"Jestem nauczycielką i bardzo się tego wstydzę" [LIST]

Drodzy rodzice posyłający swoje dzieci do szkół, macie zastrzeżenie do nauczycieli? Może powinniście przeczytać list naszej Czytelniczki, która pracuje w szkole jako nauczycielka. Jej punkt widzenia może Was zaskoczyć.

Fot. Pexels.com CC0/Foch.pl Fot. Pexels.com CC0/Foch.pl

Mam na imię Magda. Jestem nauczycielem. Brzmi prawie jak "Jestem Magda, jestem anonimowym alkoholikiem". Jak coś wstydliwego, coś co wyznaje się po cichu i w sekrecie. Bo tak w pewnym sensie jest. W dzisiejszym świecie, w tych pięknych okolicznościach przyrody, w rozwiniętym i dojrzałym społeczeństwie bycie nauczycielem jest, jak bycie gorszym, poniżej jakichkolwiek klasyfikacji. Czyż nie jest tak drodzy koledzy i koleżanki po fachu?

Każdy artykuł na temat nauczycieli, każdy jeden, zawiera pod spodem szkalujące komentarze.

Skończyłam studia magisterskie, podyplomówkę, mam certyfikat z języka, robię kolejne studia i co z tego? Dla znacznej części społeczeństwa jestem nierobem, darmozjadem, który przez większość roku sobie po prostu bimba. Nie znam się na swojej pracy, nie umiem nauczyć dzieci, wychować ich, wychodzę z pracy po paru godzinach, zarabiam kupę kasy i jeszcze mam o coś pretensje. Każdy artykuł na temat nauczycieli, każdy jeden zawiera pod spodem właśnie takie komentarze. Wszelkie próby obrony kończą się tym, że te osoby podejrzewane są o bycie nauczycielami żałośnie próbującymi podreperować swoją reputację. Nie czytam ich już nawet, bo każdy artykuł jest już wystarczająco dobijający. Po lekturze każdego z nich, mam ochotę pojawić się kolejnego dnia w pracy z wypowiedzeniem. Wszystko tylko nie to. To ja już wolę na kasie w Lidlu, tam spotkam się z większą sympatią.

Jest potrzebna w szkole tablica korkowa? Nauczyciel powinien ją zorganizować.

Wiecie kiedy jeszcze mam ochotę napisać wypowiedzenie? Jak czytam te wszystkie blogi superbelfrów, edukatorów i niewiadomokogojeszcze. Wtedy też okazuje się, że jestem do niczego, bo pracuję za mało, mam kiepskie pomoce i tragiczną wiedzę.

Jedna z Pań minister wymyśliła, że pakiet edukacyjny, którzy dostawali nauczyciele w postaci przewodników, tablic demonstracyjnych czy literek i cyfr do zawieszenia to rodzaj korupcji (nadużycie stanowiska publicznego w celu uzyskania prywatnych korzyści). Specjalnie wyjaśniam w nawiasie, bo zastanawiam się jakie prywatne korzyści odniosłabym z tych tablic. Powiesiłabym je sobie w domu nad łóżkiem?

Nauczyciel powinien być do  dyspozycji wszystkich i zawsze.

Nauczyciel ma być kreatywny! Sam wymyślać pomoce, metody, karty pracy, gry i wiele wiele innych. Sprawdzać zeszyty, sprawdziany, które wcześniej przecież sam przygotuje, bo korzystanie z gotowców jest dla niekreatywnych. Ma się dokształcać, czytać fachową lekturę, wciąż uczyć się nowego. Chodzić na szkolenia, zebrania rad pedagogicznych, spotkania z rodzicami, wtedy kiedy jest potrzeba.

Festyn w szkole? Koncert? Warsztaty? Trzydniowa wycieczka? Jasne, bez problemu. Jest do waszej dyspozycji. Do dyspozycji wszystkich tylko nie swojej. Ma w umowie przecież 40 godzin pracy, więc o co chodzi? Przecież dzieci uczy tylko cztery godziny dziennie! I niech się cieszy, że nie musi tego czasu ewidencjonować, na pewno wyszłoby, że tylko się tłumaczy.

O dostępie do "nowoczesnej technologii" nawet nie wspomnę. Każdy nauczyciel wie, że jak chce mieć do niej dostęp to musi we własnym zakresie. Dodam, że do nowoczesnej technologii zalicza się też drukarka i papier ksero.

Pracuję - na moje oko - 12 godzin dziennie.

A to wszystko za jedyne 2000 zł miesięcznie. Tak, tak. Tyle dostaje nauczyciel w dużym mieście po 10 latach pracy. Wliczając do tego dodatki. Oczywiście, zaraz znajdzie się ktoś, kto powie, że to dużo, że sam chciałby tyle zarabiać itp. Proszę bardzo, droga do szkoły nie jest jakoś specjalnie zabarykadowana, ruch w interesie jest, kadra wciąż się zmienia. Mnie to jednak nie wystarczy. Mieszkam sama, mam na głowie kredyt, lubię czasami dobrze zjeść. Więc jak każdy szanujący się nauczyciel, bez bogatego męża lub żony - dorabiam. Oczywiście, korki. I już nie martwię się, czy starczy w tym miesiącu na karmę dla kota i kupno kolejnych ryz papieru W ten właśnie sposób spędzam całe dnie. Na moje oko 12 godzin dziennie. Oprócz piątków. Piątki są dla mnie. Przychodzę do domu wcześniej. I zaraz idę spać, bo nie wyrabiam. A w sobotę zjazd. Za studia oczywiście płacę sama, bo w kasie szkoły puuuusto.

O rodzicach mogłabym napisać osobny artykuł. Większość z nich to wspaniali ludzie ze wspaniałymi dziećmi. Ale wystarczy tych dwóch w klasie, którzy nie są rodzicami. Są "klientami". Rozliczają, czepiają się wszystkiego, generalnie szukają haka, jakbyśmy byli ich wrogami. Zwykle mają dzieci, które wymagają dodatkowej pracy, zainteresowania lub czasu. Zamiast przyjąć uwagi nauczyciela (który nie mówi to po to, aby komuś dopiec tylko, aby POMÓC dziecku!!!) oburzają się i mówią: O nie, moje dziecko tak nie robi. W domu się tak, nie zachowuje, nie ma z nim problemu. To wina szkoły".

Niedawno właśnie uświadomiłam sobie, że życia prywatnego to ja właściwie nie mam. No chyba że pranie - sprzątanie - karmienie kota to życie prywatne. W weekend staram się nadrabiać towarzyskie zaległości. Kończy się tym, że zasypiam nad lampką wina.

Wiecie co jest najgorsze? To, że ja lubię tę robotę.

Nie wiem, po co to napisałam. Chyba chcę sobie ulżyć, bo to, że po tym tekście ktokolwiek zmieni opinię jest niemożliwe. Społeczeństwo dzieli się na dwie części. Tych którzy nauczycieli mają zna nic i tych, którzy mają nauczyciela wśród swoich bliskich. I tak już zostanie. A wiecie co jest najgorsze? Że ja lubię tę pracę. Jestem w niej dobra, mam świetne podejście do dzieci. I dla nich chce mi się jeszcze więcej. I tylko dla nich. Wszystko inne, co spotykam w tej pracy demotywuje mnie i męczy. Sprawia, że moje zaangażowanie zanika, że staję się krytyczna i sceptyczna (ten tekst to na to dowód). Prędzej czy później odejdę ze szkoły, bo wiem, że sprawdzę się gdzieś indziej, gdzieś gdzie będę czuła się doceniana i szanowana. Zostaną ci, którym nie zależy.

W polskiej szkole potrzeba zmiany. I to na bardzo wielu płaszczyznach. Ale póki nie zmienimy podejścia do szkoły i nauczycieli wśród społeczeństwa, póki będziemy wszystkim wmawiać (szczególnie dzieciom!), że szkoła to zło i niczego nie nauczy, póki nie będziemy szanować siebie nawzajem - żadna zmiana nie pomoże.

Pozdrawiam

Magdalena

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to książka "Krocząc w ciemności" Leonie Swann. Życzymy miłej lektury.]

Krocząc w ciemności, Leonie Swann, wyd. Prószyński i s-ka 2016 Krocząc w ciemności, Leonie Swann, wyd. Prószyński i s-ka 2016

Więcej o: