"W pracy odnoszę kolejne sukcesy, ale emocjonalnie jestem wrakiem" [LIST]

Depresja, samotność, toksyczna rodzina, pracoholizm - wyobrażasz sobie, że walczysz z przynajmniej jednym z tych problemów? A ze wszystkimi? Nie? Przeczytaj zatem list Czytelniczki o tym, jak uciekła przed życiem w pracę.

Kiedy przeczytałam list Czytelniczki o tym, że mama jest jej najgorszym wrogiem, przewinęła mi się przed oczami moja historia. Jest dużo osób w takiej sytuacji, tkwiących między toksycznymi ludźmi. To jest też moja historia.

Moja rodzina nie akceptuje mojej ścieżki zawodowej i życiowej.

Zacznę od kwestii najbardziej drażliwych. Mam depresję. Ciężką. I niestety mój organizm jest odporny na leki. Każdy dzień to walka o to, by się nie poddać. Psychiatra stwierdził, że zamiast się na przykład ciąć - wpadłam w pracoholizm. Moja rodzina nie wierzy, że mam depresję. Uważają, że się użalam nad sobą. Każda moja życiowa decyzja jest szeroko komentowana i torpedowana "super-extra-fajnymi radami" cioci X czy babci Z, bo "dziecko, ja wiem lepiej, a Ty to jeszcze nie wiesz co to życie". Moja rodzina nie akceptuje mojej ścieżki zawodowej i życiowej. Poszłam na studia (licencjackie) dzienne - źle. Powinny być zaoczne. Otrzymywałam stypendium naukowe - nie no super, ale dlaczego tak mało kasy? "Jezu, chce Ci się?". Na ostatnim roku zabrakło mi 0,01 do stypendium - byłam 7. na uczelni. Stypendium otrzymało 6 najlepszych. TRAGEDIA NARODOWA. Dziecko, opuszczasz się. CZY TY MASZ ZAMIAR W OGÓLE DO CZEGOŚ DOJŚĆ? Masz za swoje, trzeba było się uczyć.

Na studiach przeszłam pierwsze załamanie nerwowe.

Marzyły mi się studia magisterskie. Aplikowałam na studia prowadzone w języku francuskim i angielskim. Nie mając pojęcia o francuskim. Spośród 200 aplikujących dostało się 45 osób. W tym ja. Do tej pory nie wiem jak po 3 miesiącach było nas 23 osoby. To była orka - 9-16 uczelnia, dom, drzemka, 19-03 nauka, drzemka - 9-16 uczelnia. Efektem jest pierwsze załamanie nerwowe. W końcu (cudem) poznałam chłopaka (czytaj: mężczyznę moich marzeń) - i za jego namowami rzuciłam studia i powiedziałam wszystkim, że wylatuję z nim do UK, studia podejmę tam - za rok. Matka nie odzywała się do mnie pół roku - od dnia kiedy powiedziałam o wylocie, do dnia kiedy miałam wyruszać (chyba myślała, że zrezygnuję). Reszta rodziny tak na mnie wsiadła - że wielokrotnie kończyło się to u mnie spazmatycznym płaczem, histerią itd. Wyjechałam. Nie w ciemno, najpierw znaleźliśmy pracę, potem wyjazd. Po pół roku wszystko się rozpadło.

Załamana wróciłam do Polski. Po tygodniu dostałam propozycję wylotu do Szkocji. Wyleciałam ze złamanym sercem, ale dałam radę. W UK okazało się, że polskim licencjatem mogę się podetrzeć. Na dobre studia tylko z papierkiem magistra.

Rodzina jedynie mnie niszczy, olewa między jednym spotkaniem a drugim.

Wróciłam do Polski na studia - analityka finansowa. Rodzina: po co wracasz? (Przecież miałam nie wyjeżdżać?) kto zapłaci za Twoje studia zaoczne? (ja, przecież odłożyłam pieniądze?), czego tutaj szukasz? (Serio...?), CO MASZ ZAMIAR TERAZ ZE SOBĄ ZROBIĆ?!, i najlepsze - a po co ci studia? Załóż firmę (chrzań fakt, że nie masz pomysłu - załóż, a potem się zastanowimy) - naprawdę, nie ściemniam. Nawet nie mogłam kupić sobie kota - bo to "poroniony pomysł i zacznij pracować nad relacjami z rodziną". Tak. Tą rodzinką, która mnie niszczy, nie pamięta o moich urodzinach, olewa mnie między jednym spotkaniem rodzinnym, a drugim.

Po 3 miesiącach znalazłam pracę w jednej ze spółek należących w 50% do miasta, poszłam na te niepotrzebne studia (bo tak sobie życzyłam) i zaczęło się. Ile zarabiasz? 1500 na rękę. TAK MAŁO?

Zwierzchnikom udowodniłam, że pracuję szybko, jestem samodzielna, nie mam problemu z pracą po godzinach. Zaczęłam być cennym pracownikiem. Po jakimś czasie przeniosłam się do jednostki budżetowej gminy. Coś jak urząd miasta. Poznałam trochę ekipy rządzącej. W ramach sprawdzianu dano mi dużą miejską imprezę do zorganizowania. Wyszło świetnie.

W pracy panuję nad wszystkim. I chyba tylko tam.

Zostałam Prezesem Stowarzyszenia, które między innymi zajmuje się organizacją tego wydarzenia. Udzielam się społecznie. Jestem w miejskiej Radzie Działalności Pożytku Publicznego. Prowadzę spółkę, która zajmuje się jedną z bardziej istotnych spraw dla Miasta - na razie mało oficjalnie, ale od przyszłego roku to się zmieni. Pomagam prowadzić zagraniczną firmę znajomemu taty - jako tłumacz. Organizuję wiele akcji w mieście - głownie opieram się na sektorze NGO. Aktywizuję uczniów, angażując ich do tychże akcji, seniorów, organizacji pozarządowych. Zaangażowałam się w kilka dodatkowych projektów. Jestem rzecznikiem prasowym jednej ze spółek miejskich. Zakładam własną fundację, by móc pod to podpiąć działalność gospodarczą - moim głównym celem nie są pieniądze. Ja po prostu lubię swoją pracę. Widzę cel.

Jestem w pracy 20 godzin na dobę. Dzięki temu nie beczę całymi dniami. Wstaję, bo gdybym miała dostać ochrzan od szefa, bo czegoś mi się nie chciało, to chyba bym się zapadła pod ziemię. Moglibyście powiedzieć - ale mi depresja, co ta babka pitoli? Dla ludzi, zewnętrznie, jestem superkobitką, pełen sukces, śliczna, mądra, Bóg wie co jeszcze.W środku czuje się pusto. Praca to ucieczka od samej siebie. Wiecznie gram. Wiecznie udaję.

Gdzie tu rodzina? Wszystko jest negowane. Moi wujkowie zarabiają miliony rocznie na swojej działalności. Ich zdaniem powinnam pracować w hotelu na Teneryfie albo Wyspach Wielkanocnych i piąć się po szczeblach kariery. Moja mama nigdy mi nie powiedziała, że mnie kocha. Że jest ze mnie dumna. Za to często mi mówi: wyglądasz koszmarnie. Co ty z siebie robisz. Ludzie się z ciebie śmieją - uwierz mi. Przytyłaś. I tak dalej. Mój ojciec zarabia 4 razy więcej ode mnie i dalej pożycza ode mnie pieniądze.

Rodzina wymaga, abym opiekowała się leniwym bratem.

Jestem wygodna, więc mieszkam z mamą (rodzice po rozwodzie) ale płacę za siebie. Niedługo się wyprowadzam na swoje. Zarabiam trochę ponad 2 tys. robiąc to wszystko. Większość z was powie - ale głupia. A ja wam powiem - ja mam cel. Swój własny. I powinnam mieć nosie to, że moja rodzina uważa, że jestem badziewiem, że są fałszywi, zakłamani, skłóceni ze sobą nawzajem i wzajemnie sobie obrabiają tyłek, wciągając mnie w swoje wojny. Mój brat ma 18 lat i nie robi kompletnie nic. Raz już repetował klasę, ma same jedynki, nie daje od siebie kompletnie nic. Wszyscy go holują wiecznie, zbudowali nad nim niezły klosz ochronny i nie widzą problemu, że krzywdzą dziecko. Co więcej - wymagają ode mnie wzięcia za niego odpowiedzialności.

Przez całe życie, będąc perfekcjonistką, zawsze słyszałam, że coś jest nie tak. To boli tak bardzo, że kompletnie straciłam pewność siebie. Tak jak napisałam - moja osobowość to świetna gra aktorska. Mam depresję. Nie wiem, co mnie trzyma przy życiu. Często czuję, się tak źle, że mam ochotę tym wszystkim walnąć. Może się zajeżdżam bez sensu. Ale od czegoś trzeba zacząć. Czasem trzeba włożyć więcej na początku. To, co zyskuję to doświadczenie. Tego mi nikt nie odbierze. Wiedzę. Poznaję nowych, świetnych ludzi. Mam czas na teatr, operę, koncerty, książki - bo to kocham. Trenuję boks. Chodzę na jogę. Nie mam dzieci. Moja rodzina tego nie rozumie. Oni nawet nie chcą czegokolwiek z powyższych spraw zrozumieć. Mam za sobą zaprzepaszczone szanse. Wiele takich. Ale pomimo tego, jak bardzo się przejmuję tym wszystkim, pomimo tego, że zwykle każda krytyka, niewinny żart, bolą sto razy mocniej - idę dalej. Gdzieś musi być sens w tym całym szaleństwie. Zaczęłam i teraz już nie mam opcji. Muszę. I tylko to mnie trzyma przy życiu.

Nie musicie walczyć o swoje z każdym. To jak Don Kichot. Ale jeśli coś jest dla was ważne - idźcie w to. To wasze życie. I to wy będziecie mieli pretensje do siebie i wyrzuty sumienia. Ja tkwię po uszy w gównie. Wiem. Ale może ten list pomoże komuś innemu. Bardzo bym chciała.

Camille

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to książka "Zaduch" Marty Szarejko. Życzymy miłej lektury.]

z