Singielstwo nauczyło mnie samodzielności. Ale już mam dość

"Może demonizuję, bo 26 lat to nie jest dużo. Kawał życia jeszcze przede mną i może niejedna owocna znajomość" - pisze do nas Czytelniczka, która marzy o związku. Bo dotąd nigdy z nikim tak naprawdę nie była. I boi się, że to się nie zmieni.

W sieci znajdziemy mnóstwo artykułów na temat tego, jak wspaniałe jest singielstwo. Próbują nam wmówić, że człowiek żyjący w pojedynkę jest lepszy od tego w związku. Bo nie trzeba się przed nikim tłumaczyć, że można robić, co się chce bez pytania kogokolwiek o zdanie, że ma się czas i pieniądze na wszystko, że taki komfort, że oesu. Szczerze mówiąc, mam dość tego bełkotu. Dla mnie bycie singlem to przekleństwo.

Nie wiem, jak to jest z kimś być, walczyć o każdą minutę z nim, kochać i być kochaną.

Poznałam chyba wszystkie smaki samotności. Jestem singielką praktycznie od zawsze, choć na swoim koncie mam parę epizodów. Ale to były tylko epizody. Epizody, po których wylewałam morze łez. Po których na zmianę głodziłam się i obżerałam. Po których niemalże nie straciłam zdrowia i wszystkich włosów. Otarłam się o anoreksję i depresję.

Nie wiem, jak to jest z kimś być, walczyć o każdą minutę z nim, kochać i być kochaną. Nigdy nie słyszałam tych dwóch magicznych słów, sama też nigdy ich nie wypowiedziałam. Nie wiem, co znaczy bliskość, namiętność, jak to jest z kimś zasypiać.

Nigdy nie dostałam kwiatka na dzień kobiet od swojego chłopaka. Walentynek nie lubię, bo sama chciałabym je przecież obchodzić. Na Święta nie czekam, bo mam dość wysłuchiwania co roku tych samych życzeń. Sylwestra raczej unikam, bo w moim podsumowaniu mijającego roku jest tylko fatalne życie prywatne. A raczej jego brak. Urodzin już nie obchodzę, bo przypominają mi o kolejnym samotnie spędzonym roku życia.

Myślałam, że właśnie w tym dużym mieście poznam miłość swojego życia.

Kiedyś zupełnie nie przejmowałam się tym, że jestem sama. Bywałam na randkach, owszem, ale zwykle kończyło się na pierwszej. Sama też podkochiwałam się w chłopakach ze szkoły, ale oczywiście bez wzajemności. Jednak mimo tego, nadal nie brałam sobie tego głęboko do serca. Nie byłam chyba gotowa na nic poważnego. No i w głowie miałam wyobrażenie, że tylko chude dziewczyny zasługują na uczucie.

Pierwszego zalewu samotności doznałam na studiach. Obce miasto, duże miasto. I myślałam, że właśnie w tym dużym mieście poznam miłość swojego życia, a przy 600 tysiącach mieszkańców będzie to kwestia miesiąca, no może dwóch. W planach miałam wyjście za mąż po ukończeniu licencjatu, a pierwszy poród tuż po obronie magisterskiej. Jakaż rozczarowana byłam, płacząc pół roku później w pustym mieszkaniu, bo nagle okazało się, że męża łatwo znaleźć nie jest, a tamtejsi ludzie mają już swoje życie.

Mój pierwszy raz był byle jaki. W wieku 23 lat. Z chłopakiem z dyskoteki.

Koleżanki wymieniały poglądy na temat metod antykoncepcji, dyskutowały na temat ulubionej pozycji, radziły się w sprawie prezentów, opowiadały wrażenia ze wspólnych wakacji, przedstawiały kolejnych chłopaków, a ja odwracałam głowę, przekierowywałam myśli gdzie indziej i walczyłam, żeby się nie rozpłakać.

Mój pierwszy raz był byle jaki. W wieku 23 lat. Z chłopakiem z dyskoteki. Widziałam go wtedy po raz drugi w życiu. Pociągał mnie bardzo. Czarny włos, ciemne oko, tak jak lubię. Macho. Wiedziałam doskonale, w co się pakuję. Ale napędzana myślą, że albo teraz, albo umrę jako dziewica, rozłożyłam potulnie tego samego wieczoru nogi. Jednakże na darmo, bo ów samiec alfa zaniemógł. Więc doszłam do wniosku, że nawet podniecić mężczyzny nie jestem w stanie.

Na studiach zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczyną. Rozumiałyśmy się doskonale, bo naturalnie obie nie miałyśmy chłopaków. Pół roku później ona była już zaręczona.

Znajomi chyba przywykli do tego, że jestem sama, nikt nie wypytuje, czy kogoś poznałam.

Jakiś czas później poznałam kolejnego samca alfa. Imponował mi bardzo, a podobał jeszcze bardziej. Byłam mu posłuszna dwa lata. Nie, nie byliśmy razem. Po prostu on dzwonił, kiedy miał ochotę, a ja mówiłam 'tak'. Nie odmawiałam z obawy, że go 'stracę'. Miałam świadomość, że daję się wykorzystywać, było tyle kwestii, które mówiły, żebym zakończyła tę historię. Ja jednak wolałam tłumić zdrowy rozsądek i żyć w iluzji, że kogoś mam. Gdyby nie praktyki kilkaset kilometrów od niego tkwiłabym w tym pewnie aż do dzisiaj, wykańczając się przy okazji psychicznie. Oczywiście, że zadawałam pytania. Usłyszałam, że nigdy nie kochał.

Znajomi chyba przywykli do tego, że jestem sama, nikt nie wypytuje, czy kogoś poznałam, bo przecież ja nie mam życia prywatnego. Zresztą sama tez przestałam się zwierzać komukolwiek, że jest mi źle, bo mam dość tego bełkotu, że przesadzam i licytowania, kto ma gorzej, bo, cytuję: przecież nie jestem jedynym singlem na świecie, a chłopak to ZŁO. I czuję, że w oczach innych nie mam prawa narzekać, bo przecież studiuję zagranicą, ciuchem nie przymieram, rodzice pieniędzy mi nie żałują.

No tak, garderoba mnie przytuli, garderoba ze mną porozmawia i powie, że kocha. Studia zjedzą ze mną obiad i wyjdą na miasto. A zagranica kupi kwiaty.

Podobno niezaspokojone potrzeby znikają. Jakoś na mnie się to nie sprawdza.

Nie wiem, dlaczego innym się udaje, a mi nie. Jestem jakaś mniej urodziwa, mniej inteligentna, mniej zasługuję? Wciąż nie wiem, czy wszyscy Ci mężczyźni to moje fatalne wybory czy złośliwość losu?

I może demonizuję, bo 26 lat to nie jest dużo. Kawał życia jeszcze przede mną i może niejedna owocna znajomość. A jeśli jednak moim przeznaczeniem jest staropanieństwo? Podobno niezaspokojone potrzeby znikają. Jakoś na mnie się to nie sprawdza, bo ja z każdym rokiem coraz gorzej znoszę fakt, że jestem sama. I tak się zastanawiam, czy do końca życia będę unikać imprez, na których roi się od par? Czy całe życie będę płakać w poduszkę? Czy serce będzie mi się krajać za każdym razem widząc na fb status kolejnych znajomych o zaręczynach czy małżeństwie? Prosić kuzyna, żeby poszedł ze mną na wesele, bo samej to wstyd?

Nie neguję wszystkiego. Singielstwo nauczyło mnie samodzielności, radzenia sobie w każdej sytuacji, czasem nawet kombinowania. Nie jestem przyzwyczajona do tego, że ktoś mi pomaga. Mogłam podejmować najbardziej szalone decyzje, a zagranicę wyjeżdżałam bez wyrzutów sumienia. Jednak czasem oddałabym to wszystko, byleby z kimś być

P.