Kożuch o zapachu owsianki - jak dbano o garderobę w latach 50.

Uwielbiam obraz świata zakonserwowany w starych poradnikach. Dziś, moje perfekcyjne panie domu, przyjrzymy się jak z utrzymaniem domu i nieszczęsnego ochędóstwa w czystości radziły sobie kobiety w latach pięćdziesiątych.

Wiadomo, że nic tak nie poprawia humoru jak myślenie o tych, którzy mają gorzej (można też oddać się dobrym uczynkom i konstruktywnemu działaniu, ale to już ścieżka dla wybranych). Dlatego wracając z naręczami taniej chemii z pewnej drogerii, co na "R" się zaczyna, a na "man" się kończy, myślę o czasach mojej mamy, tudzież babci, które tak fajnie nie miały i lepszą część życia spędziły wyposażone tylko w dziwne środki pozwalające utrzymać gospodarstwo domowe i jego członków we względnej higienie.

Ja z łatwością doskrobię mieszkanie używając dwóch ulubionych specyfików: mleczka z wybielaczem (świetne do biurka, znakomite w kuchni, czyszczę nim też buty, zastanawiam się okazjonalnie, czy nie zacząć aplikować go sobie na trądzik) i płynu do mycia szyb, którym szoruję wszystko to, co mleczko mogłoby jednak zeżreć.

fot. Olga Wróbelfot. Olga Wróbel fot. Olga Wróbel fot. Olga Wróbel

A jak z utrzymaniem domu i nieszczęsnego ochędóstwa w czystości radziły sobie kobiety w latach pięćdziesiątych? Możemy zajrzeć do ich świata dzięki wydanemu przez Czytelnika poradnikowi "Przyjaciółki" na rok 1950. Niestety, blisko dwustustronicowa publikacja nie zawiera stopki redakcyjnej, nie dowiemy się więc od kogo pochodzą porady, nie ma też nakładu - trudno powiedzieć, jaki zasięg miała taka książka, firmowana przez istniejący od 1948 roku poradnik ("Przyjaciółka" ukazuje się nieprzerwanie do tej pory i jest w swojej grupie jednym z lepiej sprzedających się czasopism). Publikacja dzieli się na pięć części: "Kalendarz" (a w nim między innymi rozdziały "Nasza ojczyzna" i "Najważniejsze daty ostatniego stulecia"), "O czym każda kobieta wiedzieć powinna" ("Przyjaźń robotniczo-chłopska" i "Jak żyją kobiety w Związku Radzieckim" to jedne z ciekawszych tematów), "W kuchni i w domu" (interesujące, że właśnie w tej części znajdziemy porady "Jak zachować urodę"), "Gospodarstwo na wsi" ("Drób") i "Najpotrzebniejsze wiadomości" ("Szyjemy same" czy "Jak prawidłowo napisać list").

Każdy z działów kusi specjalistyczną wiedzą, tym razem zależy mi jednak na wskazówkach, które mogą mieć związek z naszym codziennym życiem. Dlatego kobiety Związku Radzieckiego i drób muszą chwilowo odejść w cień. Zajmijmy się sprawami ważnymi zarówno wczoraj, jak i dziś. Na przykład konserwacją odzieży. Jak przebiegała w czasach, kiedy nie było płynu do płukania tkanin, dzięki któremu ubrania są zawsze jak nowe?

"Wyświecony (wytarty) materiał odzyskuje matowość po dłuższym pocieraniu miękką szmatką zanurzaną co pewien czas w mieszaninie zrobionej z równych części benzyny i amoniaku. Po tym zabiegu materiał wyprasować przez lekko wilgotne płótno".

Hm. Pierwsza porada i od razu schody. Jaki materiał mogłabym tak doprowadzać do porządku, przy założeniu, że nie wysadziłabym mieszkania w powietrze? Dżins? Bawełnę? Nie mam pojęcia. Dla użytkowniczek kalendarza "Przyjaciółki" musiało to jednak być tak oczywiste, że nie wymagało dokładniejszego omówienia. Warto pamiętać przy tym, że mówimy o czasach, kiedy rodzajów tkanin w codziennym obiegu nie było chyba tak wiele, a te syntetyczne w ogóle nie pojawiały się w kontekście codziennej odzieży. Wiem jednak, co to jest kożuch, a teraz mam szansę odkryć, jak wyczyścić go domowym sposobem.

