Płakałam ze śmiechu, czyli "Życie" Keitha Richardsa

To nie jest książka, którą chcesz dać swoim dzieciom. Naprawdę. No, chyba, że marzysz o tym, żeby wdrukować im w śliczne główki hasło: "Chlej, ćpaj, pieprz co popadnie. Żyj wiecznie, w dobrym zdrowiu". Już dawno się tak dobrze nie bawiłam.

Żaden ze mnie koneser, trzeba to powiedzieć jasno. Moje koleżanki w podstawówce odpływały przy The Doors, ja - cóż, miałam na ścianie plakaty Ricka Astleya i wzruszałam się na festiwalach poezji śpiewanej. Stonesów owszem, słuchałam, bo Mama lubiła, sama doceniłam ich dużo później. Wiem, wstyd się przyznawać do błędów młodości i po takim wstępie (Rick Astley!) słyszę wręcz zdegustowane "Yyyygh", z jakim mniej odporni zamykają ten tekst. Przyjmuję z pokorą. Może nie znam się na muzyce, ale w kwestii literatury nie mam raczej zastrzeżeń do swojego gustu. I mówię Wam - to jest dobre. To jest naprawdę dobre. A oprócz tego, że dobre - jest nieodparcie śmieszne. Coraz rzadziej zdarzają mi się książki, przy których nie umiem powstrzymać głośnego chichotu, również w miejscach publicznych. Tu nie umiałam. Wielokrotnie. Nie żałuję, mimo, że bywało krępująco.

Wychodzisz z pęcherzem bliskim eksplozji, widzisz napis "Mężczyźni", a tam jakiś czarny koleś stoi i mówi: "Tylko dla kolorowych", ty zaś sobie myślisz: "Jestem dyskryminowany!".

Keith RichardsKeith Richards Keith Richards Keith Richards

Nie wiem, kim jest pisarz - widmo, który w rzeczywistości stoi za tekstem, nie wierzę bowiem, wybaczcie, że Keith istotnie siadł i napisał, osobiście. Jedno jest dla mnie pewne - zwierzeń Richardsa wysłuchał ktoś ogromnie utalentowany - bo to jednak wielka sztuka, tak do końca oddać się konwencji i pisać "kimś". Z zalewu informacji pięknie wyłapane są smaczki, rozłożone akcenty, podbite rzucone mimochodem wzmianki. Nie mam też wątpliwości - spisujący te wspomnienia jest gorącym fanem. Mądrze i ze znajomością przedmiotu zakochanym - a to rzadkie w miłości, przyznacie.

Pamiętam, jak po koncercie wyszedłem na scenę, gdzie już zamietli całą stertę bielizny i innych rzeczy, i jeden stary nocny dozorca powiedział: "Bardzo dobry występ. Ani jedno siedzenie nie pozostało suche".

Richards opowiada o wszystkim i bez skrępowania. Kręci się w głowie od dramatów, bójek, wypadków, śmierci, leje się sperma, krew i wóda, sypią prochy. Brzmi ponuro? Ależ. Na drugiej szali obfitość dobrego - przyjaźń, miłość, sława, ciężka praca, sukces, piękne kobiety, pasja. Nie wiem, czy ten facet kochał w życiu kogokolwiek, cokolwiek tak mocno, jak kocha muzykę. I mówi o swojej miłości pięknie i smacznie. Mnie, laika i  - jak wspominałam - profankę, urzekają wielostronicowe opowieści o pogoni za jednym riffem gitarowym,  jednym konkretnym dźwiękiem, frazą.

Zażądali również, aby podczas trasy towarzyszył nam lekarz - niemal fikcyjna postać, pojawiająca się w dalszej części książki - który stał się ofiarą naszego tournee, testował leki i uciekł z groupie.

A skoro umie tak pięknie i ciekawie o rzeczach czysto technicznych - wyobraźcie sobie, jak mówi o love-hate relationship z Jaggerem. Albo o latach związku ze śliczną jak anioł, twardą jak związkowiec, szaloną jak Kapelusznik i naćpaną, jak - cóż, jak Rolling Stone - Anitą Pallenberg. W tle tego wszystkiego przewija się korowód sławnych ludzi, miejsc, zdarzeń. Kilkadziesiąt niesamowitych, barwnych lat muzyki, grającej pod rewolucję obyczajowe, kulturalne, polityczne. Jestem bardzo ciekawa, jak tę książkę czytałby socjolog, psycholog (toksykolog? patolog? kryminolog?).

Szaleństwo. Kiedy się zaczęło, jego siła była powalająca. Miałeś takie szanse, jak skacząc do rzeki pełnej piranii. Były, czym chciały być. Zatraciły się. Te dziewczyny pojawiały się zakrwawione, w podartych ubraniach, w zasikanych majtkach, a my każdego wieczoru uznawaliśmy to za pewnik. Stanowiło to część imprezy. Szczerze? Grać mógłby ktokolwiek. Gówno je obchodziło, że próbowałem być bluesmanem.

Uwielbiam tego faceta, naprawdę. Fascynuje mnie, jak można tyle lat żyć jedną nogą na krawędzi, a drugą na skórce banana i zachować nie tylko niezłe zdrowie fizyczne, lecz także psychiczne. I świetną pamięć. Wzrusza mnie, jak w sławnym twardzielu odzywa się czasem mały, samotny przez większość dzieciństwa chłopczyk (no co, jestem matką, nie poradzę). Bawi do łez opis chlania, ćpania i balowania, bawi, lecz nie oburza, ani nie niesmaczy. Och, jak on się dobrze bawił w życiu. I nigdy nie przestał.

Trwała trasa z wielkim dmuchanym kutasem. Unosił się nad sceną, gdy Mick śpiewał Starfucker. Kutas był świetny, ale później słono za niego zapłaciliśmy, bo Mick na każdej trasie domagał się rekwizytów, które miały ukryć jego brak pewności siebie. Z kutasem nie mieliśmy żadnych problemów podczas pierwszych koncertów trasy w Baton Rouge, ale przyciągnął gliniarzy. Zagrozili, że aresztują Micka, jeśli tej nocy kutas pójdzie w górę, więc mieliśmy wielki kryzys. W końcu Mick uznał, że ulegnie władzom, i wzwód tamtego wieczoru w San Antonio nie nastąpił.

Dostałam tę książkę rok temu i towarzyszyła mi przez większość krótkich wakacji. Wracam dziś do niej, bo publio.pl wypuściło audiobook, czytany przez Jana Peszka, którego od lat uważam za mistrza interpretacji i wyznam Wam, że uspawany Richards, pijany sędzia i osikana groupie w jego wydaniu tylko mnie w mojej opinii utwierdzają. Tyle radości! Tu mały fragmencik.

Zostawiam Was z tą gorącą rekomendacją, na deser częstując jednym z moich ulubionych popisów Richardsa. Zauważył, unieszkodliwił, wrócił do gry. Kocham cię, Keith. Czy coś.

 
Więcej o: