My to się umieliśmy bawić! Kartofle, kapsle, guma, wisielec... O zabawach z dzieciństwa

"Za naszych czasów" to były zabawy! Guma, zbijak, klasy, podchody, bajki z rzutnika "Ania", teatrzyki cieni, wisielec i państwa-miasta. Kto to jeszcze pamięta? Domyślam się, że większość z was!
Jak brak graczy, gumę można zaczepić o cztery kijki, albo dwa krzesła / fot. Ania Oka Jak brak graczy, gumę można zaczepić o cztery kijki, albo dwa krzesła / fot. Ania Oka Jak brak graczy, gumę można zaczepić o cztery kijki, albo dwa krzesła / fot. Ania Oka

Kiedyś to dzieci potrafiły się bawić!

No właśnie. Zazwyczaj, gdy pojawia się temat zabaw z naszego dzieciństwa, towarzyszą mu uwagi w rodzaju "kiedyś to dzieci potrafiły się bawić". Też miałam zamiar uderzyć w ten ton, bo marudzenie z elementem sentymentalnym i gloryfikacją przeszłości doskonale się piszą. Dosłownie słowa same wypływają spod palców. Ale jak zaczęłam przypominać sobie swoje rozrywki i porównywać z tym, w co bawią się dzisiejsze dzieci, musiałam się wycofać. Część zabaw - i to znaczna część - przetrwała do dziś. Wprawdzie nigdy nie widziałam dzieci bawiących się w komórki do wynajęcia, ale we wszystkie pozostałe zabawy, tak.

Śnieżne latarnie / fot. Ania Oka Śnieżne latarnie / fot. Ania Oka Śnieżne latarnie / fot. Ania Oka

Podwórko, pole, dwór

Nie wiem czy jestem w stanie wypisać połowę zabaw, w które bawiliśmy się na zewnątrz domu. U mnie, na prowincji Warszawy mówiło się "na dworze". "Idę na dwór" oznaczało, że znikam na ile się da i trzeba mnie będzie nawoływać tysiąc razy "Ania obiad/ kolacja/ ciemno już, wracaj do domu, bo zaraz tam po ciebie pójdę!".

Czym się bawiliśmy? Błotem, wodą w postaci kałuży, roślinami przeróżnymi od zielsk, przez liście, po owoce, niekoniecznie dojrzałe. Patykami. Ooo, patyki były najlepsze. Jako miecze. Konstrukcja szałasów, albo ogrodzeń. Choć ja najbardziej lubiłam dni łuków i proc. Wtedy każdy robił wybrany rodzaj broni i walczyliśmy. Raczej biegaliśmy i krzyczeliśmy, ale decybele leciały jak z wojny. Czym jeszcze? Cegłami i kamieniami do budowy domków i kuchni. Piachem. Zimą śniegiem. Ze śniegu można było zbudować dosłownie wszystko. U nas hitem były latarnie, do których czasem udało się zwinąć z domu świeczkę. Lub znicz. I małe pudełeczko z napisem "dziecko + zapałki = pożar". A ponieważ wolno nam było przebywać na dworze również po zmierzchu, czasem w latarni udało się zapalić świeczkę. Potem zawsze ktoś za to oberwał, ale radość była wielka.

"Nie baw się zapałkami, bo będziesz w nocy sikać!" / fot. Ania Oka

W co się bawiliśmy? W podchody. W komórki do wynajęcia. Graliśmy w zbijaka, berka, chowanego. Skakaliśmy w klasy rysowane patykiem na piachu, bo nasza ulica była boczna, piaszczysta, bardzo szeroka, miejscami zakrzaczona - idealna do zabawy. I w gumę. Godzinami. Gry w klasy nauczyłam córkę rok temu. Uparłam się, że nie kupię szkiełka (owszem, można), tylko zrobimy same. W tym celu musiałam zakupić pastę w klasycznym pudełku. Pastę przełożyłam, nasypałyśmy ziemi, zamknęłyśmy i zaczęłyśmy grać. Szkiełko rozpadało się co rzut. Miałam okazję pomarudzić "dziś już nie ma tak dobrze zamykanych past jak dawniej", zakleiłam klejem Kropelka, gramy do dziś.

Ponieważ córka w przyszłym tygodniu zaczyna pierwszą klasę, w wakacje postanowiłam nauczyć ją grać w gumę. Okazało się, że nie pamiętam wszystkich układów do skakania. Bez wielkich nadziei odpaliłam Youtube, myśląc, że pewnie nie znajdę tam takiej starej gry. A tu szaleństwo. Są filmiki instruktażowe, są migawki z mistrzostw gry w gumę! Jest dobrze. Guma wędruje do teczki jako podstawa wyprawki pierwszoklasistki.

Poza tym był badminton, piłka nożna, gra w kolory, głupiego jasia, kartofla. Raczej nie było kosza i siatkówki. Rządził rower, w wielu przypadkach pożyczony od dziadka i "jeżdżony pod ramą". Do tego kapsle u chłopaków i trzepak u dzieciaków z osiedli. Na naszej ulicy nikt nie miał trzepaka. Wisieliśmy na drzewach owocowych i ogrodzeniach. Poważnie.

Z zabaw na powietrzu pamiętam jeszcze gry z wyjazdów na kolonie, obozy i do sanatorium. Zawsze stały tam jakieś wiaty a pod nimi stoły do ping-ponga i piłkarzyki.

Zabawa światłem i cieniem też przetrwała do dziś / fot. Ania Oka Zabawa światłem i cieniem też przetrwała do dziś / fot. Ania Oka Zabawa światłem i cieniem też przetrwała do dziś / fot. Ania Oka

W domowym zaciszu

Dla mnie numerem jeden był rzutnik "Ania" do przewijania i czytania bajek z klisz. Klisze były czarno-białe, albo kolorowe, kupowało się je w pojedynczych pudełkach, ale czasem zdarzały się poczwórne - to było coś.

Na wielką nudę dobre były cienie na ścianie. Wystarczyła lampka i dłonie. No i noc. Były też teatrzyki. Jak ktoś miał szczęście, mógł kupić gotowy zestaw w sklepie z zabawkami. Czasem w księgarni. Na przykład bajkę o "Smoku Wawelskim" - dwie dekoracje do zawieszenia lub rozstawienia, pięć kukiełek na patykach z ruchomymi elementami (osobno można było poruszać rękoma, schylać głowę, otwierać paszczę smoka), pięknie rozpisany scenariusz sztuki.

Teatrzyki były, są i będą. Ten ma ponad 40 lat / fot. Ania OkaTeatrzyki były, są i będą. Ten ma ponad 40 lat / fot. Ania Oka

Jesienią to wiadomo - robiło się figurki z darów przyrody i zapałek. Czasem trafiła się jakaś kolorowanka. Ale rzadko. Za to w deszczowe dni dziewczynki często pochylały się nad wpisami do pamiętników, złotych myśli czy zeszytami z kolażami robionymi z obrazków wycinanych z kolorowych magazynów. Niektórzy robili też śpiewniki. Nie pamiętam harcerskich, raczej z anglojęzycznymi hitami.

Małą pocztę można kupić do dziś / fot. Ania OkaMałą pocztę można kupić do dziś / fot. Ania Oka

Były gry planszowe, choć nie tyle co dzisiaj. Jedne z najlepszych to "Grzybobranie" i "Mała poczta", które w nieco zmienionej formie, ale są wydawane do dziś. Poza tym było coś co uwielbiałam - bierki. I dziś też są. Można je kupić nawet do zabawy w ogrodzie, w rozmiarze XXL - ponad metr długości. Graliśmy też oczywiście w karty, do kupienia w każdym kiosku ruchu. I w domino. Oraz "Pięć kostek", coś jak gra w oczko, tyle że z kostkami i kubeczkiem.

Grzybobranie - do dziś grę wydaje Granna / fot. Ania OkaGrzybobranie - do dziś grę wydaje Granna / fot. Ania Oka

To nadal kółko i krzyżyk, choć przerobiłyśmy na biedronki i stonki / fot. Ania Oka To nadal kółko i krzyżyk, choć przerobiłyśmy na biedronki i stonki / fot. Ania Oka To nadal kółko i krzyżyk, choć przerobiłyśmy na biedronki i stonki / fot. Ania Oka

Z kartką i długopisem

Ja pamiętam to konkretnie tak: z kartką wyrwaną z zeszytu i długopisem wielorazowym "Zenit". Rzadziej z ołówkiem. A jeśli już to bez gumki na końcu. I bez kolorowych nadruków oczywiście. Mój ołówek był już zaostrzonym przy pomocy temperówki, ale jakby się zapodziała, to tata potrafił w chwilę naprawić ołówek nożem. A w papiernikach można było jeszcze kupić ostrzałki z żyletką w środku.

Mamy ołówek, mamy kartkę, co na niej? To różnie. Na dwie osoby najlepszą i szybką rozgrywkę było kółko i krzyżyk. Tym bardziej, że doskonale grało się w nie patykiem na piasku. Trochę dłużej trwały statki, albo wisielec. Najbardziej angażująca i wieloosobowa przy okazji była gra państwa-miasta, zwana też inteligencją. Mogło w nią grać nawet pół klasy, a zasady były banalne.

Ta gra towarzyska polegała na wypisaniu słów z kilku kategorii zaczynających się na tę samą literę. Kategorie, wypisane na górze strony, to najczęściej: państwo, miasto, roślina, zwierzę, rzecz, imię, dyscyplina sportowa, góra, rzeka, zawód, sławny człowiek. Kto pierwszy zapełni wszystkie rubryki przerywa pisanie innym i sprawdza, co pozostali gracze zdążyli uzupełnić. Emocje podczas kłótni, czy np. dane zwierze istnieje - bezcenne i przeciągające się nawet do kilku dni. Dziś faktycznie zabawy jakby mniej, bo można od ręki sprawdzić wszystko w internetach. Pamiętam, że gra państwa-miasta potrafiła skłócić najlepsze przyjaciółki. Uwielbiałam grać w nią na imprezach rodzinnych z ciotecznym rodzeństwem i po lekcjach na ławkach przed szkołą.

Cuda elektroniczne i elektryczne

Pierwsze, elektroniczne uzależniacze. Były nawet 30 lat temu, czyli w czasie, który dziś wspominam w swoim tekście, bo miałam wtedy 10 lat. Małe, prostokątne, do trzymania w dwóch dłoniach i gry przez naciskanie od dwóch do czterech guzików. Sporo osób miało wersję wyprodukowaną w Związku Radzieckim, "Jajeczka" z Wilkiem i Zającem w rolach głównych. Zaliczałam się do szczęściarzy mających rodzinę w Stanach, więc zamiast rosyjskich jajeczek miałam dwie amerykańskie: ze skakaniem przez żółwie, oraz absolutny hit - grę podwójną, zamykaną, z King Kongiem zrzucającym beczki. Człowiek z taką grą w podstawówce zamieniał się w dzisiejszego celebrytę, nie mógł przejść korytarzem, bo tłum dzieciaków chciał choć spojrzeć na ten wynalazek.

Namiastką tego zaawansowania technologicznego były gry typu "mózg elektryczny", które przetrwały do dziś. Czyli mamy zgadywanki, zadania, quizy, w których musimy połączyć odpowiednie pary dotykając metalowych kółeczek przy odpowiedziach dwoma końcami kabla. W nagrodę zaświeci się lampka.

Teatrzyk z 30-letnią historią / fot. Ania Oka Teatrzyk z 30-letnią historią / fot. Ania Oka Teatrzyk z 30-letnią historią / fot. Ania Oka

Co jeszcze pamiętacie?

PS. Jeszcze nie napisałam ostatniego zdania tekstu, a już przypomniałam sobie kolejne gry! Ale już nie będę przedłużać, mam nadzieję, że wy napiszecie co pamiętacie. Co pominęłam? Czego nie znam, bo pojawiło się 20 lat temu, albo było modne w innym regionie? Piszcie proszę, bardzo jestem ciekawa.