Walczcie o siebie! Smutna historia o bulimii i samookaleczaniu

Bardzo smutny i poruszający list o walce z chorobą. Jak to jest nienawidzić swojego ciała i walczyć z nim aż do niemal kompletnej autodestrukcji? Przeczytajcie koniecznie, może dzięki temu coś zauważycie, czegoś unikniecie.

Pisząc do Was, nie wiem dokładnie czego chcę. Być może jedni zmieszają mnie z błotem i powiedzą: "głupia, sama się w to wpakowała", inni dadzą mi naklejkę "chora psychicznie", ale może któraś z Was odnajdzie cząstkę siebie, swojej historii, w moim przekazie. A może to potrzeba wylania tego wszystkiego na kartkę papieru?

Mam na imię Amelia, w tym roku kończę 19 lat. Zacznę od tego (nawet nie wiem od jakich słów zacząć, "urodziłam się", "od paru lat choruję", "jestem") że od zawsze czułam, że jestem inna. Zazwyczaj małe dziewczynki bez zawstydzenia paradują w samych majteczkach, ja się od zawsze wstydziłam swojego ciała. Było ono po prostu częścią mojej egzystencji, a jednocześnie byłam/jestem wrażliwa na jego punkcie.

Bili, nazwali betoniarą, hamburgerem, mówili, że śmierdzę.

Czas przedszkola mijał radośnie, w odróżnieniu od szkoły podstawowej, gdzie zaczęły się wyzwiska. Nie lubili mnie - cichej, spokojnej, grzecznej Meli (tak mówili na mnie nauczyciele). Bili, nazwali betoniarą, hamburgerem, mówili, że śmierdzę. A ja codziennie rano, z godzinę, przed szkołą, siedziałam w wannie i myłam się, aby tylko skończyli z obrażaniem mnie. Od tego zaczęło się objadanie (teraz wiem, że jest to kompulsywne objadanie się) - jadłam ze trzy porcje obiadu dziennie, parę paczek chipsów i batoników, aby tylko ukoić ból. Moje ciało zostało zaatakowane, moja najwrażliwsza sfera została zdeptana.

Nie mówiłam rodzicom. W domu były awantury, kłótnie, widziałam bicie mojego brata, ja nie byłam bita ("powinnaś być wdzięczna, że nie dostałaś porządnego wpie***, może wtedy byłabyś innym człowiekiem"). Nas (mnie i mojego brata) wychowywali na dwa różnie sposoby: Juliusza biciem, mnie - krzykiem i karaniem. Dlatego nie miałam do nich zaufania i nie mam do dzisiaj.

Nauczyciele nie robili nic, ba... nawet podśmiewali się z żartów "moich kolegów".

Efektem objadania się była nadwaga. Nie pamiętam, ile ważyłam dokładnie, ale zapewne gdzieś w granicach 60 kg, w podstawówce, przy niskim wzroście. Obrażali mnie dalej, z większą siłą. Nauczyciele nie robili nic, ba... nawet podśmiewali się z żartów "moich kolegów". Tak wytrwałam do 6 klasy. Wtedy po raz pierwszy chciałam się zabić. Nie mogłam tego znieść. Poszłam na wagary, kupiłam żyletkę. Bez namysłu pocięłam się, wzięłam jeszcze tabletki uspokajające, wzięłam ich dużo. Zasnęłam... Obudził mnie tata, wylał na mnie wodę, odzyskałam przytomność, zabrali mnie na pogotowie. Tam pielęgniarka opatrzyła mi rany, nie były głębokie. Skończyło się na tym, że dostałam w twarz od mamy, a pielęgniarce powiedziałam, że to głupia zabawa. Nie byłam wstanie niczego powiedzieć więcej, byłam pełna podziwu dla sztuki aktorskiej mojej mamy, która udawała, jak bardzo jest zrozpaczona wybrykiem córki. Nigdy do tego incydentu nie wracałyśmy.

