"To nie człowiek, to kobieta!", czyli o tym, że feminizm jest potrzebny

"Kiedy czytam, że niektórym laskom nie jest do niczego potrzebny feminizm i nigdy nie doświadczyły nadużyć ani przemocy (choćby słownej), to sobie myślę, że mają dużo szczęścia" - nasza Czytelniczka tyle szczęścia nie ma. I dlatego jest mocno wkurzona.

Czytam Was już od jakiegoś czasu: z częścią rzeczy się zgadzam, część mnie śmieszy, coś tam złości. Zbierałam się żeby napisać o fochu moim powszednim, ale zawsze kończyło się myśleniem "co ja tam będę ludziom w głowach mącić moimi frustracjami". Do rzeczy: pracuję w męskiej branży, żeby nie było, że na budowie, dodam, że mam do czynienia z ludźmi wykształconymi, po fakultetach - przyszłość świetlana tego narodu. Zaliczyłam już na swojej drodze zawodowej kilka przyczółków testosteronu, więc doświadczenie mam bogate, obejmujące zarówno duże miasta, jak i miejsca, w których życie zamiera o dwudziestej. Zawsze jest tak samo: jeśli już trafi się jakaś inna kobieta, to i tak stanowimy mniejszość.

Kiedyś w krótkich żołnierskich słowach wyraziłam swoja opinię o całym procederze, czym uraziłam(!) kolegę.

W każdym z miejsc zaliczyłam dyskryminację: "baba nie nadaje się do tego fachu" (dlaczego? tego nie wiem, nie nadaje się i już), "to nie człowiek, to kobieta" (o mnie lub innej przedstawicielce gatunku, okraszone głupawym rechotem), "a gotować to Ty umiesz?" (nie zajmuję się zawodowo żywieniem zbiorowym), żeby wymienić tylko garsteczkę uroczych powiedzonek. W jednym doświadczyłam molestowania, nie tylko ja zresztą, gdyż przełożony miał zwyczaj wpychania rąk pod bluzkę, obejmowania, obłapiania. Biegał w rozchełstanej koszulce, błyskając włosem na klacie i koronką na zębie, przekonany o swym męskim uroku. Każda próba porozmawiania o problemie z capo di tutti capi kończyła się stwierdzeniem: przecież nic się nie stało. Kiedyś w krótkich żołnierskich słowach wyraziłam swoja opinię o całym procederze, czym uraziłam(!!!) kolegę.

Próbowałam rozmawiać z innymi kobietami czy im nie przeszkadza takie zachowanie. Twierdziły, że nie jest to ok, ale nie robiły nic, żeby go powstrzymać. Cóż, ja nie mogłam tego znieść, więc spakowałam manatki, taka już jestem niedotykalska.

Niby powinno to łechtać moją próżność. Nie wiedzieć czemu, czuję się z tym niekomfortowo.

Obecnie niby jest lepiej, nie spotykam się z obmacywaniem, dotykaniem i innym kontaktem fizycznym. Problem jest werbalny: dowcipasy, niedopowiedzenia. Te hasła "żadna jeszcze się nie skarżyła", żarciki o potędze przyrodzenia i sugestie, że powinnam wypróbować i korzystać z życia. Komentarze dotyczące moich ałtfitów, włosów, korali, "namiętnych usteczek"(wtf?!). Jestem średnio atrakcyjną laską w średnim wieku. Niby powinno to łechtać moją próżność, pompować ego. Tylko nie wiedzieć czemu, czuję się z tym niekomfortowo.

Są dni, kiedy potrafię przyjąć to z lajta, staram się gasić te hasła ciętą ripostą, tylko coraz częściej przychodzę do pracy wkurzona. Rozmawiałam z kolegami, że nie jest to fajne, że mocno seksistowskie, ale oni nie wiedzą (nie chcą wiedzieć), o co mi chodzi. To nie jest tak, że jestem spiczniałą babą, która bułkę przez bibułkę i nie ma poczucia humoru. Nie mam szans w starciu z grupka rechoczących facetów.

I tak narasta wkurw mój codzienny. Feminizm jest potrzebny!

Poza tym chcę być traktowana jak współpracowniczka, a nie obiekt seksualny. Ja nie komentuję ich wyglądu, nie rzucam haseł o podtekście seksualnym, nie opowiadam o swoich erotycznych podbojach. Czasami marzę o tym, żeby zachować się grubiańsko i prostymi słowy, używając tych popularnych wśród elit rządzących, wyegzekwować swoje prawa. Problem w tym, że jestem najmłodsza, a moje środowisko jest bardzo zhierarchizowane. I tak narasta wkurw mój codzienny. I kiedy czytam, że niektórym laskom nie jest do niczego potrzebny feminizm i nigdy nie doświadczyły nadużyć ani przemocy (choćby słownej), to sobie myślę, że mają dużo szczęścia. Bo mnie jest potrzebny. Każdego dnia.

Wkurzona