Z dzienniczka ekstremalnego debiutanta: nigdy nie jest za późno na pierwszy raz

Nie, nie, nie, to niemożliwe, tu musi chodzić o coś zupełnie innego - orzekł mój własny prywatny małżonek patrząc jak na wąskiej, osiedlowej uliczce jakiś, na oko trzydziestoletni koleżka, biegnie podtrzymując rower długonogiej, też trzydziestoletniej brunetce. Ta zaś w pełnym rynsztunku - kask, ochraniacze na kolana, bardzo krótkie spodenki i obcisła koszulka - z przerażonym uśmiechem udawała, że wcale się nie wywali, gdy tylko on puści ramę, a jej przyjdzie popedałować samej.

Niemożliwe, żeby kobieta po dwudziestym piątym roku życia chciała nauczyć się jeździć na rowerze? Niemożliwe, że już tego wcześniej nie robiła? No cóż. Ja idealistycznie tłumaczyłam mu, że to fajnie, że pani się odważyła, wsiadła na ten rower, poprosiła o wsparcie. Że nie każdy w ejtisach miał swój rower. A mój ślubny na to, że "przestań, daj spokój, tu musi chodzić o seks" . No cóż. O co by nie chodziło, dorosła kobieta uczyła się jazdy na rowerze.

Ja na szczęście opanowałam tę sztukę wiele lat temu, na pewnej bardzo wyboistej i piaszczystej wrocławskiej ulicy. W dzieciństwie otrzymałam całkiem solidny pakiet sportowy, wiecie, narty, łyżwy, potem deskorolka i snowboard. Jazda konna bardziej niż rekreacyjnie, tenis, bo na naszej nieco żulerskiej dzielnicy był klubik prowadzony przez pasjonatów. A potem jedzenie ciasteczek na czas, bicie rekordów we wciąganiu czekolady nocą, pizza, dwójka dzieci, jedz, bo przy dzieciach się strasznie chudnie, jedz, jedz. Sporty poszły w odstawkę.

Do boju!Do boju! Do boju!

Potem rosła zaś lista aktywności, których na pewno już nigdy nie spróbuję, bo weź, mam już dwadzieścia, dwadzieścia pięć, dwadzieścia siedem lat. Poza tym wiotkie sarenki w każdym wieku są doskonałym materiałem szkoleniowym (i na pewno chodzi o seks, albo jego obietnicę), a takie opasłe pulardy jak ja, co rusz spadające z tego czy owego są po prostu żałosne. Wreszcie doszłam do granicy, za którą zaczęłam mieć wyjebane na wszystko.

W ciasno zapiętej uprzęży będę wyglądać grubo? OJEZU, bez niej za to jestem chodzącym synonimem anoreksji, doprawdy, więc w takim razie chrzanić to, mam dwójkę dzieci i nic już nie jest żałosne. Po prawdzie pierwsze przebłyski szaleństwa pojawiły się już wcześniej.

Pewnego miłego poranka spakowaliśmy się z kumplami do auta i pojechaliśmy na narty wodne do Lublina. Nigdy nie jeździliśmy na nartach wodnych. Cóż, nietrudno było tego nie zauważyć. Moim osobistym sukcesem było dojechanie stylem dowolnym za pierwszy zakręt wyciągu wodnego. Przy okazji licznych wyłowień z jeziorka poharatałam sobie srogo brzuch o krawędź łodzi. I to był ten moment, gdy "do wesela się zagoi" nie było prawdziwym powiedzeniem. Dwa tygodnie po tych zajściach szłam do ślubu, a na brzuchu miałam piękne sine pręgi i prawdziwą epopeję pisaną Braillem małych i większych strupków.

No nic, teraz ciąży nade mną widmo trzydziestki i o ile robię sobie z tego nieustannie jaja oraz nie zamierzam nijak realizować tej uroczej listy zaproponowanej przez kolegów i koleżanki, to przyznam, że traktuję ten "deadline", jako świetną wymówkę do tego, by wreszcie spróbować nowych rzeczy.

Na wodzie. Bo woda nigdy nie była moim żywiołem, a wszelkie sporty z nią związane to dla mnie wyzwania podwójne. Kiedy więc pewien przemiły Włoch spytał czy wolę na jezioro Garda wypłynąć na kajaku, czy odbyć lekcję żeglowania, odpowiedź mogła być tylko jedna. Kajaki? Błagam, kajaki są takie nudne, spędziłam na kajakach milion godzin wiosłując przez mazurskie jeziora i rzeczki. Kajaki to sami żeśmy składali na początku każdego wyjazdu, bo ojciec hołdował tradycjom, kajak musiał być z drewna i płótna, a wiosła wydłubane z jednego pnia, zamawiane u górali z Dukli. Jasne, że chciałabym po raz pierwszy w życiu pożeglować! I tak zamiast kilkudziesięciu godzin teorii, pan wziął mnie po prostu na mały, zgrabny katamaran, wręczył mi ster i powiedział, że za 30 minut wszystko o czym teraz mi powie zrobię już sama. OBOZIU, ALE ZAJEBIŚCIE. Przez te kilkadziesiąt minut, podczas których udało mi się nie zatopić niczego zdążyłam zajarać się "łódkami". I teraz z zapałem godnym nowicjusza chciałabym więcej, chciałabym się nauczyć, bo to zupełnie inne doświadczenie.

 

Windsufring był trudniejszy. O tak. O kurwa. Co ja mogę powiedzieć? Pierwsza połowa pierwszej lekcji, to była nauka wyciągania własnego bardzo ciężkiego dupska i lokowania go na desce, potem wstawanie i potem wpadanie do wody. Wypełzanie, wstawanie, wpadanie. Kilka razy udało się wyciągnąć żagiel z wody. Po siedemdziesięciu minutach wewnętrznie piszczałam z radości, że stoję, że trzymam ten cholerny żagiel, że przesuwam się z wiatrem. I że nawet umiem rozpocząć manewr zwrotu. Ale po tym jak przyszło oderwać jedną nogę od deski, przestawić ją, a potem zrobić to samo z drugą, cóż, następował tak zwany epic fail i epic fall. No nic. Niestety nie okazało się, że jestem nową Zośka Klepacką (i dobrze, jest tylko jedna Zośka, jest ze Śródmieścia Południowego i od lat jej kibicuję na wodzie i na lądzie!), ale wypełzając z wody niczym rasowy Utopiec ciągnący za sobą swą ofiarę byłam całkiem wesoła, może nawet śmiałabym się, gdyby cała energia nie została wcześniej zużyta na to dupsko, to, co je trzeba było z wody wyławiać.

Do boju! Patrz jak umiem, w jednej ręce ster, w drugiej aparat.

Potem przyszedł czas na liny. Nie, dajcie spokój, to dla dzieci, to dla płochych łań. Jak to muszę? No dobra. Pierwszy spacer po parku linowym to był dla mnie bieg. Nie wiem czemu, dostałam nagle skrzydeł i bawiłam się dobrze jak nigdy wcześniej. Kiedy kilka tygodni po moim linowym debiucie mój syn też postanowił spróbować swoich sił, z radością mu kibicowałam i dopingowałam, a wiecie co było najlepsze? Że te nasze "treningi" w lekkich warunkach przyszło nam przetestować później już w sytuacji znacznie bardziej podnoszącej poziom adrenaliny.

 

Wiecie, gdy tylko zobaczyliśmy, że na wysokości 1234 metrów nad poziomem morza można odbyć spacer po długaśnych mostkach linowych nad wielka przepaścią, przy okazji rzucając okiem na niesamowity błękit morza, rzuciliśmy wszystko i poszliśmy zakładać kaski.

Było super, a kiedy stoi się na środku takiego rozbujanego pomostu, to wrażenie, że gdzieś za plecami ma się dwie linki trzymające nas w razie czego w ryzach no cóż, ono odchodzi w zapomnienie. Ale kiedy po takim spacerze zejdzie się już na twardy i bezpieczny grunt pojawia się tęsknota, ba apetyt na więcej. Także teraz nie zamierzamy zapuszczać naszej kondycji i znaleźć pretekst, by podyndać nad urwiskiem.

Cześć, pozdrowienia ze szczytu!Cześć, pozdrowienia ze szczytu! Cześć, pozdrowienia ze szczytu! Cześć, pozdrowienia ze szczytu!

Ach. No i jeszcze miałam chrapkę na pierwszy w życiu skok na bungee. Podobno była to jedna z atrakcji wizyty w Szczołkino . Być może, dawno temu. Teraz to już nie. Szkoda. Skakanie na bungee z dźwigu, gdzieś nad deptakiem pełnym ludzi - to nigdy mnie nie pociągało, ale z reaktora? To byłoby coś. I owszem. Na Aj Pietri też można to było zrobić, ale nasze portfele były już za chude na takie zabawy. Gdyby ktoś zasponsorował skok z ciekawego miejsca, może bym w to weszła. Jak mawiają ursynowscy blokersi "pierwszy raz jest tylko raz ", c`nie?

Więcej o: