Pigułka "po" oficjalnie na polskich salonach. Czy to tak super?

"Jestem całym sercem za tym, żeby to kobieta decydowała o swoim ciele" - pisze nasza Czytelniczka, ale przypomina, że takie decydowanie wymaga samoświadomości i wcześniejszej edukacji. A z tym u nas nie za różowo...

Konserwatywną, wciąż zbyt uległą kościołowi Polską zatrzęsło w posadach. Oto europejscy oficjele ogłosili bowiem, że Unia Europejska ma w swoich granicach zezwolić na kupowanie bez recepty pigułki „po”. Jej zdobycie nie będzie już wiązało się z gehenną u lekarza (o ile będziemy się w stanie do niego dostać), zdaniu na jego łaskę, widzimisie, kręcenie nosem. Nie będziemy musieli dzwonić też na tajemniczy, promowany w klubach numer, gdzie - za niemałe pieniądze - zamówimy wizytę lekarską, który to lekarz przyjedzie od razu z receptą.

Pan Terlikowski już określił legalizację pigułki jako „trutki na dzieci”.

Oto cywilizacja zawitała do progów naszego kraju a Ministerstwo Zdrowia już zapowiedziało, że nie będzie sprzeciwiać się narzuconym zasadom. Nie odbyło się oczywiście bez tradycyjnych już medialnych szopek. Redaktor naczelny wszystkiego co prawicowe, Pan Terlikowski już określił legalizację pigułki jako „trutki na dzieci”. Zaprotestowali też, chociaż jakoś bez większego entuzjazmu, prawicowi politycy. W końcu mamy rok wyborczy, w trosce o głosy konserwatystów zaprotestować trzeba. Ale stało się. Tylko czy całkowite zniesienie jakichkolwiek zakazów jest w tej kwestii dobre?

Jestem całym sercem za tym, żeby to kobieta decydowała o swoim ciele. Zdarzyło mi się brać pigułkę „po” dwa razy, kiedy to niestety zawiodła nas technika i prezerwatywa zdezerterowała, nie wykonawszy swojej funkcji.

Mam na tyle dużo lat, żeby w seksie kierować się też rozumem, a nie tylko hormonami i pożądaniem.

Po co najmniej jednym z tych razów czułam się okropnie. Lubię myśleć jednak, że mam na tyle dużo lat, żeby w seksie kierować się też rozumem, a nie tylko hormonami i pożądaniem. I wiem już, że zapobieganie ciąży naprawdę wymaga czegoś więcej niż kąpieli po seksie. Ale czy wiedziałabym to kilkanaście lat temu, czy może jednak zdałabym się na szczęście? Czy może nieszczęście, w zależności od punktu siedzenia... albo leżenia

Zaglądam na młodzieżowy portal, sekcja porad miłosnych. I od razu trafiam na dział z seksem. Ona lat 15 pisze, że będzie się z nim pierwszy raz kochać, ale on kategorycznie nie zgadza się na prezerwatywy i mówi, że musi mu zaufać. Ona lat 16 zastanawia się, czy może być w ciąży, bo przecież kochała się dwa dni później niż miała miesiączkę. On pisze, że przecież za pierwszym razem nie zachodzi się w ciążę.

W kraju, w którym nie istnieje edukacja seksualna, pigułka może stać się po prostu wygodnym rozwiązaniem.

Ile z takich dzieci (tak, dzieci niestety) zrezygnuje z jakiejkolwiek antykoncepcji, wiedząc, że mogą po prostu po seksie kupić pigułkę po? Ile z nich zobaczy w pigułce takie bezpieczne wyjście z każdej sytuacji? I będzie traktować pigułkę jako po prostu codzienność? Mam pewne obawy, że w kraju, w którym nie istnieje w zasadzie jakakolwiek edukacja seksualna, pigułka może stać się po prostu wygodnym rozwiązaniem, zbyt wygodnym, żeby mu odmówić czy zdecydować się na bardziej czasochłonne środki. A czy coś takiego może pozostać obojętne dla organizmu?

Mam na swoim koncie wieloletnią walkę z szalejącą gospodarką hormonalną. Także taką, która swój odcinek miała na stole operacyjnym. I nie życzę tego nikomu. Dlatego mam nadzieję, że oprócz liberalizacji przepisów dotyczących pigułki, nie zapomnimy też o stałym poszerzaniu profilaktyki, edukacji i wiedzy. Tak, żeby na wszelki wypadek nie iść na skróty.

M.