Reforma sklepików szkolnych, czyli jak dobry pomysł został spartolony

Nasza Czytelniczka zauważa, że za tym, co wiedzą (o jedzeniu) i jedzą dzieci w szkołach stoją dorośli. Którym się nie chce zmieniać nawyków żywieniowych wychowanków, bo przecież "dzieci i tak pójdą po szkole kupić chipsy".

Możecie się ze mną zgodzić lub nie, ale mam własną małą teorię, dlaczego dzieci często niechętnie idą do pierwszej klasy. Sami dorośli zaszczepiają im lęk i niechęć, powtarzając w ramach napomnienia: "w szkole to zobaczysz", "koniec laby", czy też nawet w drastyczniejszej formie (słyszane na własne uszy) "pójdziesz do szkoły, to ci się dopiero zimnej wody do d*py naleje". Nie brzmi zbyt zachęcająco, prawda? Wiem, że według obiegowej opinii w obecnych czasach robi się z dzieciaków porcelanowe lalki (to wszystko wina psychologów), i że za "Naszych Czasów" jako pięciolatki żuliśmy pszczoły i potknięcia wychowawcze naszych rodziców spływały po nas jak woda po gęsi (tudzież kaczce), a zasłużony klaps nikogo jeszcze nie zabił (albo wręcz przeciwnie).

Przy pierwszym niepowodzeniu nawet nie podjęłam wyzwania, bo uznałam, że w moim przypadku matematyka jest "nienauczalna".

Jako osoba dorosła nie mogę zrozumieć, dlaczego nikt nie powiedział mi wtedy (a byłam dzieckiem ciekawym świata), że w szkole będzie super! Że dowiem się nowych rzeczy, że będę robić mnóstwo "fajnych, dorosłych, poważnych rzeczy" jak np. patrzenie przez mikroskop. Podobnie z nieszczęsną matematyką. Mogłabym być z niej całkiem dobra, gdyby nie to, że od dzieciństwa powtarzano mi (oj, mamo!), że matematyka jest trudna! Założyłam więc, idąc do szkoły, że skoro moi rodzice (którzy przecież są super i w ogóle, no bo co w końcu, kurczę blade, jak mawiał Mikołajek) nie dają jej rady, to ja też na pewno nie dam. I przy pierwszym niepowodzeniu nawet nie podjęłam wyzwania, bo uznałam, że w moim przypadku matematyka jest "nienauczalna". Tymi okrężnymi ścieżkami zmierzam do meritum mojego listu, czyli reformy sklepików szkolnych i podejścia do wpajania dzieciom podstaw zdrowego żywienia.

Śmieciowe jedzenie won, kucharze do douczenia, jak gotować nowocześnie i smacznie!

Minister zdrowia Marian Zembala podpisał rozporządzenie dotyczące produktów, które mogą być sprzedawane i serwowane w szkolnych sklepikach. Automatem pod lupę trafiły też szkolne stołówki, co dopełniło obrazu paniki i rozpaczy. O ile "rozumiem" najemców sklepików, którzy płaczą nad utraconym łatwym zarobkiem, tyle dziwi mnie postawa dyrektorów szkół i wypowiedzi kucharzy (np. cytowane TU), bo jak mówi dyrektorka SP nr 2 Ewa Drewnowicz w zarządzanej przez nią placówce:

Od tygodnia kucharz i kierownik administracyjny głowią się, jak rozumieć wytyczne. Nowelizacja ustawy popadła w skrajność. Jej twórcy nie zachowali umiaru. Oczywiście dostosujemy się do przepisów, ale podawanie dzieciom naleśników z serem bez cukru uważam za "nieetyczne". Podobnie jak nieposłodzenie im kompotu".

I mam wrażenie, że znowu zamiast pójść prostą, dobrą dla dzieci ścieżką (śmieciowe jedzenie won, kucharze do douczenia, jak gotować nowocześnie i smacznie) zmierzamy na manowce. Dorośli ludzie, odpowiedzialni za swoich podopiecznych, mający uczyć ich dobrych wzorców, mówią im: zdrowe jest niesmaczne, bez cukru się nie da, jest problematyczne w przygotowaniu, po co cokolwiek zmieniać, dzieciaki i tak pójdą do pobliskiego dyskontu po chipsy. Może część faktycznie tak zrobi. Ale jeżeli chociaż kilkoro dzieci na cała klasę nabierze nawyku zastanawiania się nad tym co je, będzie to wg mnie wielki sukces tej reformy!

Tylko strach przed byciem niefajnym grubym powinien nas motywować do dbania o siebie.

Ręce opadły mi jeszcze niżej, kiedy usłyszałam, jak pani Kopacz tłumaczy dzieciom, że zadbała o to, "żebyście w poważnym i dojrzałym wieku nie byli, mówiąc potocznie, "grubaskami"", piętnując jednocześnie dzieci grube i wskazując je jako te gorsze. Bo wszyscy przecież wiemy, że chudym ludziom śmieciowe jedzenie nie szkodzi! Tylko strach przed byciem niefajnym grubym powinien nas motywować do dbania o siebie. Żadne tam inne pobudki, i na pewno to nie może być przyjemne. Bo dbanie o zdrowie to ciężka kara, i tylko wybrani mogą zalegać przed tv, wsuwać pączki zapijając je colą i nie musieć się katować.

W jakimś reality show o odchudzaniu, w którym trenerką była Jillian Michaels, widziałam ludzi szlochających, kiedy kazało im się wyrzucić ich ulubione ciastka z szafki w kuchni i z jadłospisu. Dorośli ludzie PŁAKALI, bo ktoś zabrał im ciasteczka. "Szok i niedowierzanie", prawda? Ale taką samą postawę widzę właśnie u dorosłych, od których oczekuje się, że będą w ramach piastowanych przez siebie funkcji realnie dbali o zdrowie uczniów i wychowanków.

Okazało się, że można inaczej niż pampuchy ze śmietaną i cukrem. Że można posypać dzieciom talerz ziołami!

Rodzice i dziadkowie z nurtu "sałatką się nie najesz" to jeden temat. Drugim są zwierzchnicy kucharzy i kucharek, którzy przymykają oko na ich nieprawdopodobne lenistwo (np. gotowanie z niezdrowych półproduktów). Podam przykład pewnej placówki opiekuńczej, do której na czas wakacji przeniesiony został młody kucharz pracujący zwykle w jednej z jej filii. I okazało się, że można inaczej niż pampuchy ze śmietaną i cukrem. Że można posypać dzieciom talerz ziołami i podać tak udekorowane zdrowe jedzenie (a, tak! Chciało mu się), że znika w całości z talerzy (mimo że rozgrzebywanie było kiedyś na porządku dziennym). A jeżeli ktoś jeszcze ma wątpliwości, czy naprawdę da się karmić dzieci i uczyć ich zdrowego odżywiania w sposób pozytywny (mimochodem, jako naturalnej części naszego życia), to proponuję zapoznać się z japońską praktyką tworzenia obento, czyli przygotowywaniem zdrowych śniadań podniesionym do rangi sztuki. Przykłady, że można inaczej: TU, TU i TU.

Mirrorqueen

[Od Redakcji: list nagradzamy 30-dniowym kodem do Kinoplex.pl]

Foch poleca!Foch poleca!