"Czy szczęście można osiągnąć tylko uciekając z Polski? Nie byłoby rozsądniej zabrać się wreszcie za zmienianie tego, co nam przeszkadza?" [LIST]

Temat emigracji powraca. Tym razem w kontekście sposobu na to, żeby wreszcie poczuć się szczęśliwym człowiekiem. "Zastanawiam się, czy nie można tego lepszego życia i szczęścia osiągnąć w Polsce? I czy rzeczywiście tam dokąd wyjeżdżacie, znajdujecie to, czego w swoim kraju nie możecie znaleźć?

Moje motto życiowe brzmi: "szczęście, to stan umysłu". Wielokrotnie się przekonywałam o tym, że moje motto się sprawdza. Ale nie doszłam jeszcze do tego, jak taki (szczęśliwy) stan umysłu osiągnąć na stałe. A zadania tego bynajmniej nie ułatwiają mi współrodacy - i ci, którzy obok mnie mieszkają, i ci, którzy z tego kraju już wyjechali.

Dziś kolejny znajomy w poszukiwaniu szczęścia wyjechał z Polski. Czy to rzeczywiście zależy od położenia geograficznego?

Żyję w Polsce. W kraju, który przez wielu cudzoziemców jest postrzegany jako miejsce ludzi mało uśmiechających się i niespecjalnie zadowolonych z życia. I ja - rozglądając się dookoła - chyba też postrzegam tak ten kraj. Dzisiaj tym bardziej, gdy dowiedziałam się, że kolejny mój znajomy razem z rodziną wyjechał stąd w świat. W sumie nie dziwię mu się - na pewno chce dla siebie i rodziny lepszego życia i szczęścia. Ale jednocześnie zastanawiam się, czy nie mógł on tego lepszego życia i szczęścia osiągnąć w Polsce? I czy rzeczywiście tam dokąd wyjechał znajdzie to, czego w swoim kraju nie odnalazł?

Koleżanka, która wyjechała do Norwegii zachwycała się widokami, zarobkami, ale podkreślała, że ciąży jej samotność.

Nigdy nie byłam emigrantką, więc tak naprawdę z własnego doświadczenia życiowego nie mogę powiedzieć, jak się żyje za granicą. Mam tylko obserwacje i przemyślenia na podstawie rozmów z tymi, którzy wyjechali. Najbardziej szczera w tej rozmowie była chyba moja koleżanka, która wyjechała za pracą do Norwegii. Zachwycona pięknym krajem i widokami oraz zarobkami, jednocześnie podkreślała, że najbardziej doskwiera jej tu samotność. Owszem, Norwegowie są mili i uśmiechnięci, ale jednocześnie zdystansowani. Wieczory spędzają w gronie rodziny i niespecjalnie otwierają się na kontakty z nowymi osobami, zwłaszcza na cudzoziemców. Mówiła mi więc, że kiedy wraca do wynajętego domku, to w zasadzie nie wie, jak spędzić czas. Bo wszystko już ma wysprzątane i ogarnięte i chętnie by się z kimś spotkała, ale nie ma z kim. Czy można być szczęśliwym mając godziwe wynagrodzenie, a jednocześnie przeżywając samotność? Hmmm, nie wydaje mi się. Ale historia tej koleżanki ma happy end - wyszła za mąż za Norwega i chyba już nie czuje się samotna. Ale zanim doszła do tego etapu życia, to musiała spędzić wiele samotnych lat na obczyźnie.

Kolejny znajomy piał peany o Norwegii, gdy go odwiedziłam, okazało się, że mieszka w okropnej, zagrzybiałej klitce.

Inna znana mi osoba, mężczyzna w średnim wieku - już krótko po wyjeździe za granicę zaczął utożsamiać się z nowym krajem, ciągle powtarzając: "A w Norwegii jest tak i tak", przedstawiając ten kraj w samych superlatywach, a bardzo narzekając na Polskę. Czekałam na moment, gdy ledwo po roku pobytu za granicą zacznie mówić: "My, Norwegowie". Byłam przekonana, że człowiek tak zachwycony nowym krajem musi tam mieszkać w dobrych warunkach. Tymczasem będąc u niego w odwiedzinach, podczas wakacji, moje oczy ujrzały małą kliteczkę z piwnicznym okienkiem i grzybem w łazience. Pobyt w tym piwnico-mieszkaniu przyprawiał mnie wręcz o depresję, bo przez malutkie okienko prawie nie dochodziło światło dzienne, a niewielki pokoik z mikrokuchenką powodował u mnie klaustrofobię.

Zaczęłam się więc zastanawiać czy możliwe byłoby to, abym była szczęśliwa w kraju, gdzie są przepiękne widoki i godziwe zarobki, ale żeby cokolwiek odłożyć musiałabym mieszkać w klaustrofobicznej kliteczce (lub w hotelu robotniczym czy mieszkaniu razem z innymi, obcymi mi ludźmi)? No i czy szczęście można osiągnąć w kraju, gdzie przez jakieś 360 dni w roku pada deszcz i przez wiele miesięcy dzień trwa bardzo krótko?

Czy można być szczęśliwym wykonując pracę fizyczną, poniżej swoich kompetencji?

I kolejny aspekt - praca. Zaczęłam się zastanawiać, czy potrafiłabym być szczęśliwa pracując w przetwórni ryb lub przy uboju kurczaków? No, bo jaką inną pracę dostałabym bez dobrej znajomości języka?! Czy kogoś za granicą interesowałby mój dyplom potwierdzający wyższe wykształcenie?!

Emigrantem zostaje się zawsze. Nawet jeśli mieszka się w wybranym kraju ponad 20 lat.

A teraz załóżmy wersję optymistyczną - powiedzmy, że trafiam do kraju, gdzie znajduję dobrze płatną pracę w swoim wymarzonym zawodzie, świetnie znam tamten język i mieszkam z mężem i dziećmi w uroczym domku otoczonym wspaniałymi widokami. Czy będąc w tak dobrej sytuacji zawodowej i materialnej osiągnę już na sto procent szczęście, którego poszukuję? Czy dalej będzie mi czegoś brakowało? Może problemem byłoby to, że nie czułabym się tam mimo wszystko jak "u siebie"? W końcu emigrant to zawsze emigrant - może żyć w danym kraju 20 lat, a tubylcy słysząc inny akcent i tak go zapytają: "a skąd przyjechałeś?". Moja ciotka co jakiś czas słyszy takie pytanie, mimo że za granicę wyjechała jako młoda dziewczyna i osiedliła się tam na stałe 50 lat temu.

To może model - wyjechać, przemęczyć się parę lat, zarobić, zaoszczędzić i wrócić do Polski? Hmmm to chyba też może nie zadziałać. Co chwilę natykam się na artykuły, w których mowa jest o Polakach wracających do ojczyzny i niepotrafiących już się w niej odnaleźć - bo zarobki dużo niższe niż za granicą, bo biurokracja, bo ludzie zgryźliwi itd.

Tym, którzy tak narzekają na Polskę, radziłabym pojechać tam, gdzie żyje się naprawdę źle.

Myślę i myślę i już chyba wiem co Polak może zrobić, żeby poczuć się choć trochę szczęśliwy w Polsce. Powinien pojechać - choćby na jeden dzień - do jakiegoś biednego kraju (w Europie Wschodniej, w Afryce, w Azji, w Ameryce Południowej, czy gdziekolwiek). Ja nie wyjeżdżałam daleko. Byłam kilka dni na Ukrainie. I zobaczyłam ludzi, którzy siedząc na chodniku usiłują sprzedać cokolwiek byleby mieć na życie, na przykład buty tak zniszczone, że w Polsce dużo lepsze wyrzuca się na śmieci. Ludzi, którzy mając dobre wykształcenie miesięcznie zarabiają 50 dolarów albo mają 10 dolarów emerytury.

Po takiej podróży wracasz z przemyśleniami, że są na świecie ludzie, którzy naprawdę żyją w ubóstwie. Osoby, które nie martwią się tym, że nie stać ich na nowy samochód czy najnowszego smartfona, ale które martwią się o to, czy tego dnia będą miały chleb w domu. Albo siedząc z rodziną w piwnicy martwią się o swoje życie i zdrowie, gdy w związku z toczącymi się tam konfliktami zbrojnymi ktoś ostrzeliwuje zrujnowany blok, w którym mieszkają.

Każdy z nas ma problemy, które nas przytłaczają i wtedy może pojawić się myśl, że gdy wyjadę z tego beznadziejnego kraju, to wszystkie moje problemy znikną.

Jeszcze raz powtórzę, że szczęście to stan umysłu, a nie stan posiadania. Jeżeli wmówię sobie, że jest mi źle, to na pewno będzie mi źle. Będę zazdrościć wszystkim dookoła, postrzegając siebie jako ofiarę skrzywdzoną przez los. Będę się czuła jako ta gorsza, jako ta, która nie wyjechała w Polski, więc nie mająca szans na szczęśliwe i satysfakcjonujące życie. Każdy z nas ma problemy, które nas przytłaczają i wtedy może pojawić się myśl, że gdy wyjadę z tego beznadziejnego kraju, to wszystkie moje problemy znikną. A tymczasem jedne problemy mogą rzeczywiście się rozwiązać, ale za to mogą pojawić się inne trudności, których nie przewidzimy. I to szczęście, które było już tak blisko, blisko... znów wymyka się z naszych rąk.

Wczoraj rozmawiałam w kolegą, który jeszcze kilka miesięcy temu był w kiepskiej kondycji psychicznej, był bardzo depresyjny. Widząc, że obecnie jest uśmiechnięty i zadowolony, zaczęłam się zastanawiać skąd u niego taka odmiana.

- Widzę, że jesteś w bardzo dobrym nastroju. Czyżbyś poznał jakąś fajną dziewczynę?

- Tak, poznałem ale nie dziewczynę.

- A kogo?

- Siebie.

Kolega wyjaśnił mi, że bierze udział w zajęciach terapeutycznych, które pomagają mu poznać siebie i radzić sobie z problemami, które doskwierały mu od wielu lat. To niesamowite - wystarczyło, że zajrzał w głąb siebie i taka odmiana! Po prostu zmienił sposób myślenia na temat swojej osoby i swoich problemów. I wtedy znów sobie pomyślałam, że szczęście to rzeczywiście stan umysłu. Zamiast pakować walizki, chyba pójdę za jego przykładem i zacznę poznawać siebie. Dzięki temu mogę być szczęśliwa tak po prostu - bez konieczności zmiany miejsca zamieszkania.

A jakie wy macie pomysły na osiągnięcie szczęścia w Polsce? Szukam inspiracji i chętnie poznam Wasze "patenty" na satysfakcjonujące życie.

Poszukująca szczęścia

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to książka "Podwójne życie Pat" Jo Walton. Życzymy miłej lektury.]

Podwójne życie Pat (Świat Książki)Podwójne życie Pat (Świat Książki)

Więcej o: