10 zapachów, które przywołują wspomnienia (niekoniecznie miłe)

W filmie ?Ostatnia miłość na Ziemi? ludzkość dotknięta zostaje epidemią stopniowej utraty zmysłów. Najpierw znika węch. Czym jest węch w porównaniu ze wzrokiem lub słuchem, ot, dodatkowy, luksusowy zmysł. Ale ludzie wpadają w rozpacz, kiedy dociera do nich, że nigdy nie poczują już zapachów przywołujących wspomnienia - szczególnie tych z dzieciństwa.

Oglądanie zdjęć, czytanie pamiętników, rozmowy z bliskimi. Wspominamy, odtwarzamy, rekonstruujemy. To wszystko są procesy intelektualne, podatne na manipulację, upiększenia, przekłamania. Natomiast podróż w przeszłość za sprawą kilku cząsteczek zapachu dokonuje się automatycznie, niemalże mimowolnie - mijam panią spryskaną perfumami z katalogu Avon (nazwy nigdy nie pamiętam) i nagle jestem w 1996 roku zimą u babci, która złamała obie ręce i teraz co tydzień pomagamy jej w sprzątaniu. Nagrzany z okazji mrozów i choroby dom pachnie tą właśnie wodą toaletową. Nie muszę przypominać sobie, jak to było - moje ciało od razu pamięta, w jednym, kilkusekundowym rozbłysku.

fot. commons.wikimedia.orgfot. commons.wikimedia.org fot. commons.wikimedia.org fot. commons.wikimedia.org

O ile latem o zapachach myśli się jakby mniej, to zima jest momentem, kiedy chętnie zapalamy specjalne świece, marzymy o ciepłej kuchni, cynamonie, pieczonych jabłkach, wonnej, tłustej i gorącej kąpieli. "Wszystko jest w mózgu, nigdzie więcej" - śpiewał Marcin Świetlicki. Zmysł zapachu wiąże się z jego najstarszą ewolucyjnie częścią, zwaną systemem limbicznym, odpowiedzialną za pamięć długofalową. Jak bardzo ważny był dla naszych przodków? Co z mitycznymi feromonami? Czy możliwe jest stworzenie zapachu, który dosłownie by uwodził? Na te pytania nie potrafię odpowiedzieć. Zapraszam za to na subiektywny przegląd znaczących zapachów, lubianych i nielubianych, pokoleniowych i indywidualnych.

1. Pasta BHP

Być może macie dziadków, którzy siedzą przy kominku i pachną cukierkami Werther's Original. Mój dziadek lubił brud, garaż, smar i metal. Po tym wszystkim mył dłonie pastą BHP, beżową mazią w wiecznie brudnym plastikowym pudełku. Bardzo charakterystyczna woń. W lepsze dni natomiast pan Eugeniusz Tkacz występował jako działkowiec i roztaczał aromat pomidorowych liści, których niewidzialny aczkolwiek zielony sok zmywał z dłoni... pastą BHP. Dziadek zmarł dwa lata temu, pasty od dawna nigdzie nie widziałam. Jestem pewna, że jedno jej pudełko byłoby prawdziwym wodospadem sentymentów.

2. Sala gimnastyczna

Sala gimnastyczna to nie zapach, powiecie. Ale jak inaczej podsumować skondensowane odory starych piłek do kosza i siatkówki ułożonych na półkach w składziku trenerskim, stosów materacy z wypełnieniem z trawy morskiej, litrów nastoletniego potu, cuchnących tenisówek? Brzmi odrażająco, niemalże jak słowa "kilka godzin obowiązkowego w-fu tygodniowo". Z drugiej strony przypomnijcie sobie te wszystkie sportowe traumy w czasach, kiedy o zwolnieniach z zajęć sportowych jeszcze nikomu się nie śniło (można było najwyżej zgłosić "niedyspozycję" lub "brak stroju"). Ach, gdyby dziś życiowe problemy ograniczały się do wykonania odpowiednio dalekiego rzutu piłką lekarską na oczach roześmianych rówieśników!

fot. commons.wikimedia.orgfot. commons.wikimedia.org fot. commons.wikimedia.org fot. commons.wikimedia.org

3. Świeżo skoszona trawa/siano

Wysoko na listach wszystkich ankietowanych za sprawą prostego skojarzenia lato/wakacje. Dla mojego taty to siennik, który szykował mu na wakacje dziadek i zabawy w stodole (dziecięce zabawy, o innych nie wspomniał!). Dla mnie - obozy konne w Bieszczadach, na które jeździłam w liceum. Wprawdzie bardziej nauczyłam się na nich palić papierosy niż galopować po połoninach, ale zapach jakiejkolwiek połaci świeżej trawy, najlepiej wcześnie rano albo o zmierzchu, przypomina o tamtych dość beztroskich momentach (bo zawsze jednak jakieś letnie miłości i niewłaściwe lokowanie serca psuły mi krew).

4. Pasta do podłogi w zabytkowym budynku

Pod koniec podstawówki miałam wizję artystycznej siebie i uczęszczałam na zajęcia z grafiki do muranowskiego domu kultury. Nad pomieszane wonie kartonu, pasteli, kleju, farby do odbitek i starego linoleum (także do odbitek) zdecydowanie wybijała się ta wytwarzana przez panie sprzątaczki, konserwujące zabytkowe posadzki budynku. Z żalem stwierdzam, że ten wehikuł czasu bezpowrotnie utraciłam. Od sześciu lat pracuję w muzeum i o ile wchodząc do niego przez pierwsze miesiące słyszałam w mózgu głosik "Wow, MDK Muranów, 1995", to teraz jestem na tę woń całkowicie uodporniona i nic nie jest w stanie zapewnić mi zmysłowego transferu do pracowni pełnej zarozumiałych nastolatków, kombinujących coś przy sztalugach.

Na marginesie: mój maż, absolwent ASP, zapytany o ulubiony zapach wyrecytował bez wahania: metalowe matryce do akwaforty trawione w kwasie i terpentyna .

5. Pomarańcze, mandarynki

Ach, niedostępne rarytasy dzieciństwa! Lubię czasem szokować wychowanego w Australii męża mówiąc: "Wiesz, ile miałam lat, kiedy zobaczyłam pierwszą mandarynkę? Siedem! Tata przywiózł ją z delegacji. Jedną. Sztukę. Dla. Całej. Rodziny" . W mojej szkole podstawowej przez pierwsze lata przynoszenie owoców cytrusowych na drugie śniadanie było zakazane - właśnie ze względu na ich intensywną woń i małą dostępność. Dyrekcja nie chciała kałuż z cieknącej ślinki biedniejszych dzieci. Dziś, w czasach "wszystko przecież jest w sklepach, więc o co chodzi" taki przepis wydaje się nierealnym reliktem dawnych czasów (i wzruszającą pamiątką zamierającej społecznej wrażliwości). Potem mandarynki się spauperyzowały i ich zapach to głównie zimowe, szkolne dyskoteki, na których stanowiły obowiązkową przekąskę pomiędzy wymarzonymi "wolnymi" do "Nothing else matters".

fot. commons.wikimedia.orgfot. commons.wikimedia.org fot. commons.wikimedia.org fot. commons.wikimedia.org

6. Grupa woni zimowych

Z dzieciństwem spędzonym w Mińsku Mazowieckim najbardziej kojarzy mi się zapach mroźnego powietrza przesyconego dymem z pieców ogrzewających domy. Chemik pewnie mógłby łatwo określić jego skład. W Warszawie odnalazłam z zachwytem takie przyczadzone uliczki na Pradze Północ, gdzie mieszkam od roku. Pamiętając jednak o straconym zapachu z punktu nr 4, staram się nie zapuszczać w nie zbyt często i w ten sposób trzymam falę uderzeniową wspomnień na wodzy. Darzę też uznaniem drewno palone w kominie (działka dziadków), igliwie oraz żywicę (Gwiazdka! Choinka!) oraz warzywa na sałatkę jarzynową gotujące się w ogromnym garze (dowolne święta lub uroczystość).

7. Mokre trociny

Ukryte w hipokampie wspomnienie o trzech domowych świnkach morskich: Wasylce, Wasylu i Pyzie. Za czasów rezydencji Pyzy zaczęłam niestety tak trochę się dusić, a trochę kasłać, a trochę pokrywać się bąblami po dotknięciu jego futerka (Pyza był samcem, wiecie jak to jest z oceną płci u młodych gryzoni). Alergolog powiedział, że mam nieodwołalny zakaz posiadania świnek morskich. Rodzice powiedzieli, że Pyza zostaje, bo go kochają, a ja po prostu nie muszę wpychać nosa do kojca. Ciekawa jestem, jaki zapach za kilkanaście lat będzie kojarzył mi się z psem Bolkiem, który w tej chwili ciężko wzdycha pod biurkiem, grzejąc mi lewą stopę.

8. McDonald's

Kolejny aromat pokoleniowy. Kiedy byliśmy dziećmi (rocznik '82 i wcześniejsze) McDonalda nie było. A potem się pojawił, razem z charakterystyczną wonią frytek, hamburgerów i milkshaków, roznoszącą się delikatnie w klimatyzowanym powietrzu pierwszych "restauracji". Trudno opisać, czym różni się ten zapach od innych fastfoodowo-foodcourtowych, ale jest nie do pomylenia. Chodzę do trzeciej klasy, rodzice zabierają nas na pierwszy "obiad" w Macu na Świętokrzyskiej, mama opowiada o zuniformizowanych frytkach. Te zamówione przeze mnie nie są jednakowej długości. Jestem niepocieszona.

(przepraszam za ohydne, skontaminowane słownictwo w tym paragrafie, ale jakie jedzenie, taki żargon )

fot. commons.wikimedia.orgfot. commons.wikimedia.org fot. commons.wikimedia.org fot. commons.wikimedia.org

9. Advocat

Kto powiedział, że wszystkie transportujące zapachy muszą być przyjemne? Advocat był moim wielkim przysmakiem, odnajdowanym czasem w cukierkach, czasem u cioci na imieninach ("Mogę zamoczyć usta?"). Był. Do czasów pamiętnej licealnej imprezy, na której piło się advocata, robiło się drinki z advocata i wódki, i rumu, a na koniec oczywiście advocatem się wymiotowało. Długo i boleśnie. Dziś sam zapach żółtego, jajecznego likieru sprawia, że czuję na czole tamten zimy pot, a żołądek zaczyna się kurczyć w takt "Lucky" Britney Spears.

10. Zapachy utracone, zapachy nieokreślone

Szykujemy się na tsunami wspomnień, a ono nie nadchodzi. Odkryłam to ostatnio, sięgając w drogerii Yves Rocher po jeżynową wodę toaletową, której używałam, kochając się w moim pierwszym cudzoziemcu (czyli w lektorze angielskiego, nie jestem niestety zbyt oryginalna). Flakonik identyczny, ale firma musiała zmienić coś w składzie, bo zapach wyraźnie nie ten sam. Mózg nie dał się oszukać i żywe-prawdziwe wspomnienie pozostało ukryte.

fot. commons.wikimedia.orgfot. commons.wikimedia.org fot. commons.wikimedia.org fot. commons.wikimedia.org

Woń niektórych przeżyć lub okresów bywa też złożona - dla mnie na przykład upalne tygodnie po powrocie ze szpitala ze świeżo urodzoną córką są nieuchwytne zapachowo. Pieluchy, noworodek, wymieniana w bloku naprzeciwko elewacja i lekko stęchła narzuta, którą mąż wyprał w zbyt niskiej temperaturze. Czasami mój nos łączy atomy zapachów i już prawie czuję grozę poporodowego spadku nastoju, ale na szczęście woń ulatuje, tak jak minęły tamte ciężkie dni.

Teraz tradycyjnie Wasza kolej. Jakie zapachy uznajecie za swoje transportery? Czy jest to subtelna "woń łubinu wśród pól" czy kontener ze śmieciami stojący przy plaży? Dzielimy się zdjęciami lub anegdotami z tramwajów, dziś spróbujmy uchwycić to, co ulotne!

[OD REDAKCJI: dla lubiących czytać o zapachach - polecamy tekst Anny Rosińskiej w najnowszych WOE - "Pamięć zapachu"]

Więcej o: