Czy warto w dzisiejszym świecie być twardzielką?

Czytelniczka opowiada smutną historię o źle ulokowanej miłości i porzuceniu, a także - o tym, że postawa "poradzę sobie sama ze wszystkim" nie zawsze popłaca.

Czy warto w dzisiejszym świecie być twardzielką, kobietą zaradną, której nie straszna żadna sytuacja? Otóż - nie! Rodzi się bowiem z takiej kobiety typowa, tuwimowska, głupiutka Zosia-Samosia, która chce udowodnić sobie i całemu światu, że sama jest w stanie ze wszystkim porazić sobie, a jak nie ma już siły, to świat jej nie wierzy - przecież jest twardzielką i na pewno sama da sobie radę! Przykłady z życia mnożą mi się w głowie, ale nie będę szukać daleko. Spojrzę w lustro, za ścianę i opowiem wam pewną historię.

Zosia jest już po trzydziestce. Na koncie ma jedno dziecko, rozwód, długi i załamanie nerwowe. Ale od początku. Zosia poznała Grzesia jako nastolatka. Jak to dzisiaj wspomina: wychodził swoje i tak po kilku latach znajomości, po bożemu, przysięgli sobie być ze sobą na dobre i na złe. Grześ pochodził z, na pozór, bardzo religijnej rodziny, ale nie stronił od alkoholu, parę razy podniósł też rękę na Zosię i nawyzywał od najgorszych za to, że się martwiła i czekała z obiadem, jak on z kolegami w najlepsze odstresowywał się po robocie. Mijały lata, Grześ, jako że z natury ciętą miał gębę, stracił kolejną pracę i przyszedł czas, by spróbować szczęścia za granicą. Do walizki obowiązkowo zapakował "koleżankę szklankę" i wyruszył zarabiać na rodzinę. Szanse wykorzystał nad podziw. Zaliczył na cyku upadek z rusztowania i pobyt w szpitalu za kilka tysięcy euro, kilka mandatów za jazdę pod wpływem, wypadki samochodowe. Pozyskał nowe długi i kochankę.

Mając w kieszeni wykształcenie wyższe wycierała blaty w barze i podawała drinki.

Zosia dzielnie przy nim trwała i biła się w pierś za każdą sytuację, bo przecież gdyby przy nim była, nie przytrafiłaby mu się żadna przygoda. Niemniej, przyszedł czas, że przejrzała na oczy. Postanowiła zawalczyć o lepszą przyszłość dla siebie i dziecka. Z Grzesiem się rozwiodła, sąd odebrał mu prawa do dziecka i zobowiązał do łożenia na utrzymanie polskiego tysiaka, jako że za granicą zarabiał po kilka tysięcy euro (których oczywiście Zosieńka nigdy do ręki nie dostała). Zosia mając w kieszeni wykształcenie wyższe wycierała nim blaty w barze i podawała drinki. Później znalazła pracę u nowobogackiej pani w firmie, jako sekretarka, a że dziewczyna bystra była, to obowiązki się piętrzyły i nawarstwiały, a szefowa, jak przystało na nowobogacką panią, nigdy z pracowników nie była zadowolona. Zosia za najniższą krajową czasem robiła u szefowej za adwokata, czasem za opiekunkę do jej dziecka, a czasem za pomywaczkę. No cóż, pracować trzeba, by utrzymać dziecko i spłacić długi, które zostały po rozwodzie.

Gdy tylko wszystko zaczęło się układać, Grześ zatęsknił za rodziną i postanowił wrócić do kraju. Jako doświadczony pracownik ze stażem za granicą pluje na każdą ofertę poniżej średniej, a powyżej nikt go nie chce. Sytuacja wygląda więc tak, że Grześ na utrzymanie dziecka nie płaci, Zosia w tygodniu pracuje jako sekretarka, a w weekendy jako kelnerka. Ona pada z sił i popada w depresję, on jest najlepszym tatusiem, bo bawi się z dzieckiem co weekend i obiecuje, że kupi najmodniejszą zabawkę.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że takich matek jest więcej.

Zosia szukała pomocy w instytucji państwowej, niestety komornik nic nie ściągnął, fundusz alimentacyjny się na nią wypiął, bo w ubiegłym roku na siebie i dziecko miała bardzo wysokie dochody (najniższa krajowa + alimenty). Nikogo nie obchodzi, że obecnie jest na L4 i dostaje 80% od najniższej krajowej, a były nie płaci. Nikogo nie obchodzi za co zapłaci rachunki, za co obkupi dziecko na zimę, za co kupi chleb.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że takich matek jest więcej. Coraz więcej jest kobiet, które nie chcą trwać w toksycznej rodzinie, ale nie ma kto im pomóc. Suma summarum wiele z nich popada w depresję, alkoholizm i inne patologie. Przestają pracować i wpajać dzieciom dobre wzorce, bo po własnym przykładzie widzą, że nie warto, że gdy potrzebują pomocy, nagle robi się pusto i zostają same ze swoim problemem za co wyżywić rodzinę.