"Czyszczenie włosa kożuszka wykonujemy za pomocą wcierania w kożuszek nagrzanych otrąb pszennych lub mąki kartoflanej. Można również stosować papkę przyrządzoną z palonej magnezji i benzyny, którą wcieramy, a po wyschnięciu (ulotnieniu się) benzyny, magnezję, podobnie jak otręby, wytrzepujemy i szczotkujemy kożuszek".

Dalej następuje długi akapit opisujący, jak doprowadzić do ładu zewnętrzną powłokę ze skóry matowej lub glansowanej za pomocą połowy tablicy Mendelejewa. Uf. Wyobrażając sobie noszenie okrycia wysmarowanego benzynową owsianką myślę z szacunkiem o kobietach, dla których taki kożuch był skarbem w czasach przed zimowymi wyprzedażami w sieciówkach i które po przeczytaniu takiej instrukcji ochoczo zabierały się do pracy.

A co mamy tutaj? Ach...

"Pleśń z bielizny usuwa się w sposób następujący: zapleśniałe miejsca smaruje się czystym spirytusem i suszy. Czynność powtarzać aż pleśń zniknie. Plamy, które nie znikają, wywabiamy poprzez moczenie w serwatce przez kilka godzin, a następnie bieliznę suszy się i ponownie zwilża roztworem soli z amoniakiem w stosunku 1:1. Po tych zabiegach bieliznę należy wyprać".

W tym przypadku pytanie wydaje się ciekawsze niż odpowiedź: co u kaduka trzeba zrobić z bielizną, żeby zapleśniała? Mam nadzieję, że chodzi o odzież, która długo leżała zapomniana w wilgotnym miejscu (?), a nie zdejmowaną z ciała już z ozdobnymi festonami kropidlaków i pędzlaków.

"Białe pantofle płócienne lub z taśmy czyścimy szczotką, następnie smarujemy gęstą papką z magnezji i wody. Są też w sprzedaży gotowe pasty w tubkach".

W tym pozornie prostym przepisie także pojawia się nutka niezrozumiała dla mnie po blisko siedemdziesięciu latach. Pamiętam książki dla młodzieży, których bohaterowie notorycznie okradali szkolne sale z kredy w celu utrzymania tenisówek w nienagannym stanie. Dlaczego nie można było ich po prostu przeprać w ręku? Rozumiem, że pralek nie było, ale trochę wody i mydła wydaje się łatwiejszym i szybszym środkiem czyszczącym niż rozmaite papki. Jedyne wyjaśnienie jakie widzę, to niska jakość, a co za tym idzie, odporność takiego obuwia na namaczanie. A skoro mówimy już o butach, to mam dla was idealny przepis na konserwację skórzanych kozaczków, które już za chwileczkę, już za momencik (chyba) zacznie obżerać chodnikowo-uliczna sól.

fot. Olga Wróbelfot. Olga Wróbel fot. Olga Wróbel fot. Olga Wróbel

"Rozpuścić w garnku umieszczonym w gotującej się wodzie 25 gr. wosku ziemnego, 10 gr. smoły, 250 gr. oleju lnianego, 30 gr. terpentyny i 25 gr. oleju rycynowego. Po dokładnym zmieszaniu używać do smarowania wyrobów skórzanych".

Przez sekundę miałam myśl: co tam takie badania na sucho, zrobię taką pastę i zobaczę, czy działa. Ale. Ale ale ale. Nawet nie wiem, co to jest wosk ziemny. Skąd miałabym wziąć smołę? Ponownie, jak nie narazić się na śmiertelne poparzenia, gotując miksturę z takich składników? Fascynuje mnie asortyment środków, jakie najwyraźniej musiała mieć w domu (lub w pobliskim sklepie - jakim właściwie? W aptece? W chemicznym?) kobieta, do której te porady były kierowane. Spójrzmy na przykład na porady dotyczące odplamiania:

"Zatłuszczone kołnierze ubrań czyszczą się mieszaniną złożoną z 1 części amoniaku i 10 części wody. Czyścić miękką szczoteczką, w końcu spłukać w ciepłej wodzie i wyprasować.

Plamy z atramentu wywabia się roztworem soli szczawikowej lub kwaskiem winnym.

Plamy tłuste z papieru usuwa się przygotowując gęstą papkę z palonej magnezji i benzyny.

Plamy od potu z białych tkanin usuwa się za pomocą mieszaniny buzmolu i gorącej wody w stosunku 1:1. Plamy z tkanin kolorowych, wełnianych lub jedwabnych można usunąć w 45% wódce".

No i jak, moi drodzy, kto ma w domu cokolwiek z tej listy oprócz 45% wódki? A przyda się też karbolineum do zapuszczonej podłogi, szelak do produkcji domowej politury i boran manganu (czym jest bowiem porządne gospodarstwo, w którym nie ma pokostu szybkoschnącego własnej roboty?). Ciekawa wydaje się też powyższa porada dotycząca brudnych kołnierzyków ubrań - czyścić miejscowo zamiast prać. Trochę paskudne, prawda? Nie zapominajmy jednak o tym, że ubrania szyte były głównie z naturalnych tkanin, którym niekoniecznie służyło częste pranie w ręku lub na tarze, czy jakkolwiek prało się przed objawieniem w postaci "Frani". Do zrobienia drobnej przepierki trzeba było mieć niesamowitą krzepę - ot, takie kołdry wełniane.

"Kołdry wełniane pierze się w dużej balii po uprzednim wytrzepaniu z kurzu. Namoczyć na noc kołdrę w wodzie, do której dodać 15 dkg. boraksu. Nazajutrz dolać gorącej wody, aby całość była ciepła, prać wierzch kołdry miękką szczoteczką z mydłem. Dobrze wycisnąć i wypłukać. Następnie przygotować wodę z rozgotowanym mydłem, jeszcze raz wyprać, wyciskając kołdrę rękami. Kilkakrotnie zmienić wodę. W końcu wypłukać w wodzie z małym dodatkiem octu. Wycisnąć i wysuszyć w cieniu, co pewien czas zmieniając rozwieszenie kołdry".

Wyobrażacie sobie, ile waży namoczona wełniana kołdra? Mnie bolą ramiona na samą myśl o podniesieniu jej, a tutaj trzeba kilka razy solidnie wyprać i wycisnąć tę szmatkę. Ukryte bonusy tej porady są takie, że w mieszkaniu takich kołder jest pewnie więcej niż jedna oraz że gorąca woda nie pochodzi w większości przypadków z kranu: należy ją sobie zagotować na kuchni i przynieść. Czuję się martwa i sflaczała na samą myśl o takiej operacji. A tu jeszcze trzeba doprowadzić do porządku kolorowe swetry i jedwabie!

"Aby nie pofarbowały, należy wykonać pranie w soku z ziemniaków. Czysto obrane kartofle trze się na tarce, wyciska przez płótno sok, do którego dodaje się gorącej wody w ilości jednej czwartej objętości soku. Na średniej wielkości sweter bierze się od 2 do 3 kg ziemniaków".

Ha ha ha, taaak. Oj jak boli. Tutaj przerwę, nie poznacie już sposobów na produkcję domowego mydła, pasty do butów w trzech odcieniach czy tępienie insektów. Dlaczego? Bo poczułam się bardzo zmęczona, tak bardzo zmęczona, że jednak z radością pójdę do łazienki i wyczyszczę ją sobie od góry do dołu mleczkiem z wybielaczem, dziękując dobremu losowi, że urodziłam się w 1982 i ominęły mnie te wszelkie gospodarskie rozkosze. Dlatego kiedy przeglądam wyskakujące okazjonalnie artykuły wzywające mnie do zadbania o Matkę Ziemię i pranie w orzechach, czyszczenie sodą, a odplamianie cytryną, mówię: nie ma mowy. Z szacunku dla cierpienia moich poprzedniczek posłużę się nowoczesną chemią, gdyż mam słabość do wolnego czasu i czystych powierzchni.

A Wy? Korzystacie z babcinych sposobów na czyszczenie i szorowanie, czy widzimy się wszyscy w piekle?

Więcej o: