Źle pojęta motywacja, kryzys czytania książek i pedagogiczne piekło

Jak wiecie motywem przewodnim Focha w listopadzie jest motywacja. Bardzo długo nie mogłam się zebrać do napisania żadnego tekstu, bo na wszystkie dobre tematy wpadły wcześniej redakcyjne koleżanki. Olśniło mnie dopiero w miniony weekend. To, o czym chcę Wam napisać dotyczy mnie osobiście. Nie jest to coś spektakularnego, ale mocno mi doskwierało i mam nadzieję, że kryzys został zażegnany.

Tak się jednak złożyło, że jakieś dwa miesiące temu dopadł mnie kryzys związany z czytaniem książek. Nie byłam w stanie nic przeczytać do końca, ba!, w trakcie czytania myślałam o wszystkim, tylko nie o tym, co jest napisane. To po prostu była dla mnie udręka. Od małego bardzo lubię czytać, a tutaj taka akcja.

Codziennie otwierałam książkę z nadzieją, że już dzisiaj to na pewno ją przeczytam, na sto procent mi się uda! Niestety nieeee, po jednej dwóch stronach byłam zmęczona, odkładałam książkę i:

- sprawdzałam wiadomości, - szłam zrobić sobie herbatę, - poprawiałam bazę z poduszek i koca, - odpalałam papierosa, - jadłam kanapkę, - robiłam wszystko tylko nie czytałam.

    Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jaka frustracja mnie dopadła z tego powodu. W mojej głowie powstała jakaś dziwna blokada, której nie mogłam zdjąć. Powiem Wam, że to było bardzo przykre uczucie. Bo z jednej strony miałam potrzebę czytania - czytanie mnie uspokaja i relaksuje, pozwala oderwać się od rzeczywistości. Uwielbiam wyobrażać sobie świat i bohaterów stworzony przez autora, często żyję "w książce".

    Z drugiej strony, jak już zaczynałam czytać, to czułam się jakby ktoś mnie do tego zmuszał. A ja bardzo nie lubię być do czegoś zmuszana na gruncie prywatnym. Jeżeli ktoś mi coś każe, to ja zaraz zakładam zbroję jeża i mam ochotę kłuć igłami. Można mnie prosić o zrobienie czegoś, ale kazać mi coś zrobić? Fuuuuu. Zresztą pewnie wiele osób tak ma i nie jestem tutaj wyjątkiem.

    Zaczęłam sobie nawet wyobrażać, że się uwsteczniam i będę już totalną analfabetką. Nie trzeba być omnibusem, żeby zauważyć, że mam problemy z pisownią. Taki już mój "urok". Rednacz co pewien czas mówi, żebym 100 razy napisała jakiś wyraz, że to może mi się w końcu utrwali. No ni cholery tak nie jest. Za 101 razem napiszę źle.

    No i teraz przechodzimy do motywacji, którą sobie sama zaserwowałam. A była to bardzo zła motywacja i nie polecam jej nikomu!!

    Otóż wyznaczałam sobie NAGRODY za czytanie. Jeżeli przeczytasz 10 stron to coś tam będziesz mogła fajnego dla siebie zrobić, jak 20 stron to już w ogóle będzie super nagroda. Efekt tego był taki, że przelatywałam wzrokiem te 10-20 stron, ale nie miałam pojęcia co przeczytałam. I to uważam za najgłupszą rzecz jaką robiłam. Wyznaczać sobie nagrody za czytanie??? To brzmi tak źle i tak dziecinnie, że w ogóle wstydzę się, że Wam o tym mówię. Ale taki jest fakt. Zastanawiacie się, czy dałam sobie nagrodę za czytanie bez zrozumienia tekstu. TAK, zrobiłam to - beznadzieja prawda?

    Wiem, że niektórzy rodzice stosują system nagród za dobre stopnie swojego potomka. U mnie w domu nigdy nie miało to miejsca. Uczyłam się dla siebie, a nie dla stopni czy dla rodziców. Czytałam dla siebie, a nie dla kogoś lub czegoś. I teraz mając ponad trzydzieści lat uskuteczniam w stosunku do siebie metody rodem z pedagogicznego piekła. Jak to do mnie dotarło to strasznie się na siebie zdenerwowałam. Tyle, że to zdenerwowanie i tak mi w niczym nie pomogło. Znaczy nie poskutkowało zerwaniem blokady czytelniczej i rzuceniem się na wszystkie zaległe pozycje. Po prostu wstydziłam się tego co robię i nie chciałam, żeby mój sekret wyszedł światło dzienne.

    Na szczęście czuwa chyba jednak nade mną dobry duszek czytania. Tak się złożyło, że do naszej redakcyjnej koleżanki Magdy trafia dużo różnych książek. Będąc jakiś czas temu w redakcji zaciekawiłam się wieżą z lektur, którą Magda ustawiła sobie na biurku. Zaczęłam przeglądać różne tytuły i te piękne okładki zaczęły do mnie mówić:

    "Weź mnie, weź mnie ze sobą i ucieknijmy na kanapę pod koc. Bądźmy tylko we dwoje, niech nikt nam nie przeszkadza."

    No i co ja biedy miś zrobiłam, wzięłam kilka pozycji ze sobą. Okazało się, że bardzo dobrze zrobiłam!!! Bo w końcu się odczarowałam. Odczarowałam się w sobotę, kiedy rano otworzyłam pierwszą stronę, a koło 19. przeczytałam ostatnią stronę. Najlepsze jest to, że to nie była lekka i przyjemna książka. Dotyczyła ona II wojny światowej, gdzie umówmy się, ale najczęściej nie ma słodzenia, a to co czytamy jeży nam włos na głowie. Jaki nasuwa mi się wniosek? Książki, które chciałam wcześniej przeczytać, nie chciały być przez mnie przeczytane. Może to nie jest nasz czas, może on nigdy nie nastąpi, a może Wy macie pomysły dlaczego tak się czasami dzieje.

    Odważyli się wrócić. Wyd. Świat KsiążkiOdważyli się wrócić. Wyd. Świat Książki Odważyli się wrócić. Wyd. Świat Książki Odważyli się wrócić. Wyd. Świat Książki

    Nie chciałabym pisać tutaj recenzji książki, bo nie o to chodziło mi w tekście. To, co chciałam przekazać, to że czasami źle pojmowana motywacja, może wywołać poczucie wstydu i żenady - ja to właśnie miałam. I sama to sobie zrobiłam. Jeżeli jednak jesteście państwo zainteresowani książką, która mnie odblokowała to zapraszam do zapoznania się z jej opisem.

    Więcej o: