1 września: lament, niepokój, radość i rozsądek

Koniec wakacji i moment oddania naszych ukochanych pociech w szpony instytucji edukacyjnych różnego szczebla wywołuje wśród redakcyjnych matek różne emocje. Jest radość, są i łzy wylane nad losem kruszyny.

LAMENT OLGI:

Cyt, cyt, płyną łzy. A przez ostatnie lata tak lubiłam pierwszy września, patrzyłam na dzieci i młodzież, oni muszą iść do szkoły, ja nie, wcale! Nikt nie podyktuje mi za moment planu lekcji, w którym będzie podejrzanie dużo matematyki! Nie będę musiała uwijać się po boisku w brzydkich spodenkach, grając w dwa ognie. Ale to już koniec krótkich lat szczęścia. Moja córka ma dwa lata. Osiem miesięcy ze mną, rok z ojcem, reszta czasu z babcią i wreszcie przyszedł ten moment: wypuszczamy ją z domowego zacisza na niezbadane przestrzenie państwowej edukacji. Żłobku na Pradze Północ, moja wychuchana jedynaczka, jedyne dziecko poniżej 25. roku życia w szeroko pojętej rodzinie, od dziś w twojej paszczy, tfu, w twoich progach.

I teraz się zacznie! - mówi mi każdy, groźnie obnażając zęby w parodii współczującego uśmiechu. Ach, córko Greto, ale ja nawet nie wiem co! Nie chodziłam do żłobka. Nie chodziłam do przedszkola. Pierwsze dzieci, inne niż moja siostra, zobaczyłam dopiero w zerówce (nie, rodzice nie wychowywali mnie na Kaspara Hausera, ale mieszkanie w domu z ogrodem w małym miasteczku z niepracującą matką tak się czasem kończyło w latach 80.) Ale wiesz kochana dziecino, że u mamy główka pracuje. I mama wyobraźni ma za trzy normalne osoby i jedną szaloną. Dlatego mogę przewidzieć, co ci grozi ("biedna kruszyno", chciałabym powiedzieć, ale w bilansie dwulatka pniesz się na 75. centyl).

Zaczniemy od brutalnego świata porannych pobudek. Koniec z przeciąganiem się w pościeli o 7.30, czytaniem książki w łóżku, bieganiem po domu w piżamie i jedzeniem rodzynek z psem na kanapie. To znaczy koniec dla mnie. I dla ciebie też. O ile w biurze po sześciu latach wszyscy przyzwyczaili się, że w sekretariacie pani Olgi 8.30 to nowa 7.50, widziałam panie opiekunki w żłobku i słyszałam stal w ich głosie, kiedy mówiły, że dziecko powinno wejść do grupy najpóźniej o 8.00. I tak będziemy robić, Greto, żyć według budzika i zegarka. Słyszałam, że to się może udać.

fot. Olga Wróbelfot. Olga Wróbel fot. Olga Wróbel fot. Olga Wróbel

A co z jedzeniem? Rozglądałam się na spotkaniu integracyjnym, nigdzie nie widziałam pani z wąsem, która mieszka w kącie mojej głowy i zmusza dzieci do spożywania kotleta z tłuszczem i żyłą przez środek, a potem wmusza buraczki aluminiową łychą. Ale pewnie żłobek ma piwnicę, może ona tam jest i wychodzi tylko w porach posiłków? Co mówisz, córko? Że lubisz buraczki? Że chętnie będziesz jadła leniwe pierogi i zupy mleczne, i kopytka, i budyń z sokiem zamiast moich dziwacznych warzywnych papranin? Hm, jestem w stanie w to uwierzyć.

Mam tylko nadzieję, że się najesz, zanim zaczniesz chorować i nie wyzdrowiejesz do studniówki. Panie u mnie w pracy mówią, że tak właśnie będzie, więc to musi być prawda. To nic, że zaszczepiłam cię na mniej więcej wszystko i że przez dwa lata miałaś tylko raz katar. Zmutowane dziecięce wirusy zaraz postawią twój system odpornościowy do pionu. Trudno, przynajmniej wreszcie będę miała okazję odegrać wypieszczony w głowie scenariusz "Chora słodka córeczka i troskliwa mama, zmieniająca okłady na czole". Albo wiesz co? Chyba tata weźmie jednak opiekę nad dzieckiem, bo ja mam wiele zalet, ale trochę brak w nich miłosierdzia.

Powiedzmy sobie też szczerze, wychowaliśmy cię z ojcem na alternatywne dziwadło i nie zamierzamy łatwo odpuścić. Tak, albumy z malarstwem prerafaelitów świetnie nadają się do nauki zwierząt: to symboliczny kot, to symboliczny pies, a to symboliczny rudzik. Tak, przy Morrisseyu można tańczyć równie dobrze jak przy "Kaczuchach", a galerie sztuki współczesnej są prawie równie ciekawe, co plac zabaw. Patrz, to coś nawet wygląda jak drabinki, ale nie, nie możesz się tam wspinać. Będziemy twardo walczyć z księżniczkami w różu, z tym, że małym damom nie wypada się złościć, z tym, że dziewczynki dostaną na Gwiazdkę lalkę, a chłopcy samochodzik. Wiem, że panie opiekunki będą wzdychały na mój widok, to znowu mama Grety, kobieta niemiła i przemądrzała, co głupiego będzie chciała tym razem? Ale trudno. Nie po to tyle lat konstruowałam życiową postawę, żeby mi ją teraz państwowe instytucje wychowawcze przemeblowały. Nie martw się, kochana córko. Mama nie da ci zrobić krzywdy. A kiedy w żłobku wszyscy będą nas już mieli dość, pójdziesz do przedszkola. I tam dopiero się zacznie.

NIEPOKÓJ BIURWY:

Im większe dziecko, tym większe problemy - powiedziała mi koleżanka dwa lata temu, gdy jej latorośl wymknęła się na noc z domu. Ta prawda dotarła do mnie szybciej niż myślałam. I niepokoje, które trapiły mnie, gdy pierworodny chodził do żłobka, a później do przedszkola są teraz lekkie jak Pavlova z malinami.

Każda zmiana placówki edukacyjnej budzi pewne niepokoje. Czy dzieciak odnajdzie się grupie, czy będzie miał fajnych kolegów, czy nie zdurnieje? Czy będzie się dobrze uczył i czy ta nauka coś mu w ogóle przyniesie. Czy ten darmowy podręcznik jest coś wart? I to zaklinanie - oby za bardzo nie chorował. Po roku zerówki już mniej więcej wiem co mnie czeka w szkole. I wiem, że dzieci sobie doskonale radzą, że są mądrzejsze niż nam się wydaje. A obiady na stołówce są jadalne. I najważniejsze jest to, że lubią swoją szkołę.

Jest jednak kwestia która martwi mnie nieustannie. Otóż chłopcy w przeciwieństwie do dziewczynek rozwiązują konflikty w sposób siłowy. Generalnie dzień bez bójki zdarza się rzadko. Paradoksalnie jednak wszyscy chłopcy bardzo się lubią, nie skarżą na siebie, ale się tłuką. Przyznam, że załamuje mnie to oraz rozmowy nakłaniające do pokojowych rozwiązań, które nie przynoszą efektów. W grupie syna chłopcy stworzyli drużynę, w której mogą być tylko ci, którzy mają blizny i rany. W głowie wizualizuję sobie łąkę pełną motyli.

fot. Biurwafot. Biurwa fot. Biurwa fot. Biurwa

Mój mąż pocieszył mnie, że za jego czasów w szkole było dokładnie tak samo. I wszyscy jak to się mówi wyszli na ludzi. Pociesza mnie również to, że w "Mikołajku" chłopaki też się leją i wtedy ta zabawa jest najfajniejsza.

Łąka pełna motyli.

A może za bardzo się przejmuję?

RADOŚĆ KASI:

Jezu jak się cieszę z tych króciutkich wskrzeszeń - nucę sobie pod nosem szykując córce numer jeden strój galowy na rozpoczęcie roku w klasie pierwszej, a córce numer dwa pakując do worka przedszkolne kapcie. Obie debiutują dziś na dwóch szczeblach edukacji, a ja się cieszę z rzeczy prostych: że się dostały, tam gdzie chcieliśmy, że szkoła i przedszkole blisko, więc logistyka poranków może nie będzie zupełnie zabójcza, że obie instytucje wydają się dość nieobrzydliwe (no dobrze, przedszkole już zdążyło podnieść mi leciutko ciśnienie nie informując o zajęciach adaptacyjnych, ale ja się łatwo irytuję, więc nie buduję na tej bazie żadnych daleko idących wniosków. Po prostu stawiam im minus w moim mentalnym notesiku. Trzy minusy i wiadomo co - jestem z nauczycielskiej rodziny, mam to we krwi) i że dziewczynki będę miały w swojej klasie/grupie znajome dzieciaki.

fot. Kasia Nowakowskafot. Kasia Nowakowska fot. Kasia Nowakowska fot. Kasia Nowakowska

Cieszę się z rzeczy małych: kupowania ołówków, zeszytów i temperówek (z dzieciństwa została mi miłość do działów papierniczych, więc folguję sobie na konto córeczek, a co!), prasowania białej bluzki (ciekawe czym ją usmaruje ta mała lebiega) i pewności, że już za chwilę będziemy zbierać kasztany wracając wspólnie do domu.

Moją radość potęguje myśl, że wreszcie da się normalnie pracować, że życie będzie miało ustalony rytm, ten element stabilizującej przewidywalności, której sama z siebie nie umiem wygenerować, bo robienie planów nie jest moją mocną stroną. Teraz będzie plan lekcji, godziny odprowadzania, leżakowania, szkolne i przedszkolne uroczystości, których pewnie nie da się obskoczyć obu, trzeba będzie wybierać i kombinować, wiecznie coś ustalać - a to ty odbierz, ja przyprowadzę, a w szkole zebranie, a tu zajęcia dodatkowe, a w grudniu jest ciemno już o 15.00. W dodatku na pewno zaraz zaczną chorować i całą stabilizację szlag trafi. Bo nic nie destabilizuje życia tak, jak chore dziecko. No, chyba że chory duecik.

Wiem, że nie będzie sielankowo nawet abstrahując od chorób i konieczności codziennego ogarniania dwóch małych, śpiących dziewczynek, które o poranku nie wykazują chęci jedzenia śniadania i zakładania rajstopek. Dręczą mnie mniejsze i większe niepokoje, czy moje dziewczyny sobie poradzą - z nauką, własnymi emocjami, lękami, czy ja to zauważę, czy będę umiała im pomóc i czy ta szkoła/przedszkole będzie faktycznie fajne, czy pozwoli im rozwijać drzemiące w nich potencjały, które ja tak dobrze widzę.

Bo kamieniem węgielnym mojej dzisiejszej radości jest fakt, że przez całe cudowne, sielskie lato moje córki z narastającym podnieceniem i dumą mówiły: a po wakacjach idę do przedszkola/szkoły . Widzę to radosne oczekiwanie i biorę od nich tę emocję, zdecydowanym wierzgnięciem kopiąc w dupę upartą myśl, że instytucje edukacyjne mają prastare tradycje w niszczeniu radosnych oczekiwań. Idź sobie myślo, nie chcę cię.

fot. Kasia Nowakowskafot. Kasia Nowakowska fot. Kasia Nowakowska fot. Kasia Nowakowska

PONURY GŁOS ZRZĘDLIWEGO ROZSĄDKU DOMINIKI:

Pamiętam doskonale ten moment, gdy po raz pierwszy oddawałam pierwsze z dzieci do domu niewoli zwanego przedszkolem. Och, synku ukochany, to koniec naszej dziecięco-rodzicielskiej sielanki, od teraz już tylko powolny proces podążania ku starości, czas, kiedy widywać będziemy się coraz mniej. Taaaaa, jasne, chciałabyś, wyrodna i leniwa matko oraz ty - towarzyszący jej czasem tylko umownie - ojcze dzieciom!

Owszem, drobne smutki i małe radości towarzyszyły nam przez lata, ale też nauczyłam się jednego - nie ma co drzeć szat z powodu porzucania progenitury w instytucjach edukacji wszelakiej, nie ma się też co ekscytować. Ledwie dziatwa wyrośnie z wieku nadmiernie chorobliwego i znikać będzie z matczynych oczu zmęczonych pracą przy monitorze w warunkach hardkorowych na dłużej niż osiem do dziewięciu dni w miesiącu, ledwie oswoi się z faktem doszkółpójścia, a zaczną się nowe zgryzoty. Zebrania, zbiórki, porozumień z rodzicami wypracowywanie, wysiadywanie godzin na apelach, pokorne przyjmowanie do wiadomości, że w tym tygodniu w środę szkoła zamknięta, bo mamy Narodowe Święto Szynszyli, a w przyszłym we czwartek dzieci znów mają fajrant, bo Światowy Dzień Ekspiacji. Radź sobie matko i ojcze, radź samemu. Tylko bez nerwów, przy dzieciach nie wolno się denerwować!

Dzieci i tak sobie poradzą. Te małe, szczwane lisy potrafią więcej niż nam się wydaje, ZAWSZE. Nawet wtedy, kiedy upierają się, że nie zrobią same tego zadania i nie zasznurują sobie tych butów. Nawet jeśli przyniosą ze szkoły milion uwag o tym, jak to skakały po klasie, albo jak nie skakały na lekcji wychowania fizycznego, jak śpiewały na przerwie i nie śpiewały w trakcie zajęć z muzyki - poradzą sobie. Może nie wszystkie zostaną astrofizykami, nie każdy dostanie Nobla, niewielu dane będą diety poselskie. O ile nie posłaliście dziatwy do szkoły przetrwania profesor Dolores Umbridge, a wśród zajęć pozalekcyjnych nie mają korepetycji z zażywania kokainy i biegania z karabinem na froncie afrykańskim - a zakładam, że sytuacja życiowa nie zmusiła nikogo z was do podjęcia tak drastycznych kroków - to te wasze kruche istotki przetrwają.

fot. Dominika Węcławekfot. Dominika Węcławek fot. Dominika Węcławek fot. Dominika Węcławek

Jeszcze milion razy zdarzy się wam spędzić razem z nimi (albo przez nie?) pól dnia z książką w łóżku, albo odbyć całodzienny spacer w środku tygodnia pracy. Jeszcze warczeć będziecie na kompletowanie wyprawki i uzupełnianie wyprawki. Jeszcze będziecie pomstować na to, że już są w szkole, a nie w tym miłym przedszkolu. A potem będą się buntować, dorosną, wpadną w nałogi, utyją, wyjadą, będą rzadko dzwonić, ukryją przed wami swoje profile na serwisach społecznościowych i jakoś tak... no sami wiecie, będzie smutno i pusto.

Więcej o: