Ma być autyzm i już! - o dziecku w trybach systemu

Dziecko, które wykazuje pewne zaburzenia ale nie jest autystyczne nie ma szans na przedszkole integracyjne. Poznajcie historię jednego malca "z problemami" i jego rodziców.
Ma być autyzm i już, bo jak nie ma, to dziecko może iść do normalnego przedszkola. No to poszło. I był to najgorszy koszmar w całym moim dotychczasowym życiu.

Zanim Młody trafił do przedszkola odbijaliśmy się od różnych specjalistów. "Coś" było nie tak. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego jakie konkretnie rzeczy u niego "nie stykają", ale nie wiedzieliśmy co to dla niego oznacza. Większość diagnoz z różnych placówek i specjalistów była powtórzeniem naszych spostrzeżeń z cyklu: ma problemy z..., zaburzone... Ale żadne nie kończyła się puentą: zdiagnozowano to i to. Niby wiedzieliśmy coś, a tak naprawdę nie wiedzieliśmy nic. No, może oprócz tego, że nie był to autyzm. Autyzm wykluczyliśmy w specjalistycznym ośrodku diagnozy i terapii autyzmu. Przed pójściem Młodego do przedszkola zadzwoniłam do poradni psychologiczno-pedagogicznej z zapytaniem jakie mamy opcje, żeby dostać się do przedszkola integracyjnego? Odpowiedź: nie ma autyzmu, nie ma opcji na przedszkole integracyjne. Moje tłumaczenia, że zwykłe przedszkole nie jest dobrym wyjściem, że Mały ma m.in. zaburzenia integracji sensorycznej, opóźniony rozwój mowy, opóźnioną motorykę małą, echolalię, zaburzenia koncentracji i inne atrakcje, które dotyczyły także kompletnego niezrozumienia norm społecznych i nieprawidłowego wchodzenia w kontakt z rówieśnikami, nie przyniosły rezultatu. Ma być autyzm i już, bo jak nie ma, to dziecko może iść do normalnego przedszkola. No to poszło. I był to najgorszy koszmar w całym moim dotychczasowym życiu.

Przedszkole nie tylko nie pomogło, ale chciało się nas szybciutko i po cichu pozbyć.

Po dwóch miesiącach moje dziecko z wesołego i pogodnego zrobiło się agresywne i buntownicze. W domu jeszcze do opanowania, ale w przedszkolu - dramat. Niemal dwa razy w tygodniu chodziłam na rozmowę z przedszkolankami, podpisywałam dzienniczek uwag i zamartwiałam się co będzie dnia następnego. Młody nie chciał uczestniczyć ani w zabawach, ani w zajęciach grupowych. Biegał, robił co chciał, a Panie (swoją drogą naprawdę cudowne przedszkolanki) nie były w stanie nad nim zapanować mając pod opieką 27 dzieci w grupie (pań było 2). Dyrektorka, która była poinformowana o problemach rozwojowych synka, na początku zapewniała nas o wsparciu i pomocy, ale szybko okazało się, że to pusta deklaracja. Przedszkole nie tylko nie pomogło, ale chciało się nas szybciutko i po cichu pozbyć. Znowu zwróciliśmy się o pomoc do poradni. Wystawiono nam opinię o potrzebie wczesnego wspomagania rozwoju czyli papier z najniższą możliwą dotacją na zajęcia terapeutyczne (4h w miesiącu). Takie zajęcia można zorganizować na terenie przedszkola, ale (o zaskoczenie!) pani dyrektor jakby nie widziała takiej możliwości.

Jeśli spodziewacie się puenty w stylu: foch na przedszkole, zły system i ułomnych specjalistów, to ja nie o tym.

Było jasne, że pozostawianie synka w tym przedszkolu jest pomyłką. Szkoda nam było i miłych pań przedszkolanek i Młodego, któremu naprawdę nie służyło przebywanie w tej placówce. Poszukaliśmy więc na własną rękę prywatnego przedszkola integracyjnego, które zgodziło się go przyjąć i podpowiedziało nam jak załatwić tzw. kształcenie specjalne czyli w skrócie papier z najwyższą dotacją na zajęcia terapeutyczne w przedszkolu. Papier załatwiony, dziecko przeniesione. W dwa miesiące zaczęło wykonywać polecenia i wróciło do stanu poprzedniego - pogodnego, kontaktowego malca. Jesteśmy dobrej myśli.

Jeśli spodziewacie się puenty w stylu: foch na przedszkole, zły system i ułomnych specjalistów, to ja nie o tym.

W zeszłym tygodniu trafiliśmy do kolejnego już psychiatry dziecięcego. Pierwszego specjalisty, który powiedział nam, że wie dokładnie co dolega naszemu synkowi i jest pewny swojej diagnozy. Otóż jest to dysharmonijny rozwój, czasami mylony z autyzmem ze względu na pewne podobieństwa. Takie dzieci jak moje nie są specjalnie uwzględniane w systemie edukacji i czeka nas jeszcze wiele bitew w każdej szkole, ale jako dorośli ludzie będą w pełni samodzielni i WYRÓWNAJĄ SIĘ.

Ten list nie miał być fochem na nikogo. Pisałam go bardziej z myślą o rodzicach z podobnymi doświadczeniami. Straciliśmy mnóstwo czasu i nerwów, wydaliśmy górę pieniędzy (te nadal idą jak woda - prywatne przedszkole i prywatna terapia IS niestety szarpią kieszeń), ale koniec końców widzimy światełko w tunelu. Nie warto walczyć z wiatrakami, ale warto walczyć o swoje dziecko. Cierpliwości i siły życzę!

Kasia

[Od Redakcji: List nagradzamy książką Karine Lambert "Dom bez mężczyzn". ]

"Dom bez mężczyzn"