Soczewki kontaktowe uratowały mi samoocenę. Szkoda, że tak późno

Pamiętacie, jak Wam kiedyś obiecałam, że kiedy ktoś będzie płacił Fochowi za wzmiankę o produkcie - napiszę o tym głośno i wyraźnie? No to piszę. Głośno i wyraźnie. I przyznaję się bez bicia, że na pytanie: "Kto napisze coś o soczewkach kontaktowych?" - wyrwałam się jak prymus. Mam swoje powody. Więc tekst jest z serca, szczery i do dna prawdziwy.

Bo widzicie, ja kocham soczewki kontaktowe. Uważam je za wynalazek głęboko miłosierny, podobnie jak pralkę, zmywarkę i elektryczną szczoteczkę do zębów. Jasne, można prać na tarze, stać przy zlewie, wykonywać żmudnie ruchy zalecane przez dentystów i chodzić w okularach.

Owszem, znam ludzi, którzy w okularach wyglądają świetnie i takich, co w nich wyglądają lepiej, niż bez. Bardziej interesująco, poważniej, seksowniej. Szkła dodają im klasy, stylu, ba, niektórym inteligencji.

Jak bardzo nie należę do tej grupy - wiem tylko ja. Urodziłam się z wadą wzroku, mocnym zezem, który latami był leczony tak zwanymi "pryzmatami" - ktoś pamięta to ohydztwo? Została mi spora i pogłębiająca się z wiekiem krótkowzroczność. Serio, bez soczewek kontaktowych nie odróżniam córki od kota, męża od sąsiada, tramwaju od autobusu, tak, oczywiście, to powoduje wiele zabawnych przypadków, bez których doskonale mogłabym żyć. Innymi słowy - bez korekcji wzroku nie funkcjonuję. Ale jednocześnie nie funkcjonuję w okularach. Jako dziecko - nie miałam wyjścia. Musiałam nosić paskudne, grube szkła, w oprawkach takich, jakie były dostępne trzydzieści kilka lat temu. Ogromnie bawiło to moich kolegów z klasy, były to dzieci inteligentne i wyrażało się to choćby w ilości wymyślanych dla mnie przezwisk. Cierpiałam, ale okulary nosiłam, bo co niby miałam robić.

Miałam jedne, które dość lubiłam. Siadłam na nich.Miałam jedne, które dość lubiłam. Siadłam na nich. Miałam jedne, które dość lubiłam. Siadłam na nich. Miałam jedne, które dość lubiłam. Siadłam na nich.

Skończyłam szkołę i studia, wszystko w okularach. Kwestia zaopatrzenia sklepów w oprawki nieco się poprawiła, ale nie dla mnie. W każdych było mi jednakowo źle. W sytuacjach, kiedy bardzo zależało mi, żeby WYGLĄDAĆ - po prostu zdejmowałam okulary i poruszałam się na pamięć. Nie zawsze się dało, cóż.

Kiedyś kolega, załamany moimi oprawkami ("Słuchaj, a jakby ci tak dobrać co innego? Nie musi być wcale drogie, tylko żebyś nie wyglądała, jak własna babcia, chodź, ja ci pomogę wybrać ") zawlókł mnie do salonu i wraz ze mną cierpiał przez trzy godziny przymierzania kolejnych modeli. Po trzech godzinach poddał się i odszczekał.

- Wiesz co, ty chyba faktycznie nie powinnaś nosić okularów.

Tak mu się mnie żal zrobiło, że parę lat później się ze mną ożenił, może to happy end, niemniej - nie polecam.

I wtedy dostałam nową pracę. Praca, oprócz innych rzeczy, wymagała ode mnie pokazania się raz w tygodniu w programie telewizyjnym. Dzięki niebiosom nie musiałam się popisywać, wystarczyło, że będę siedzieć za monitorem. Ale jednak czasem było mnie widać. Mnie i moje okulary. Szef rzekł dyplomatycznie, lecz stanowczo:

- Olka, załatw sobie soczewki kontaktowe, co?

Nie pytajcie, dlaczego na opcję soczewek nie wpadłam wcześniej. Bo jestem głupia? Bo nikt mnie nie szturchnął i nie pomachał przed nosem taką możliwością? Nie wiem, chyba przywykłam do tego,  że noszę koszmarne okulary, tak, jakbym pewnie przywykła do noszonego od dzieciństwa garbu. Nienawidziłam ich, byłam przez nie brzydka - ale nosiłam.

Poszłam, dobrałam, zniosłam z trudem naukę nakładania. Przyznam, wstawałam pół godziny wcześniej, bo aplikacja jednej soczewki zajmowała mi kwadrans. Do momentu, kiedy musiałam sobie włożyć w oko taką podniesioną z brudnej podłogi i zrobić to w ciągu minuty, ponieważ dokładnie tyle czasu zostało do powrotu na wizję. Od tego czasu soczewki zakładam w sekundę, w każdych warunkach i okolicznościach.

Nie mogę tego ująć inaczej - jakość mojego życia poprawiła się o 100%. Nie musiałam już wybierać między "widzieć" , a "wyglądać ". Nie musiałam w trakcie jazdy konnej bać się o znienawidzone bryle. Nie musiałam, pływając, zastanawiać się, czy widzę boję, kolegę, czy rekina. Skończyły się rozpaczliwe, beznadziejne, desperackie, odbywane raz na rok wizyty w salonach optycznych - a nuż coś się zmieniło, a nuż sobie dobiorę właściwe oprawki, a może tym razem.

Soczewki, moja miłość.Soczewki, moja miłość. Soczewki, moja miłość. Soczewki, moja miłość.

Wszystko wskazuje na to, że moja córka odziedziczyła po mnie wadę wzroku. I ja ci, córeczko, obiecuję, nie będziesz nosić okularów ani o dzień dłużej, niż to konieczne. Chyba, że będziesz chciała, oczywiście. Zdaje się, że teraz szkła kontaktowe mogą nosić już ośmiolatki. Żałuję, że nie miałam tej możliwości trzydzieści lat temu. Żałuję, że nie mogłam nosić soczewek jako nastolatka. Może miałabym mniejsze kompleksy na tle własnego wyglądu, może byłabym bardziej pewna siebie?

Aleksandra Zielińska, Foch.pl

Więcej o: