Samodzielność i wolność u kobiet - czy to naprawdę przeraża facetów?

Czy kobieta, by pozostać w oczach mężczyzny kobieca nie może wykonywać "męskich" czynności? Nasza Czytelniczka wkurzyła się na znajomego, który "nie może sobie wyobrazić swojej żony myjącej własny samochód czy zmieniającej syfon w umywalce".

Mój znajomy zdziwił się ostatnio, gdy powiedziałam, że jestem feministką. Przy czym mam wrażenie, że po "głębokiej metamorfozie przed kilkoma laty" (jego słowa) sam jest dobrym ojcem dwóch synów i mężem-partnerem. Jednak nie może sobie wyobrazić swojej żony myjącej własny samochód czy zmieniającej syfon w umywalce. Ale siebie gotującego i owszem. Ciekawa jestem co myślał przez ową przemianą.

Dla mnie feminizm, a może w ogóle człowieczeństwo oznacza bycie samowystarczalną i wolną.

Na rozmowę o metamorfozie nie miałam najmniejszej ochoty, bo jestem w momencie, w którym sama ją przechodzę i nie chcę sugerować się opiniami i przeżyciami innych. Odgradzam się od innych, żeby znaleźć siebie i swoje potrzeby. Albo tak sobie tłumaczę odcinanie się, by wylizać rany.

Jednak zaskoczyło mnie zdziwienie znajomego, gdy do feminizmu się przyznałam. Jakby zobaczył babę z wąsami i brodą! Dla mnie feminizm, a może w ogóle człowieczeństwo oznacza bycie samowystarczalną i wolną. W stopniu najwyższym z możliwych, biorąc pod uwagę okoliczności i warunki w jakich żyjemy (np. inaczej decyzję chociażby o rozstaniu podejmuje para bezdzietna, a inaczej ta z dziećmi). Oczywiście nie może to oznaczać totalnej anarchii i pomijania uczuć innych, bliskich teraz lub kiedyś osób.

Czy mam nie myć samochodu, chociaż to lubię, bo komuś przeszkadza, że sobie rączki pobrudziłam?

Czemu kobiecy zdrowy egoizm jest potępiany? Czy nie powinno mężczyznom bardziej zależeć na tym, żeby związywały się z nimi i z nimi trwały kobiety niezależne? Dlatego, że chcą, a nie bo muszą (bo pieniądze, bo dzieci, bo co sąsiedzi powiedzą, bo, bo, bo...)? Nie rozumiem, dlaczego niby ja tracę na kobiecości robiąc „męskie” rzeczy? Wydaje mi się, że raczej oni się boją utraty w ten sposób bardzo tradycyjnie i dość szowinistycznie pojmowanej męskości. Jakby miała ona coś wspólnego z młotkiem, smarem czy kluczem imbusowym.

Wolność - to możliwość wyboru zgodnie z własnymi uczuciami, przekonaniami, możliwościami i chęciami. Czy mam nie myć samochodu, chociaż to lubię, bo komuś przeszkadza, że sobie rączki pobrudziłam? Że nie leżę i nie pachnę (oczywiście po etacie w pracy i domu, bo „dom prowadzi kobieta” - jeszcze nie spotkałam nikogo, kto, widząc bałagan w domu, zwróciłby uwagę facetowi, zawsze automatycznie odwraca się do kobiety). Nie jestem dość kobieca, bo wyczyściłam filtr w pralce? Nie rozumiem.

Jasne, że nie umiem wszystkiego sama zrobić i nie będę tego syfonu zmieniać sama. Wezwę hydraulika!

Samowystarczalność - to niezależność, to pewność, że dam sobie radę zawsze, niezależnie od okoliczności (pomijam życiowe tragedie typu poważna choroba czy śmierć). Ja mam tak, że chciałabym umieć przetrwać w ogóle bez innych osób, co jest oczywiście niemożliwe, niestety. Taka Zosia-samosia. Nie mieści mi się w głowie, że nie wiem jak ustawić piec (jak mąż wyjedzie, a nagle spadnie temperatura, to będę trzy dni w zimnie mieszkała?) czy nie mam hasła do wspólnego konta (bo mąż zawsze przed wyjazdem zostawia pieniądze na życie? A jak mu się odwidzi?). Jasne, że nie umiem wszystkiego sama zrobić i nie będę tego syfonu zmieniać sama (wezwę hydraulika), o elektryce nie wspomnę (ale żarówki zmieniam ja, nie mąż, co znajomemu znowu zupełnie nie pasuje do wizerunku kobiety). Ale wiem, że gdybym naprawdę musiała, to bym to zrobiła!

Nie wiem czy ja mam wypaczone przekonania i jestem nieco „autystyczna” i emocjonalnie oblodzona czy znajomy po metamorfozie chce zrekompensować żonie, to co zepsuł (jak podejrzewam). Niemniej jednak pozostaję przy swoim zdaniu. Na razie lub na zawsze. I szukam siebie w tym wszystkim.

A.

Więcej o: