Jak wszyscy, to wszyscy - babcia też, czyli moje rozliczenie z nadciągającą czterdziestką

Kradnę pomysły (cicho, mówi się: "czerpię inspiracje") skąd się da. Tym razem, z racji względnie niedawnych, bezwzględnie zaawansowanych urodzin - zawiesiłam oko na tekstach koleżanek, mówiących o tym, jak im jest przed trzydziestką i po.

Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to: "Smarkule jedne" . Drugie można streścić jako: "Co wy wiecie." . Trzecie zaczęło niebezpiecznie nabrzmiewać w: "JESZCZE ZOBACZYCIE" , więc zdusiłam obcasem. Niestety, wszystkich myśli, zwłaszcza w uwierającym temacie nie da się zdusić, podlać winem, ani wybiegać.

Czy jestem, jak to obiecywały kompetentne publikacje, promienną, całkowicie zadowoloną ze swoich trzydziestu ośmiu, wreszcie rozumiejącą świat i ludzi, mądrze dojrzałą, inteligentnie spełnioną, piękną jak nigdy i ten, późno, lecz w samą porę rozkwitłą kobietą?

Błagam. Naprawdę, błagam.

Jasne, że chcę dostać z powrotem, choćby w zamian za duszę diabłu -  moje ciało i twarz sprzed lat siedmiu (a choćby sprzed choroby).

Czasem tęsknię za durną naiwnością dwudziestoparolatki. Życie w skórze owcy skrzyżowanej z gęsią może naraża na wiele ciosów, lecz jednak ma swój urok.

Czasem tęsknię za durną naiwnością dwudziestoparolatki. Życie w skórze owcy skrzyżowanej z gęsią może naraża na wiele ciosów (a ciosy już otrzymane intensyfikuje), lecz jednak ma swój urok. Bezradne, dziewczęco głupie kwiatuszki najczęściej znajdują jakąś podporę, której starszym pokrzywom nawet i szukać wstyd. A szkoda.

Czasem, całkiem serio, brakuje mi świadomości, że tyle, że wszystko jeszcze przede mną. Że jeszcze mam czas, mnóstwo czasu. Że ja się mogę zmienić, rzeczywistość wokół mnie także. Że jeszcze zdążę, zdążymy. Już nie. Wiem, że na pewne rzeczy jest już za późno. A innych już nie cofnę. To czasem ciąży.

Dlaczego więc jednak, mimo wszystko podśpiewuję sobie czasem w głowie stosowny dla starocia staroć?

 

Ponieważ stary, dobry Maurice (zapomnijmy na chwilę o jego flircie z faszyzmem, ok?) miał rację. I kiedy spływa ze mnie chwilowe rozgoryczenie - całkiem dobrze rozumiem, pamiętam że:

- nie bardzo umiałam wykorzystać i sprzedać to, co młodość daje ciału i twarzy na kredyt i bez ograniczeń. Można więc śmiało powiedzieć, że niedostatki wnętrza pozwoliły mi na marnowanie opakowania. I wreszcie do pewnych ciuchów, bucików, biżuterii, torebek trzeba dorosnąć. Ja jestem nadal w trakcie tego dorastania. Mimo wieku.

Nie brakuje mi wzruszeń pierwszych randek, wzajemnych polowań, damsko - męskiego kontredansa, ganiania się wokół krzaka, gierek.

- nie brakuje mi wzruszeń pierwszych randek, wzajemnych polowań, damsko - męskiego kontredansa, ganiania się wokół krzaka, gierek. Bardzo nie brakuje. Z przyjemnością i pobłażliwie, wręcz z ulgą, że JA JUŻ NIE MUSZĘ, ja już swoje odtańczyłam - kibicuję moim młodszym koleżankom. Poza tym - jeżeli ktoś sądzi, że stały związek jest całkiem wolny od wymienionych przyjemności... no, zostańmy przy tym, że mi nie brakuje, dobrze?

- kiedy nie tęsknię za plusami durnej naiwności, pamiętam, ile kosztowała mnie łez, nieprzespanych nocy, tych wszystkich: "co oni pomyślą, co on powie, co ja zrobię" . Młodość charakteryzuje się miękką rzycią i cienką skórą. Mało komu jest do twarzy w przesadnej ideowości i wybuchowej egzaltacji. Mało komu wychodzą one na dobre. A kiedy mimo upływu lat wymienione cechy nadal są na tapecie - ogólne wrażenie jest dość żałosne. I nie, to już nie jest dobre serce i piękna wrażliwość. To przesada i niedojrzałość w mowie, geście i uczynku, przejmowanie się byle czym i tanie dramy.

- och tak, wiele było przede mną. Również fatalnych błędów i pomyłek. Czy o tym wiedziałam? Ależ skąd. Częstotliwość, z jaką powtarzałam sobie: "to już koniec, mnie, życia, marzeń, perspektyw, już nic, nigdy, nie, CHCĘ UMRZEĆ" była wprost proporcjonalna do braku doświadczenia. Ponieważ bardzo rzadko jest to naprawdę i ostatecznie koniec. Ten prawdziwy i nieodwołalny poznaje się zwykle po faktycznej bliskości ceremonii pogrzebowej. A ogłaszanie go wcześniej to zwykłe marnowanie energii.

Lubię swój pancerz, klosz i coraz częstszą obojętność, którą łagodnie rozciągam na coraz więcej spraw.

Cenię sobie, że nauczyłam się - do pewnego stopnia, bo charakteru nie wyplenisz - odróżniać ważne od bzdury. Bliskich od dalszych. Priorytety od opcji. Lubię swój pancerz, klosz i coraz częstszą obojętność, którą łagodnie rozciągam na coraz więcej spraw. Zdrowy egoizm. Umiejętność dbania o spokój swój i najbliższych. A że nie ta twarz, co dekadę temu? Trudno. Opanowałam umiejętność strzelania foci z ręki i traktowania ich sprytnym filtrem. I tylko takie toleruję. Mam mniej włosów, wdzięku, pieniędzy i czasu, niż kiedyś. I jestem z tym dużo szczęśliwsza.

Więc - nie chcę, żeby coś się zmieniało. Nie chcę wyglądać lepiej, czuć się fajniej, mieć więcej kasy, piąć się po szczeblach kariery. Chcę tego, co teraz, tak, jak teraz. Wiem, brak ambicji, tak się świata nie zdobędzie, tacy ludzie nic po sobie nie zostawiają. Dobrze, godzę się z tym. Teraz jesteśmy zdrowi i dajemy sobie radę. Już wiem, że może być dużo gorzej. Już tego posmakowałam. Niech zostanie, jak jest. Proszę.

28. Bez filtrów./38. Po prostu 38.

Więcej o: