Komentarz do Lindy. Zdrada to jeszcze nie wyrok!

Chłodny cynizm czy bezrozumna miłość? Linda poruszając temat zdrady, poruszyła kamyczek, wywołując lawinę. Nasza Czytelniczka ma do powiedzenie w tej kwestii zbyt wiele, aby zamknąć to w komentarzu pod artykułem.

Kilka razy przeczytałam artykuł Lindy "Bić czy pić, czyli co ma począć zdradzona kobieta". Kilka, ponieważ ciągle biją się we mnie dwie strony. Pierwsza oparta na zdrowym rozsądku, wynikająca z przekonania, że "zdradził, więc nie jest ciebie wart, drań" i druga, mówiąca o miłości, o relacjach, o budowaniu, o wyższych uczuciach. Początkowo chciałam napisać komentarz, ale mam do powiedzenia ciut więcej.

Nie ma nic bardziej odbierającego pewność siebie i poczucie jakiejkolwiek stabilizacji (...)

Kiedyś zawsze powtarzałam, że zdrada jest czymś, czego nigdy nie umiałabym wybaczyć, a mężczyzna, który się jej dopuścił raczej nie byłby w stanie mnie przy sobie zatrzymać. Oczywiście, zaznaczam tu - zdrada JEST (była i będzie) czymś najokrutniejszym, co można zafundować związkowi. Jest czymś niewytłumaczalnym i czymś, z czym bardzo ciężko jest się pogodzić. Nie ma nic bardziej odbierającego pewność siebie i poczucie jakiejkolwiek stabilizacji i naprawdę, cholernie ciężko jest potem to wszystko w sobie odbudować (wiedzą o tym wszystkie, które to przeżyły).

Ale do rzeczy. Kilka związków w moim życiu było, wszystkie po pewnym czasie tak bardzo nudne i bez przyszłości, że dziwię się sama sobie, że za każdym razem musiałam gdzieś popełniać ten sam błąd (to chyba moje miękkie serce w obliczu tych smutnych, szczenięcych oczu, mówiących "przytul mnie" i jakieś takie hmm, współczucie wobec życiowego nieogarnięcia i jakieś takiej ciapowatości.)

W pewnym momencie poznałam idealnego faceta. I nie, nie pod względem wizualnym (mimo że jako mężczyzna bardzo mnie pociąga, a jestem z tych, które nie ukrywają, że WYGLĄD NAPRAWDĘ MA ZNACZENIE), dużo rozmawialiśmy, dużo spacerowaliśmy, dużo czasu spędzaliśmy w łóżku. Mieliśmy podobne zdania w pewnych kwestiach, w innych zupełnie odmienne.

Utrzymuje, że nie doszło między nimi do seksu (...)

Zdradził mnie. I to już na początku naszego związku. Ze swoją byłą. Do tej pory utrzymuje, że nie doszło między nimi do seksu (w kluczowym momencie spotkania miał się ubrać i wyjść, szarpnięty poczuciem winy, czy ch* wie czego), ale nie będę się wdawać w szczegóły. Najważniejsze jest to, co nastąpiło po tym, jak się dowiedziałam. Tak, nastąpiła lawina wyzwisk, pod adresem obojga. Nastąpiło wielkie nieodbieranie telefonów, cisza na łączach, nastąpił wielki szloch i to uczucie, jakby ktoś kopnął mnie z całych sił w brzuch tak, że nie mogłam oddychać. Nastąpiło coś najgorszego w moim mniemaniu - koniec.

Tego nie da się ogarnąć w dzień, czy kilka dni. Ale ogólnie da się.

Od tej sytuacji minął rok. Są takie dni, że to wraca. Ba, są takie dni, w których zwyczajnie wbijam mu szpilę, zwyczajnie wypominając mu to (wiem, nieładnie, to po co jestem z nim dalej, żeby mu wypominać, bla bla bla). Wiele rozmów na ten temat odbyliśmy, wiele kłótni, łez, wyzwisk. Tego nie da się ogarnąć w dzień, czy kilka dni. Widzę po sobie, że nie da się tego ogarnąć nawet i w ten rok. Ale ogólnie da się. Wierzę w to, że się da.

Zrobił i robi wszystko, żebym znowu poczuła się dobrze.

Wszystko zależy od nastawienia obu stron. A może też od tego, jak zachowa się winowajca. Zrobił i robi wszystko, żebym znowu poczuła się dobrze, nie tylko z nim, ale i sama ze sobą. Jest świadomy tego, co zrobił, widać, że żałuje. Nie ukrywam, gdzieś tam w internecie grzebałam, żeby poczytać na ten temat, bo bardzo chciałam dać nam szansę i szukałam skrawka informacji, że to da się zrobić, da się naprawić. Musiałam mieć jakiekolwiek potwierdzenie, że komuś to wyszło i nie jest to mój zwyczajny wymysł, że chcę wspólnie z nim to naprawić (nie, żebym trzymała go siłą, sam chciał wszystko naprawić). Gdy już naczytałam się o tym, że to wymaga wiele czasu i wysiłku, ale w końcu da się, a potem przekonałam samą siebie, że to może się udać, zaczęliśmy próbować. Od nowa. Mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa w tym związku, z pełną odpowiedzialnością.

Może i jestem naiwna. Z tyłu głowy tkwi głos, że zdradził raz, to zdradzi drugi. Ale może to nie jest do końca prawda. Wierzę w to, że nie jest i że tym razem budujemy coś solidnego. A jeśli nie wyjdzie to... szczerze, odejdę bez żalu. Po prostu nie potrafiłabym żyć z tym, że nawet nie spróbowałam.

Powrót do normalności musi wymagać zaangażowania z obu stron i czasami potrafi nieźle dać w kość.

Dlatego uważam, że nie zawsze trzeba przekreślać związek po takiej sytuacji. Napisałam, bo może jakaś zraniona duszyczka przeczyta to i zdobędzie się na odwagę i powie sobie "dobrze, uratujmy to". BO TO DA SIĘ ZROBIĆ. To ciężka decyzja, zwłaszcza gdy wszyscy w koło mówią, że jestem głupia, że dałam mu szansę, że zobaczę, jak to się skończy i takie tam. Trzeba też wiedzieć, że powrót do normalności musi wymagać zaangażowania z obu stron i czasami potrafi nieźle dać w kość, łatwe to na pewno nie jest. Czasami warto jednak iść za głosem serca, a nie rozsądku i zaryzykować, bo potem możemy całe życie pluć sobie w brodę, że odpuściliśmy coś, na czym naprawdę mocno nam zależało.

*Wasza (może i naiwna, ale szczęśliwa) czytelniczka

[Od Redakcji: List nagradzamy książką Joanny Glogazy "Slow fashion. Modowa rewolucja" ]

Foch poleca!Foch poleca!


[Od Redakcji: List nagradzamy książką Joanny Glogazy "Slow fashion. Modowa rewolucja" ]

Foch poleca!Foch poleca!

Więcej o: