"Nie zamierzam całe życie się z tym męczyć"

Dużo się mówi o braku akceptacji dla swojego wyglądu, o tym, że często czujemy się źle we własnym ciele. A co, jeśli kogoś uwiera najbardziej coś, co jest istotną składową tożsamości? Czytelniczka pisze o tym, jak bardzo nie znosiła swojego imienia.

Czytałam ostatnie listy dotyczące świata mody, uwięzienia we własnym ciele, braku akceptacji i czułam, jak się wszystko we mnie kotłuje i kotłuje, wybucha, choć nie tak widowiskowo, jak zdetonowana bomba... Bardziej jak długo podgrzewana zupa.

Z akceptacją własnej osoby mam problem od zawsze. Tak zawsze-zawsze. I nie, nie chodzi tutaj o to, jaki noszę rozmiar, jaką mam figurę, jaką twarz, czy włosy, czy jestem bardziej, czy mniej urodziwa od koleżanek - owszem, razi mnie czasem mój wąsik i nie przepadam za nim, ale co mogę, to poprawiam w ramach rozsądku i drobnych zabiegów kosmetycznych. I jestem ogólnie zadowolona. Mój problem jest, mogło by się zdawać, o wiele bardziej skomplikowany i WYIMAGINOWANY, jak (zapewne) można stwierdzić. Czuję się uwięziona w kilku literach, które od urodzenia słyszę po kilka razy dziennie, co skutecznie hamuje moją chęć do życia. Słowo daję, usiłowałam się przyzwyczaić. Przez całe dzieciństwo. Aż do gimnazjum. W gimnazjum zaczęły się pierwsze ucieczki, które można by nazwać hmmm... Zmianą tożsamości?

Ale w czym rzecz, ktoś zapyta?

To głupie. Masakrycznie. Ale to jedno słowo. Moje imię. G-O-Ś-K-A.

Małgośka, mówią mi, oj głupia głupia ty...

Od gimnazjum co rusz szukam tak naprawdę... siebie.

Od czego mam zacząć? Od tego, że nie lubię formy Gosia, Gośka, Gocha, Gosiaczek? Choćby dlatego, że pies moich dziadków wabił się Guśka i moje imię jest notorycznie właśnie w ten sposób wymawiane przez moją rodzinę? Dobrze, powiecie, że mam możliwość poprosić o nazywanie mnie Małgosią, Małgorzatą. O nieee. Mała rzadka Małgorzatka? Ja dziękuję, wysiadam. A spróbujcie wyegzekwować od wszystkich, żeby mówili do Was wyłącznie Małgosia. Czy ktoś w ogóle zrozumie, że jedynie tę formę przełkniecie? Chcecie, próbujcie. Ja z góry Wam mówię, że nie. Nie ma takiej opcji, nawet nie - żeby zrozumieli, ale żeby to zastosowali. Od gimnazjum co rusz szukam tak naprawdę... siebie. Byłam już między innymi Leną i Dominiką. Ale po pierwsze... to nie było to. Po drugie, nic się nie przyjęło, głównie ze względu na to, że ludzie widząc co mam na legitymacji czy w dowodzie, ZAWSZE zaczynali nazywać mnie w ten znienawidzony przeze mnie sposób.

Zrozumieli tylko nieliczni. I brat, któremu nadal zdarzało się tak mówić.

Mijały lata. Wyprowadziłam się z domu. W myślach, po cichu, zaczęłam nazywać siebie Alicją. Ktoś powie - kolejne imię sobie wymyśliła, pokręcona (czy też użyje ostrzejszych słów, zastanawiając się, na jakie choroby psychiczne mogę cierpieć). Ja sama tak o sobie myślałam. Do czasu, gdy któraś z moich koleżanek poznanych już na późniejszym etapie życia spojrzała na mnie i powiedziała zdumiona: "Małgorzata? Nie pasuje mi to do ciebie. Masz swój świat, jak taka Alicja w Krainie Czarów..." To szalone, ale poczułam się jakby serce zaczęło mi wreszcie bić. Justyna jako pierwsza zaczęła mnie określać tym imieniem. Dość powiedzieć, że skakałam jak szalona, kiedy tylko słyszałam to z jej ust. Chciało mi się płakać ze szczęścia. Dziecinne? Wymyśliłam sobie problem, który nie istnieje? Wkrótce kolejni znajomi zaczęli do mnie mówić "Ala". Nawet zaczęło się to zdarzać mojemu bratu. Potem czar prysł. Ktoś podpatrzył jakie imię wpisane mam w dowodzie. Ludzie, którzy wcześniej mówili do mnie Alicja, zaczęli zwracać się do mnie Gosia. W pracy oczywiście funkcjonowało również imię z dowodu osobistego. Mimo że prosiłam, mimo że wzdrygałam się za każdym razem, słysząc to. Zrozumieli tylko nieliczni. I brat, któremu nadal zdarzało się tak mówić.

Jest matką. Ma swoje prawo, nie będę go naruszać, obojętnie jak bardzo będzie mi się chciało wymiotować, uszanuję je.

Wkurzyłam się. Mam już dosyć tego imienia. Przecież nie będę do końca życia zgrzytać zębami przez taką głupotę! Złożyłam wniosek o jego zmianę. Właśnie na Alicja. Znajomych jakby olśniło. Zrozumiał ojciec, przez co po raz pierwszy od kilkunastu lat rzuciłam mu się na szyję. Brat nawet tego nie skomentował. Tylko mama. Mama przestała się do mnie odzywać. "Zrozumiesz, jak będziesz miała własne dziecko i przez dziewięć miesięcy będziesz się zastanawiać, jak mu dać na imię" - powiedziała. Już rozumiałam. Nie chciałam mamy zmuszać, by zmieniała swoje przyzwyczajenie do mojego starego imienia. Jest matką. Ma swoje prawo, nie będę go naruszać, obojętnie jak bardzo będzie mi się chciało wymiotować, uszanuję je. Ale co zrobić? Ja po prostu tak dłużej nie mogłam. Gośka? Jaka Gośka? Ja nie jestem Gośka! I chcę, żeby wszyscy o tym wiedzieli i basta!

Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Płakałam, rozpaczałam. Jakby ktoś mi umarł.

Tak, jak podskakiwałam z radości przy okienku, składając wniosek o zmianę, tak przez swoje posunięcie nie mając właściwie kontaktu z mamą, zaczęłam się miotać. Dostałam już co prawda decyzję, ale mogę się od niej odwoływać i niczego nie zmieniać... Stałam się agresywna. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Płakałam, rozpaczałam. Jakby ktoś mi umarł. Myślałam o tym wszystkim właściwie całe dnie. O tym, że czuję się w tym imieniu jak w zbyt ciasnych butach. Jak w klatce. W więzieniu. Czuję się wielką, obrzydliwą, grubą, tłustą, głupawą Gośką w brudnym dresie. Chociaż gdy patrzę w lustro, widzę, że tak nie jest. Tylko problem polega na jednym - ja nie widzę w lustrze żadnej Gośki, ja widzę w nim jedynie Alicję.

W końcu sobie wszystko poukładałam. "Jasne" - stwierdziłam - "Małgorzata, piękne imię, ale mi ono nie leży i już. Nic się nie zmieniło do tej pory, więc nic się nie zmieni i później. Nie będę się całe życie z tym męczyć.". Poszłam do urzędu, nie odwołując się od decyzji. Akt urodzenia już został zmieniony. Nie mogłam przestać się wpatrywać w moje dane osobowe. Alicja.

Po przyjeździe do domu rodzinnego przytuliłam mamę. Poczułam się strasznie szczęśliwą egoistką. Po raz pierwszy w życiu szczęśliwą i wolną.

Więcej o: