Czy żyjemy w społeczeństwie kastowym?

Nasza Czytelniczka poczuła się zamknięta w grupie społecznej jak w klatce. Ale takiej wygodnej, z której wcale nie ma się ochoty uciekać.

Do napisania do was tego listu zainspirowała mnie wypowiedź mojej koleżanki, młodej lekarki. Siedzimy sobie w gronie przyjaciół, wszyscy mamy plus minus trzydziechę, skończone studia, parę lat pracy za sobą. Żyjemy całkiem nieźle, zaręczamy się, pobieramy, rodzimy dzieci, bierzemy kredyty, wyjeżdżamy na wakacje, chodzimy do teatru i do kina. Czasem robimy sobie wypad na weekend, wypijemy piwko przy grillu, posprzeczamy się o politykę, pogadamy o książkach i filmach. Jesteśmy tak od siebie różni, każde z nas jest takie inne. Czyżby?

Niepodobnych do nas wyeliminowaliśmy z naszych podgrup, gdzieś jeszcze na etapie podstawówki.

Moja koleżanka powiedziała: "Słuchajcie, ja na izbie przyjęć to się stykam z niezłym przekrojem społeczeństwa. Czasem przychodzą ludzie, o których istnieniu tacy jak my nie mają zielonego pojęcia. Nie zauważamy ich nawet". I tak sobie pomyślałam, że choć jesteśmy tacy wszyscy (w naszym gronie) od siebie różni, to tak naprawdę jesteśmy zupełnie tacy sami. Mamy różne poglądy, ale one się mieszczą w pewnym określonym zakresie. Podobnie z doświadczeniami. Niby różne, ale nigdy nie krańcowe. Wyszliśmy z podobnych domów, przebywaliśmy w otoczeniu ludzi podobnych do nas. Tych niepodobnych jakoś naturalnie wyeliminowaliśmy z naszych podgrup, gdzieś jeszcze na etapie podstawówki, która była ostatnim miejscem, gdzie stykaliśmy się z bardzo różnymi ludźmi - dziećmi z bardzo różnych domów, wykształconych i zupełnie nie, ciepłych i ocierających się o patologię, tych, w których były pieniądze (jako takie nawet, ale były) i tych, w których ich nigdy nie było.

Niby gardzimy takimi podziałami, ale świetnie się w nich czujemy.

Oglądam czasem w telewizji tak zwane "patologie". Zdarza mi się w pracy, w przerwie na kawę, zajrzeć do tabloida leżącego w kuchni. Czytam tam o ludziach, których istnienie wydaje mi się nierealne. To nie jest kwestia tego, że czuję się lepsza. Chodzi mi tylko o to, że jestem zupełnie zamknięta w pewnym określonym towarzystwie, które wydaje mi się jedynym punktem odniesienia. Wiem, że są inni ludzie, żyjący inaczej, mający zupełnie inne problemy czy priorytety, ale tak rzadko się z nimi stykam, że mam wrażenie, że tak naprawdę ich nie ma. I wszystko to, co inne trochę podświadomie wydaje mi się niewłaściwe. Bo - wiadomo - właściwe jest moje. Wygląda na to, że żyjemy sobie w takim społeczeństwie kastowym, oddzieleni od siebie bardzo skutecznie. Niby gardzimy takimi podziałami, ale świetnie się w nich czujemy. Odgradzamy się, bo to nam daje poczucie bezpieczeństwa i solidarności w grupie. Zamykamy się na własne życzenie, bo wyjście na zewnątrz może się skończyć niezłym szokiem kulturowym. I pewnie się to nie zmieni. Ale może warto się nad tych chociaż zastanowić?

Iga