Tu mój pierwszy apel, do każdej i każdego z Was, kto używa żyletki, aby wypisać na swoim ciele swój ból. Wiem, że słowa "nie róbcie tego", nic nie dadzą, bo dla mnie przez następne dni i tygodnie też nie dawały. Ale robiąc to, sprawicie, że Wasz ból będzie jeszcze większy, Wasze ciała, staną się dla Was, jeszcze większym więzieniem. Jeśli możecie - krzyczcie, rysujcie, biegnijcie przed siebie, wtulcie się w sierść psa, jeśli nikogo bliskiego nie ma. Wypłaczcie się przyjacielowi, ale nie rańcie siebie jeszcze bardziej.

Ja brnęłam dalej. Nie mogłam się ciąć na rękach, więc cięłam się na nogach, gryzłam wargi, wszystko po to, aby zobaczyć krew - esencję cierpienia. Potem na jakiś czas przestałam. Wstąpiłam do Oazy Ruchu Światło Życie (nie, to nie będzie świadectwo o Bogu). Tam poznałam ludzi, którzy mnie zaakceptowali - pierwsze zauroczenia, miłości (miałam wtedy 15-16 lat, wcześniej nie zakochiwałam się, uważałam, że to nie dla mnie). Próby porozumienia się ze swoim ciałem, aż w końcu próby porozumienia i zrozumienia własnego ciała. Tam zapomniałam o wszystkim, aż do drugiej klasy liceum.

Tam, jak nigdy wcześniej, bo to było jak "grom z jasnego nieba", zobaczyłam, że różnię się. Mój brzuch to jedna wielka góra tłuszczu, nogi jak od otyłej słonicy, broda jak u rzeźnej świni. Wtedy stanęłam nago przed lustrem i drapałam całe ciało, do czerwoności, do krwi. I wtedy przyszedł do głowy pomysł, aby się odchudzać... Tak! to genialne, odchudzaj się! I tu kolejna historia, nowa kartka, jeszcze bardziej czarna niż ta poprzednia.

Drogi czytelniku, jeżeli chcesz czytać dalej - dziękuję już za to.

Drogi czytelniku jeżeli już identyfikujesz się ze mną, to wiedz, że znam twoje myśli, znam to uczucie, zaraz po cięciu, jak czujesz kropelki krwi na swym ciele. Tak, znam również te nerwy, kiedy ktoś nieświadomie zbliży się do miejsca Twych ran.

Zaczęłam obsesyjnie myśleć o tym, co zjem, ile, jaka waga, i co najważniejsze: ile kalorii.

Zaczęłam następnego dnia po moich 18 urodzinach. To był ostatni dzień, otyłej (ważącej 92 kg przy wzroście 165) Amelii. Pierwsze dni diety, to około tydzień "życia" na jednej brzoskwini (dość sporych rozmiarów) i paru waflach ryżowych po 19 kcal na jeden. I tak schudłam może z 5 kg. Bardzo szybko, bo jeszcze starałam się ćwiczyć. Spodobało mi się! "Genialne, to jest to!" - myślałam. Tak będę żyć! I chłonęłam te wszystkie przepisy dietetyczne, wprowadzałam coraz więcej białka, wszystko do 500 kalorii dziennie. Zaczęłam obsesyjnie myśleć o tym, co zjem, ile, jaka waga, i co najważniejsze: ile kalorii. Nie mówiłam nikomu o mojej tajemnicy. Mój brat był w wojsku. Tata wychodził z domu do pracy o 13, ja wracałam do domu o 14, mama wracała do domu około 16.30.

I tu pojawił się genialny pomysł - że mogę jeść spokojnie obiad i go później zwymiotować. Tak trwało to, przez miesiąc. Rodzice byli zadowoleni, że ich córeczka powoli nie wygląda jak mały spaślaczek - jak mój tata lubił mnie nazywać, lub jak pączuszek w masełku - to mama, jak miała dobry humor, bo jak był ten gorszy, to leciało, że jestem tłusta, ciągle jem i że "może w końcu najwyższy czas wziąć się za siebie, bo ja nie będę kupować nowych rzeczy jak przytyjesz" (znam to do teraz na pamięć). W ciągu miesiąca schudłam do 78 kg. To był mój pierwszy cel. W szkole pytali się mnie jaka to dieta cud, że tak pięknie chudnę, że jeszcze troszkę i będę idealna (będę idealna, będę idealna... takie echo). A mój dzień, to pół brzoskwini lub jabłka przed szkołą, w szkole reszta owocu. W domu już obiad i wymioty, potem 40 min albo godzina codziennego biegania na orbitreku i sałata lodowa z rzodkiewką na kolację.

Wymioty, ale już coraz mniej, bo starałam się nie jeść, wyrzucać, wypluwać.

Po miesiącu zaczęło robić mi się słabo, bolało mnie serce, kręcone włosy zamieniły się w siano, paznokcie łamały się po dotknięciu. Wyczytałam na stronach pro ana, że muszę jeść więcej białka. Więc jadłam trzy łyżki płatków owsianych, które zamieniły się wkrótce w jedną łyżkę i 200 ml mleka 0% na śniadanie. Dodatkowo witaminy na skórę, włosy itp.. I wymioty, ale już coraz mniej, bo starałam się nie jeść, wyrzucać, wypluwać. Waga po dwóch miesiącach pokazywała już 68 kg. Byłam szczęśliwa. Dieta 500 kcal, opierająca się większości na białku, warzywach i codziennych ćwiczeniach okazała się strzałem w dziesiątkę... nie, okazała się moim pandemonium.

Jeżeli dalej to czytasz, to jesteś ze mną, to znaczy, że mnie wspierasz.

Przebierałam się, i słyszę mamę: "Jak Ty już ładnie schudłaś, nie chudnij już, już piersi nie masz". I odpowiedź taty - "Jeszcze ma trochę sadełka".

Więc postanowiłam, za wszelką cenę, nie mieć sadełka.

Zbliżały się święta, a ja panicznie bałam się ich. Tyle jedzenia bez możliwości wyrzygania się. Rozpacz co noc, odliczanie dni do Świąt, już oczami wyobraźni widziałam, jak będę tyć, z każdym kęsem ciasta, czy potrawy wigilijnej. Waga przed świętami: 62 kg. Byłam spełnieniem moich marzeń. Zdążyłam się jeszcze pokazać w takiej wadze i w pięknej sukience chłopakowi. Jedynemu, który mi się podobał, jedynej osobie, której chciałam się wypłakać, w to męskie ramię, którego potrzebowałam. On był zachwycony moim wyglądem, podobałam mu się. Po tym spotkaniu rozeszliśmy się. Nie byliśmy na tyle odważni, aby sobie cokolwiek wyznać.

Wtedy po raz pierwszy wymiotowałam krwią i załatwiałam się krwią. Nie przestraszyłam się tych efektów, chciałam schudnąć.

W święta zaczęłam jeść i pić alkohol bez umiaru. Upita jadłam i jadłam, do bólu tak wielkiego, że zaczęłam wzywać pomocy, nie byłam w stanie się ruszać. Następne dni podobnie i tak aż do Sylwestra, na którym upiłam się do nieprzytomności. Od Nowego Roku postanowiłam wrócić, do "mojej diety" ale nie potrafiłam, były jeszcze świąteczne potrawy i rozepchany do granic możliwości żołądek. Codziennie się objadałam i codziennie brałam ogromne dawki leków na przeczyszczenie. Wedy waga utrzymywała się, było 65 kg. Za wszelką cenę chciałam się odchudzać, w perspektywie miałam studniówkę i piękną, czarną, koronkową sukienkę w szafie. Więc do lutego codziennie jedzenie, wymioty, przeczyszczanie. Głodówki mieszały się z katorgą ćwiczeń, ćwiczenia z kofeiną i środkami z apteki, by mieć więcej siły, by być na "haju". Wtedy po raz pierwszy wymiotowałam krwią i załatwiałam się krwią. Nie przestraszyłam się tych efektów, chciałam schudnąć. Wtedy też piłam bardzo dużo. Imprezy, a na następny dzień głodówki.

Ważąc około 70 kg poszłam na studniówkę. Z kim? Z tym chłopakiem, którego Wam wcześniej przedstawiłam. Tańczyłam z nim blisko, nie byłam pijana (w razie gdyby chciał ze mną porozmawiać poważnie), trzymaliśmy się za ręce. Po tym wszystkim mieliśmy się spotkać. Nie udało się, przytyłam, nie wychodziłam z domu, bo zaczęłam jeść. Jeść i pić alkohol. Byłam w stanie zjeść pół bochenka chleba, batoniki, smażyłam naleśniki tylko dla siebie i sama w kolosalnych ilościach pochłaniałam to wszystko. Kiedyś, gdy już nic nie było do zjedzenia w lodówce, wybiegałam z domu ubrana tak, jak większość z nas ubiera się "po domu" (a mieszkam w dużym mieście, więc ludzie musieli mieć niezły ubaw ze mnie), wbiegłam do sklepu i kupiłam wszystko, na co miałam ochotę. Działałam jak ćpun na głodzie, (a może nawet nim byłam). Jadłam już w drodze i wtedy... potrąciłoby mnie auto. Stałam sparaliżowana na jezdni. Kierowca wyszedł, zapytał czy nie trzeba mi pomóc, ja w głowie miałam tylko jedno: "co on sobie o mnie pomyśli, jak widzi mnie z taką ilością jedzenia!", ruszyłam biegiem do domu.

Bulimia zniszczyła mnie. Królowa kłamstw, ukrywania, bólu gardła i pękającego żołądka. Bulimia odebrała mi przyjaźń. Odeszłam od Kościoła, Oazy. A nauczyła kłaniać się przed toaletą. Pamiętam w jaką furię wpadłam, gdy nie umiałam sprowokować wymiotów, bo zjadłam chrupki kukurydziane, które obkleiły mój żołądek i nie byłam w stanie ich z siebie wydostać.

Najadłam się dzień wcześniej tak bardzo, że następnego dnia wymiotowałam zgnilizną.

Doprowadziłam sama siebie do samotności. Nie mam nikogo, kto by o tym wiedział. Wiesz to Ty, drogi czytelniku i jest mi lżej, bo ktoś o tym wie. Nie zdałam matury, nie byłam w stanie przyjść na dwa egzaminy. Najadłam się dzień wcześniej tak bardzo, że następnego dnia wymiotowałam zgnilizną. Mam zniszczone włosy, rozstępy na całym ciele. Biust z miseczki D zszedł do B, kiedyś kręcone brązowe włosy, to teraz szare siano. Blizny na udach i przedramionach, które szpecą. Zanikła mi miesiączka, a to sprawiło, że czuję się niczym wrak kobiety. Bóle serca, pęknięte naczynka w oczach. Ból związany z każdym wypróżnianiem się. Omdlenia, niedociśnienie, awitaminoza. Delikatna dusza artystki, jak mnie nazwał jeden z nauczycieli, obróciła się w wymiociny.

Jeżeli i Ty cierpisz na zaburzenia odżywiania proszę, zrób chociaż mały krok, aby z tym skończyć, chociaż jeden! Bo gdy stoisz w miejscu to tak, jakbyś się cofał lub cofała do samego początku. Tym jednym krokiem może być przyznanie przed sobą, że jestem chora/chory. Może być wypłakanie się komuś. Bądźcie odważniejsi niż ja, szukajcie dla siebie pomocy, bo może Wasz, stan jest lepszy (a na pewno jest!). Uczucie samotności i cichy krzyk wołania o pomoc jest najgorsze. Wszystko, co się dzieje a jest złe, negatywne, przykre, w czterech ścianach naszych głów jest dla nas niszczące. Autodestrukcja jest powolna, ale efekty długotrwałe.

Obecnie ważę 75 kg. Tak myślę, bo właśnie piszę to po jednym kompulsie.

W czerwcu ważyłam 86, schudłam do 69, znowu dietą 500 kalorii. Teraz był kompuls przez trzy dni. I teraz piszę to do Was.

Chcę z tym skończyć a opisanie przynajmniej części tego, co przeżyłam, to jeden z kroków, do... wolności.  Ktoś mi powiedział "Dziewczyno walcz o siebie!". To był pewien ksiądz, teraz te jego słowa są moją maksymą. I Wam to mówię: walczcie o siebie!

Amelia