Kogo obchodzi, co ludzie powiedzą?!

Czytelniczka zadaje pytanie: dlaczego tak bardzo ludzi przejmuje się tym, co inni powiedzą? Czy to naprawdę ma jakiekolwiek znaczenie? "O ile w swoich wyborach nikogo nie krzywdzimy, czyli, kolokwialnie mówiąc, dajemy żyć innym, dajmy żyć również i sobie". Popieramy!

Focha czytam od dawna. Lubię konfrontować swoje poglądy z przemyśleniami innych ludzi - nawet te, które postrzegam jako idiotyczne, stanowią bodziec do tego, by zastanowić się nad pewnymi sprawami. Czemu piszę ten list? Otóż felietony, listy od czytelników i komentarze pod nimi są różne, traktują o rzeczach od Sasa do Lasa, prezentują pełen przekrój doświadczeń, postaw, poglądów i pomysłów na życie. Ale wiele wypowiedzi ma wspólny mianownik: dotyczą funkcjonowania jednostki w obliczu jakiejś presji społecznej.

Dlaczego w naszym społeczeństwie wszyscy tak bardzo się przejmują tym "co ludzie powiedzą"?

Ciągle pojawiają się pytania z cyklu: czy wszystko ze mną w porządku, bo... i tu można wpisać rzecz absolutnie dowolną: mam dzieci, nie mam dzieci, mam kogoś lub kultywuję singielstwo, to ja gotuję w domu vs. nie dotykam garów dwumetrowym kijem, mam w chacie pieprznik albo właśnie pedantyczny porządek, karmię piersią tudzież karmię dziecko azbestem za pomocą katapulty... I teraz pojawia się moje pytanie: czemu w naszym społeczeństwie wszyscy tak bardzo się przejmują tym "co ludzie powiedzą"? Tym, co uznawane jest za normę w zakresie wyborów życiowych. Tym, co myśli o naszym życiu myśli teściowa, znajoma znajomej, sąsiad z piętra niżej, pan Henio spod monopolowego i ta gruba baba siedząca dwa siedzenia dalej w autobusie, która tak dziwnie na nas łypie spode łba? Dlaczego?

Jak to jest możliwe, że dorośli, niezależni ludzie kultywują mentalność zahukanych gimnazjalistek przerażonych perspektywą utraty akceptacji w klasie?

Pewnie zaraz posypią się komentarze, że poruszam temat ograny i banalny, ale ta kwestia autentycznie mnie frapuje: jak to jest możliwe, że dorośli, niezależni ludzie kultywują mentalność zahukanych gimnazjalistek przerażonych perspektywą utraty akceptacji w klasie? Czemu niektórym tak trudno jest powiedzieć sobie: to jest mój cyrk i moje małpy, jeżeli nie jestem sku....nem i szanuję prawa innych, to mogę żyć tak, jak chcę? Nie chodzi mi o buńczuczną postawę pod tytułem "mam wszystko i wszystkich gdzieś", ale o dogłębne przyswojenie i zaakceptowanie prostego faktu, że jako dorośli ludzie powinniśmy podejmować decyzje o tym, jak żyć, świadomie i w zgodzie przede wszystkim ze sobą.

O ile w swoich wyborach nikogo nie krzywdzimy, czyli, kolokwialnie mówiąc, dajemy żyć innym, dajmy żyć również i sobie.

Może nie za wszelką cenę, ale nawet wtedy, gdy ta cena jest wysoka. Mniej będzie wtedy zrozpaczonych żon, które do małżeństwa popchnęły dogadywania rodziców, zaharowanych matek trzeciego dziecka, na które namówił niezbyt chętny do pomocy mąż, padających na twarz Perfekcyjnych Pań Domu spełniających fantazje teściowych o domku dla lalek i tak dalej, i tak dalej. Nie bójmy się spojrzeć sobie samym w oczy i powiedzieć: cholera, wyglądam w tych legginsach jak zapomniany kuzyn Jabby de Hutta, ale są wygodne i mam gdzieś, co o rozmiarach mojego dupska pomyśli pani na kasie w Biedronce. Kurde, babcia namawia do ślubu kościelnego, ale ja wyznaję Latającego Potwora Spaghetti i jeżeli ślub, to tylko w durszlaku na głowie. Po prostu - o ile w swoich wyborach nikogo nie krzywdzimy, czyli, kolokwialnie mówiąc, dajemy żyć innym, dajmy żyć również i sobie.

Pozdrawiam serdecznie,

ygg

[Od Redakcji: List nagradzamy płytą Mai Olenderek "Bubble Town".]

Foch poleca!Foch poleca!