Wstydliwe wyznania: lubię śpiewać, ale to boli. Całą okolicę...

?Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, ale nie oto chodzi, jak co komu wychodzi. Czasami człowiek musi, inaczej się udusi?. Chyba każdy z nas zna słowa tej piosenki. Ale nie każdy wie, że ja naprawdę nie powinnam śpiewać.

Od małego lubiłam to robić, ale mój śpiew powodował, że gdzieś na świecie umierał szczeniaczek. Jestem o tym przekonana. Mało tego. Jestem przekonana, że w konkursie na fałszowanie zebrałabym najwyższe noty. Moi bliscy znosili próby mojego estradowego śpiewania, bo bardzo mnie kochali. To jedyne wytłumaczenie tolerowania koszmaru, na jaki ich narażałam przez całe dzieciństwo. Co oni wycierpieli, to tylko oni wiedzą. Jako dziecko miałam taką przypadłość, że jak tylko wsiadałam do samochodu, to zaczynałam śpiewać. Jak się okazało, z wiekiem mi to wcale nie przeszło. Gdy prowadzę samochód, drę się jak obłąkana. Gdy jestem pasażerem, coś tam burczę pod nosem. W czasie pisania tego wyznania zadzwonił mój tata i przypomniał mi o dwóch sytuacjach związanych z tematem.

Jako mała dziewczynka chciałam śpiewać w Piccolo Coro dell'Antoniano. Niestety nie radziłam sobie z "Czerwonym Jabłuszkiem". Było to dla mnie nie do przejścia. To był ten moment, kiedy na pewien czas przerwałam swoją "karierę". Wszyscy w rodzinie - poza mną - skakali z radości po kątach i cieszyli się życiem. Ich radość nie trwała zbyt długo. W podstawówce na lekcji muzyki nasz nauczyciel postanowił stworzyć szkolny chór. Traf chciał, że wszystkie koleżanki z mojej klasy umiały śpiewać. Pan od muzyki był dobrym pedagogiem i żeby nie robić mi przykrości, również zaprosił mnie do chóru. Jedyną prośbą było to, żebym nie śpiewała na oficjalnych galach. Tak więc stałam podczas występów i dumnie otwierałam usta nie wydając z nich żadnych dźwięków. Ale byłam w chórze i to się liczyło.

 

Jak już możecie się domyślać, fantazjowałam o byciu piosenkarką! Kim to ja już nie byłam. Gdybym miała wymienić wszystkie wokalistki, pod które się podszywałam, to dostałabym wilczy bilet na inną planetę. Wokalistami też bywam, ale to raczej na zasadzie "pfffffffff ja tego nie zaśpiewam?" .

Podzielę się z Wami kilkoma moimi fantazjami. Macie szczęście, że nie ma nigdzie utrwalonego mojego śpiewu, bo by Wam komputerki spaliło. Jeżeli z jakichś powodów tekst ten zostałby przeczytany przez jedną z gwiazd, którą chciałabym być, powiem tylko: widzisz co narobiłaś? Gdybyś nie była tak dobra w tym co robisz, to taka psychofanka jak ja nie mordowałaby swoim śpiewem szczeniaczków.

A oto kilka Pań, które są winne temu, że otwieram usta i śpiewam:

1. Kasia Nosowska. Panią Katarzynę wielbię od czasów podstawówki. Pierwsza płyta zespołu Hey to było objawienie. Później to już sami wiecie. Było tylko lepiej. Pamiętam moment, kiedy usłyszałam Panią Kasię w Dezerterze . Oszalałam do szczętu. Chciałam być nią, chciałam mieć taką chrypkę i tę siłę w głosie. Sztos, po prostu sztos.

 

2. Olga Jackowska - Kora . Tutaj chyba nie trzeba tłumaczyć, dlaczego chciałam być Korą. Mamy tak samo na imię - przypadek? Nie sądzę. Kora zrobiła dla polskiej muzyki tyle, ile nie zrobiło pięćdziesięciu innych muzyków razem wziętych.

 

3. Bjork . Tą słodką i jednocześnie dziwną islandzką kobietą chciałam być też już od podstawówki. Moja fascynacja jej repertuarem i wyglądem przekładała się na to, że przyklejałam sobie metodą "na korektor" (taki biały do papieru) kryształki pod oczy. Oj piekło oczko, piekło - ale wiadomo, że trzeba było.

 

4. Jak już dorosłam, postanowiłam zostać Panią Elżbietą Towarnicką i koncertować z Preisnerem . Nie sądzę, żeby to było takie dziwne. Kto by nie chciał być jego wokalistką? Jej śpiew za każdym razem rozwala mnie na łopatki. To jest taki muzyczny orgazm.

 

Czekam na Waszą listę grzechów. XOXO.

Więcej o: