówkę, miałam poważny problem z przedostaniem się z wózkiem na przystanek po drugiej stronie ulicy (schody, schody i jeszcze raz schody). W Sopocie przez godzinę (bezskutecznie) szukałam knajpy z przewijakiem żeby zjeść obiad i przy okazji ogarnąć też młodą. Na moim własnym, stosunkowo nowym, osiedlu codziennie nadkładam 15 minut drogi do spożywczaka, bo w linii prostej brakuje podjazdów, a schody są naprawdę mega strome. A zanim wyjdę na zakupy, oglądam sobie w telewizji śniadaniowej mamuśki, które dyskutując o przekłuwaniu uszu niemowlakom, stwierdzają otwarcie, że to ICH dziecko i będą z nim robiły co chcą (może powinny zrobić też tatuaż tym maluchom - w końcu takie małe dziecko szybko zapomina o bólu, a ryzyko infekcji w renomowanym salonie, praktycznie żadne). No i co jakiś czas czytam w Internecie o matkach bezczelnie karmiących publicznie piersią, zamiast jak Pan Bóg przykazał, butelką. To właśnie moje miasto zasłynęło ochroniarzem, który podszedł w centrum handlowym do karmiącej mamy i polecił przenieść bar mleczny do specjalnego pokoju (do mnie też podszedł ochroniarz w Norwegii, gdy karmiłam - zapytać, czy znalazłam to, o co pytałam go wcześniej, z samym karmieniem jakoś nie widział problemu). No i cały czas czuję się na canzurowanym. Czy jestem szaloną wózkową, bo wyzwałam faceta, który o mały włos przejechał mnie i wózek na przejściu tłumacząc, że wprawdzie mnie widział, ale "gdyby zwolnił to by mu wjechali w d(...)"?! Czy oczekiwanie, że samochód zaparkuje na chodniku tak, żebym mogła przejść z wózkiem to jeszcze norma, czy już może roszczeniowa postawa?

Dotychczas widziałam tylko jedną kobietę karmiącą publicznie w sposób opisany przez autorkę listu. Za to tylko w ostatnim miesiącu miałam okazję zobaczyć aż dwóch panów sikających publicznie w tak zwany biały dzień.

Na koniec warto dodać (co już niejedna komentująca osoba zauważyła), że problem publicznego karmienia jest trochę sztucznie rozdmuchany. Być może mój przykład nie stanowi twardego dowodu na częstotliwość "świecenia cyckiem przy karmieniu", ale dotychczas widziałam tylko jedną kobietę karmiącą publicznie w sposób opisany przez autorkę listu (oczywiście było to w Norwegii). Większość kobiet robi to na tyle dyskretnie, na ile im dziecko i rozmiar biustu pozwalają. Za to tylko w ostatnim miesiącu miałam okazję zobaczyć aż dwóch panów sikających publicznie w tak zwany biały dzień. Ten ostatni przykład przytaczam ponieważ (z zupełnie niezrozumiałych dla mnie względów), picie mleka z piersi przez niemowlęta, jest chętnie porównywane do wydalania moczu. Pominę fakt, że włożyć sobie końcówki od miksera do oczu miałam ochotę raczej przy siusiających panach niż karmiącej pani, ale jak mawia klasyk "piękno tkwi w oczach patrzącego" i może rzeczywiście widok jest dla niektórych porównywalnie obrzydliwy. Niezależnie jednak od tego jak często to zjawisko występuje, apeluję o trochę więcej wyrozumiałości dla spragnionego dzieciaka i matki, która chce zaspokoić jego potrzeby w sposób najbardziej dla siebie i dla niej komfortowy.

Mam też nadzieję, że wybaczycie pewien chaos refleksji w tym liście, ale wiecie jak jest - matka, hormony, szaleństwo... ;-)

Z pozdrowieniami,

Matka Polka od Cycka