"Mówi się, że kobieta na kopalni przynosi nieszczęście, a przecież patronką górników jest baba"

Czy kobieta może zostać górnikiem dołowym? Dlaczego na górze bywa gorzej? Dlaczego to nie płeć dzieli dziś polskich górników i czy właściwie można mówić o kopalniach inaczej niż w kontekście upadku, roszczeń i przywilejów wyszarpywanych przez związkowców? Sprawdzamy to razem z Karoliną Bacą-Pogorzelską, reporterką, autorką książek "Drugie życie kopalń" i "Babska Szychta".

Dobrze pamiętasz swój pierwszy zjazd pod ziemię?

- Bardzo dobrze. To był luty 2008 roku, kopalnia Staszic przy ul. Karolinki w Katowicach. Śmiałam się, że ta lokalizacja to taki prezent dla mnie, Karoliny, ale to nie był żaden prezent, to był zjazd, który zadziałał jak czerwone światełko ostrzegawcze: zobacz, w co się pakujesz. Nie będę udawać, że mi się wtedy podobało. To był także jeden z moich najtrudniejszych zjazdów pod ziemię, a zjeżdżałam potem jeszcze kilkadziesiąt razy. Przeczołgano mnie przez niską ścianę; nie wiem nawet, jak w tamtych warunkach dał sobie radę nasz fotograf. Uczucia, jakie mi towarzyszyły, stanowiły mieszankę strachu, zniecierpliwienia, zdziwienia i raczej negatywnych wrażeń. Gdy tylko wyjechałam na górę, powiedziałam, że więcej tam nie zjadę. Kilka dni później już zatęskniłam za tym, by znów znaleźć się pod ziemią. Pamiętam, że pisałam tekst o dużym przetargu górniczym na superskomplikowane maszyny i z lakonicznych opisów nie byłam w stanie wywnioskować, jak wyglądają takie urządzenia. Powiedziałam więc, że muszę pojechać i zobaczyć na własne oczy, czym jest sekcja zmechanizowanej obudowy ścianowej i tak dalej.

Pochodzisz z górniczego regionu, prawda?

- Jestem z Jaworzna, historycznie to część Małopolski, obecnie to województwo śląskie, w czasach gdy się urodziłam, przechodziło na zmianę z katowickiego do krakowskiego. Tak naprawdę jest bardziej po stronie Zagłębia, ale samo miasto jest kopalniane.

Masz też w rodzinie górników

- Tak, mój dziadek pracował na kopalni, która wówczas nosiła nazwę Komuny Paryskiej, później była to kopalnia Jan Kanty, dziś już zamknięta. Pradziadek za to pracował w Bytomiu na kopalni Dymitrow.

fot. Tomasz Jodłowskifot. Tomasz Jodłowski fot. Tomasz Jodłowski Agnieszka Wójcik, fot. Tomasz Jodłowski

Był w twojej rodzinie kult górnictwa czy zniknęło to wraz z pokoleniem rodziców?

- Zawsze był szacunek do tego zawodu. Mieliśmy sąsiadów górników, mieszkaliśmy na osiedlu, które sąsiaduje z kopalnią, na której pracował dziadek. To jednak, co najsilniej kojarzyło mi się z górnictwem w dzieciństwie, to mycie okien. Właśnie z powodu tej bliskości kopalni babcia niemal co tydzień musiała czyścić szyby. Dzisiaj już tak nie jest, bo kopalń jest dużo mniej i technologia bardzo się zmieniła. Zachował się za to szacunek do zawodu. Doskonale pamiętam, że jak jeszcze nie zajmowałam się górnictwem, zdarzył się wypadek w Halembie w 2006 roku, oglądałam relację w telewizji. To było wstrząsające, do dziś jest to największa katastrofa współczesnego górnictwa węgla kamiennego w Polsce. Pomyślałam sobie: Jak dobrze, że to nie jest tematyka, którą ja się zajmuję. Nie minął rok, zaczęłam się zajmować górnictwem, minęły niespełna trzy lata, a już miałam wypadek w kopalni Wujek na ruchu Śląsk, niestety, drugi co do wielkości i co do bilansu ofiar. Kiedy moja babcia się dowiedziała, że będę zjeżdżać pod ziemię, zwątpiła. Uchroniła dzieci, bo matka nie poszła w ślady dziadków, jej brat też nie, a tu wnuczka pcha się pod ziemię. Z czasem przyzwyczaiła się do tego stanu, jak każdy w domu.

W którym momencie pomyślałaś, że warto napisać książkę poświęconą polskiemu górnictwu?

- Różne pomysły na dłuższe formy chodziły mi po głowie, kiedy jeździłam po kopalniach węgla kamiennego i brunatnego. Podczas moich wizyt na Śląsku widziałam kopalnie, które już nie działały. Bardzo często były to takie straszące, dość koszmarnie zaniedbane budynki na powierzchni, z którymi nie wiadomo co zrobić. Zaczęłam szukać, wiedziałam, co się stało z niektórymi nieczynnymi kopalniami, na przykład kopalnia Guido stała się zabytkiem, muzeum, które można zwiedzać. Na terenie dawnej kopalni Kleofas zbudowano centrum handlowe Silesia. Zobaczyłam, że jest jakiś pomysł w przypadku niektórych obiektów, zaczęłam szukać odpowiedzi na pytanie, czy jest jakiś klucz, wedle którego niektóre obiekty udaje się zagospodarować, a niektóre zostają zrównane z ziemią. Ponieważ pracowałam już wtedy z fotografem Tomkiem Jodłowskim, podrzuciłam mu temat na większy reportaż o kopalniach, które zyskały drugie życie. Kiedy zaczęliśmy z Tomkiem omawiać detale, wyszło na to, że warto zrobić z tego nie reportażyk, ale całą książkę! Zadzwoniłam do kolegi, który ma wydawnictwo, by dopytać o to, kto mógłby w ogóle być zainteresowany wydaniem takiej książki, a on odpowiedział szybko i krótko: Ja. No i tak powstało "Drugie życie kopalń". Powstawało przez kilka miesięcy, ale prawda jest taka, że to jest efekt moich wieloletnich doświadczeń.

Właśnie - z twoich tekstów wyłania się pozytywny obraz górnictwa. Jest nadzieja zamiast marazmu. Nie ma też tego, z czym kojarzą się dziś górnicy - hucpy, związkowców, strajków, płonących opon...

- Mnie się wydaje, że ludzie, niestety, o górnictwie słyszą albo kiedy jest katastrofa, zwłaszcza duża, albo przynajmniej ktoś zginie. Słyszą o kopalniach, kiedy górnicy czegoś chcą, kiedy zaczyna się dyskusja o górniczych emeryturach i przywilejach. Kiedy jest Barbórka, to wszyscy politycy kochają górników...

Ale Barbórka pojawia się dziś w kontekście biesiady. Karczma, śpiewy, piwo...

- A ja po latach pracy z górnikami i w górnictwie chciałam pokazać tę ładniejszą stronę górnictwa. Nie mówię tu tylko o paniach, ale o pomysłach na rewitalizację; że to nie tylko pomysł, by zamkniętą kopalnię zburzyć, zaorać i postawić na jej miejscu kolejny apartamentowiec, tylko zachować historyczne budynki i coś fajnego tam zadziałać. Ja wiem, że górnictwo ma czarny PR, bo w dużej mierze samo sobie na to zapracowało. Pozycja roszczeniowa związków zawodowych górniczych od lat jest niezmienna, to są najsilniejsze związki branżowe, żadna inna branża - nawet energetycy - nie ma tak silnych związków zawodowych jak górnictwo. Prawda, niestety, jest też taka, że od kilkudziesięciu lat nikt nie ma pomysłu na górnictwo. Wszystkie inne branże udało się dostosować do praw rynku, czyli było tak, że jeżeli zmieniało się zapotrzebowanie na kable, produkowało się mniej kabli. Z górnictwem było inaczej. Żaden rząd nie potrafi usiąść z górnikami do rozmów i wypracować czegoś mądrego, bo się boi związków zawodowych. Każdy rząd, niezależnie od frakcji, boi się górników. Nie ma pomysłu na to, by spróbować coś zmienić. Jest tylko NIE, związkowcy mówią: NIE i koniec tematu.

fot. Tomasz Jodłowskifot. Tomasz Jodłowski fot. Tomasz Jodłowski Karolina Baca, fot. Tomasz Jodłowski

Może za mało górników jest w samym rządzie?

- To nie jest recepta. Nie jest też receptą na problemy, by prezesem dużej spółki węglowej był górnik. To musi być osoba, która przede wszystkim rozumie branżę i umie sprawnie zarządzać. Jeżeli słyszymy, że ratunkiem dla polskiego górnictwa jest to, by polskie elektrownie kupowały wyłącznie polski węgiel z polskich kopalń, który jest droższy, to coś tu nie gra. Chciałam pokazać, że górnictwo to nie tylko samo zło, tylko podwyżki, żądania, protesty, barbórki, przywileje. Chciałam też pokazać, że to ciężka robota. Po dwudziestu pięciu latach zarówno górnicy dołowi, jak i ci pracujący na obróbce węgla nie mają żadnego zdrowia. Ludzie, którzy twierdzą, że górnikowi emerytowi, który ma 40 lat, nie należą się przywileje, nie wiedzą, o czym mówią. A kopalnie to nie tylko miejsca pracy dla górników, prawda jest taka, że nie mówimy o dużych miastach, mówimy o miejscach takich jak Ornontowice, gdzie jest kopalnia Budryk, jedyny w tej gminie duży pracodawca. Jeśli tego pracodawcy zabraknie, to nie tylko górnicy stracą pracę. Liczy się, że jeden górniczy etat generuje cztery inne. Prawda jest taka, że jeżeli dzisiaj zamkniemy kopalnię i wszystkich wywalimy, to nie jest tak, że pracę straci 100 tysięcy osób, tylko 500 tysięcy osób i być może dlatego każdy boi się podnieść rękę na kopalnie. Dziś doszło już do tego, że część kopalń nadaje się tylko do zamknięcia, w innym wypadku nie uda się nawet ocalić konkurencji. Nikt takich decyzji nie podejmie i mamy błędne koło...

Wróćmy do książek. W tym roku ukazała się twoja druga duża publikacja - "Babska szychta". Rozumiem, że pomysł na książkę o kobietach na kopalni przyszedł naturalnie?

- On sobie był od zawsze w mojej głowie, tylko nie wiedziałam, kiedy uda mi się go zrealizować, bo przez wiele lat nazbierało się kilka moich historii, z którymi miałam styczność w różnych kopalniach, mam też koleżanki pracujące w górnictwie. Pamiętam moment zniesienia zakazu pracy kobiet pod ziemią w 2008 roku. Zaczęłam wtedy obserwować, co się będzie działo w spółkach węglowych, czy ten napływ kobiet będzie gwałtowny i masowy. Po tym jak Joanna Strzelec-Łobodzińska została prezesem spółki węglowej, stwierdziłam, że warto pomyśleć o jakimś reportażu. "Drugie życie kopalń" ukazało się jednak wcześniej, bo na nie mieliśmy już materiał, a ponieważ byłam wtedy w ciąży, "Babska szychta" musiała zaczekać.

Namówienie bohaterek na rozmowy było proste?

- Nie, początkowo były przeciwne, ale może mój stan tak na nie działał, że godziły się na wywiady. Starałam się też nie spotykać z nimi sam na sam. Spotykałyśmy się w grupach, na przykład po cztery z danej kopalni, ich było zawsze więcej. Potem to ja bałam się tych rozmów, bałam się, że one będą bardzo zamknięte, ale okazało się, że jak już siedzą w grupie, słyszą pytania, zwłaszcza pytanie o stereotypy, to mogą mówić i mówić. Przy autoryzacji niewiele rzeczy wyrzuciły. Poleciało kilka ostrzejszych stwierdzeń wobec panów.

Rozumiem to na swój sposób - to jedna z niewielu okazji, kiedy mają głos i szersze audytorium

- Tak, nikt ich wcześniej o to nie pytał. Dla nich pewne rzeczy były oczywiste, dziwiły się więc, że pytam, jak są odbierane przez mężczyzn. Jak to jak? Normalnie. Jeśli kobieta dwadzieścia lat pracuje na kopalni, to jak to ma wyglądać? Kiedy zaczynałam drążyć temat, okazywało się, że to nie jest normalne. Na początku większości kobiet było trudno. Ja to rozumiem, do mnie też górnicy musieli się przyzwyczaić. Nie chodziło mi też o to, że bohaterki mają się pożalić, jak im jest źle w męskim zawodzie. Nie planowałam też pokazywać, że kobiety mogą zdominować górnictwo, raczej chodziło o ukazanie tego, czego wiele osób nie wie. Że są w Polsce kobiety pracujące na kopalniach, na górze, na przeróbce węgla, pod ziemią, w zarządach i w geologii. Właściwie to wszystko zaczęło się od tego, że napisałam artykuł, dość spory, ale siłą rzeczy wybiórczy. On się spotkał z dużym zainteresowaniem - "Na dole? Na co dzień?". Jedna z moich bohaterek Anna Krasnodębska nie zjeżdża teraz, bo właśnie urodziła dziecko, wcześniej jednak zjeżdżała codziennie do pracy. Jest sztygarem wentylacji, ma dniówkę dołową, w przeciwieństwie do pań geolożek, ale one zjeżdżają sporadycznie - kilka razy w miesiącu, w zależności od potrzeb. Część pań pracuje na górze, ale w pełni świadomie wybrały pracę w górnictwie. Nie udało mi się namówić do rozmowy pań z zakładów przeróbki mechanicznej węgla i trochę się im nie dziwię. To jest niesprawiedliwa praca, bardzo ciężka, często cięższa niż wiele stanowisk na dole, i bardzo niedoceniana.

Jak to?

- Jeżeli mówimy o przywilejach górniczych, to one nie dotyczą osób pracujących na przeróbce. Panie i panowie pracujący tam czują się gorszą kategorią, dlatego uszanowałam, gdy związek zawodowy odmówił. Musiałaby to być solidna łyżka dziegciu, a nie każdy chciałby podpaść pracodawcy. To uszanowałam, natomiast moje bohaterki mają za sobą kilka lat pracy na zakładach przeróbki i mogą bez problemu opowiedzieć, czym to pachnie.

fot. Tomasz Jodłowskifot. Tomasz Jodłowski fot. Tomasz Jodłowski Stefania Klimek, fot. Tomasz Jodłowski

Z twojej obserwacji - większe podziały przebiegają między górnikami dołowymi i tymi, co na górze, czy między płciami?

- Zdecydowanie między tymi, co na dole i na górze. Górnicy dzielą się też na kasty nowych i tych starszych, na emerytów z różnym stopniem emerytury. Górnictwo załatwia jednak to wszystko między sobą, a na zewnątrz stara się zachować jednolitość, choć wiadomo, że kobiety, które będą pracowały na tym samym stanowisku, co mężczyzna, będą zarabiały mniej, ale to nie jest tylko kwestia górnictwa.

Jak w każdym zdominowanym przez mężczyzn środowisku kobiety muszą też pewnie pokazać, że potrafią więcej

- Na początku muszą pracować więcej i bardziej, żeby później mieć spokój i uznanie. Potem nie oceniają ich przez pryzmat płci, tylko kompetencji. Niemniej jednak na początku kobieta w górnictwie musi udowodnić więcej niż mężczyzna. Jej obecność nie jest wciąż oczywista, to rodzynek.

Czy kobiety związane z górnictwem trzymają się razem czy wręcz przeciwnie - jest między nimi cicha rywalizacja?

- Trzymają sztamę, cieszą się, gdy przychodzi nowa, ale też brak innych kobiet im nie przeszkadza, bo potrafią sobie poradzić, zwłaszcza na stanowiskach dołowych. To po prostu osoby o bardzo silnym charakterze, wiedziały, dokąd idą, co będą robić, gdyby im było źle, to podejrzewam, że robiłyby coś w kierunku zmiany. Jeśli chodzi o bohaterki mojej książki, to żadna nie żałuje wyboru, mimo że czasem było to zrządzenie losu, dwie poszły na górnictwo, bo nie dostały się na budownictwo. Poszły na rok i tak im się spodobało, że pracują w zawodzie do dziś. Jeśli mówią o stereotypach, to nie narzekają aż tak na mężczyzn. O większości mitów - choćby o tym, że jazgot, że szowinistyczne żarty - wręcz mówią, że to nieprawda.

A co z przesądem, że baba na kopalni - nieszczęście murowane?

- Do dziś się tak mówi, a przecież baba jest patronką górników. Jakoś nie wzięli sobie faceta na patrona. Choć znalazłoby się kilku pasujących świętych, to na posterunku pozostaje św. Barbara i nic nie zwiastuje tu zmian. Ja się rzeczywiście raz spotkałam z sytuacją w Bogdance, kiedy zostałam posądzona o sprowadzanie nieszczęścia. Raz wyjeżdżałam brudna z dołu z jedną zmianą, wtedy pan z drugiej zmiany stanął, spojrzał na mnie i powiedział całkiem poważnie: W imię Ojca i Syna, mać, baba na dole, to na pewno wypadek będzie. Machnął ręką i pojechał. Rozczulił mnie na tyle swoim przejęciem, że nawet nie umiałam się na niego pogniewać. Raz, też na dole, kiedy z koleżanką zjechałyśmy sprawdzić ścianę podsadzkową - to specyficzny, inny rodzaj wydobycia - nagle błysnęło, potem zapadła ciemność. Odcięcie zasilania. Kombajn przestaje działać. Pierwszy raz w życiu byłam dość przerażona, bo takie sytuacje mają miejsce, kiedy w kopalni jest zbyt wysokie stężenie metanu. Okazało się jednak, że to tylko pomocnik kombajnisty najechał na kabel i przeciął mechanicznie dopływ prądu. Po czterech godzinach wszystko wróciło do normy, wyjechałyśmy na powierzchnię, następnego dnia poszłyśmy do zarządu, a wiceprezes bierze dniówkę i pyta: A moje 900 ton węgla to gdzie? Wyszło na to, że jednak baba pod ziemią przynosi pecha (śmiech).

fot. Tomasz Jodłowskifot. Tomasz Jodłowski fot. Tomasz Jodłowski Maria Szkowron, fot. Tomasz Jodłowski

Górnicy mają swój etos pracy. Kobiety też się do niego stosują?

- Tak, to jest coś obowiązującego bez względu na płeć. To wynika z wykonywanej pracy, z tego, gdzie się mieszka, a także z tego, że każdy górnik ma też wielu górników w rodzinie. Pewne zachowania i postawy są przekazywane niczym rodzinne tradycje. Z ojca na syna albo na córkę. Często kobiety na kopalniach są trzecim, czwartym pokoleniem górników, często ich mężowie i dzieci też pracują w górnictwie. To jest coś, co jest na Śląsku wszechobecne nawet u osób niekoniecznie pracujących na kopalniach.

Zdjęcia są świetnym uzupełnieniem historii, dzięki nim można się przekonać, że panie potrafią być jednocześnie górnikami i kobietami, nawet ta umorusana bohaterka na tle szoli.

- Jest śliczna. Tomek specjalizuje się w portretach i dobrze się czuje z takimi tematami. Jedna z nagród, którą dostał, była właśnie za portret. Znam jego umiejętności, ale wydawało mi się, że to będzie trudne zadanie. Jak można zrobić zdjęcie pani pracującej w dziale ubezpieczeń tak, żeby pasowało do treści i było wdzięczne? Okazało się, że można ją ubrać w jej mundur galowy i zabrać na basen, na którym trenuje aqua aerobic Takich pomysłów Tomek miał więcej.

Jak jest odbierana twoja "Babska szychta" w górniczym światku?

- Odbiór jest niezły, było to dużym zaskoczeniem, bo nikt nie wiedział, jak to będzie wyglądać. Okazało się, że dla wielu czytelników to także fajny pomysł na prezent, że dzięki dwujęzycznemu wydaniu można tę publikację wręczać ludziom spoza Polski. Na targach górniczych " Drugie życie kopalń" mocno chwyciło, a " Babska szychta"? Wszyscy myśleli, że to będzie siermiężny album, a tu wyszło coś zupełnie innego. Dla mnie największym komplementem jest jednak to, że moje rozmówczynie są zadowolone, przyznają, że cieszą się, że mogły zostać bohaterkami tej książki.

Więcej o: