Źródlana, z kranu czy... z odchodów?! Jaką wodę pijesz?

To jedno z tych granicznych pytań, na które można odpowiedzieć tylko twardo "tak" lub twardo "nie". Czy wypilibyście szklankę wody prosto z kranu?

Był rok 2001, wakacje. Pracowałam we Francji jako cześć międzynarodowej brygady wolontariuszy. Po znojnej robocie gotowaliśmy wspólny obiad. Pierwszego dnia zdębiałam na widok Francuzów stawiających na stole dzbanki pełne świeżej, zimnej kranówki. "To można pić? Naprawdę? Tak po prostu?" - pytałam drżącym głosem, budząc powszechną i trwałą wesołość (gorzej miała tylko Rosjanka Tatiana, która bała się spać w namiocie na terenie lokalnego klubu sportowego: "Nikt nas nie napadnie?" ).

Jest rok 2015, mieszkam w Warszawie i od lat piję wodę z kranu, najczęściej przegotowaną, jednak zdarza mi się też chlusnąć sobie bezpośrednio, szczególnie, kiedy właśnie wtaszczyłam swoje ciało i książki na czwarte piętro, a nie ma nic chłodnego do picia. I chcę was do tego procederu zachęcić (do picia kranówki, nie do wchodzenia po schodach na poddasza).

Dyskusja na temat: "Czy to, co płynie w naszych kranach, nadaje się do picia?" toczy się od dawna i wszyscy zdążyli okopać się solidnie na swoich pozycjach, z których ciskają sprawdzonymi argumentami. Z jednej strony usłyszymy: "Kupowanie wody w butelkach to przesada i uleganie marketingowym argumentom, w kranach płynie to samo, za co płacimy w markecie, a szaleństwo picia wody opakowanej w plastik generuje ogromne koszty i zanieczyszczenia". Prawda? Nie do końca. Pewne jest, że woda w kranach nadaje się do spożycia, a w Warszawie od 2010 roku, czyli Wielkiej Modernizacji Wodociągów, jej jakość znacząco wzrosła, spełniając wszelkie europejskie normy (jeżeli ktoś się na tym zna i ma ochotę sprawdzać na bieżąco, jak wygląda skład wody w jego dzielnicy - oto strona, gdzie może oddać się tej pasji ). Woda o zapachu porządnie chlorowanego basenu, którą pamiętam z młodości, to już przeszłość

Ale z kranów z pewnością nie leci mineralna - nie należy spodziewać się, że w naszym domu tryskają zdroje wapienne, magnezowe i nie wiem jeszcze jakie, a my będziemy siedzieć na taborecie z uzdrowiskowym dzbanuszkiem i bawić się w Nałęczów lub Krynicę. Trzeba za to pamiętać (odbijamy piłeczkę), że nie każda woda, którą kupujemy, zawiera dobroczynne pierwiastki. W tym wypadku nie jest tak, że za pieniądze ZAWSZE dostaniemy coś lepszego. Dobra, wysokozmineralizowana woda zazwyczaj kosztuje. Nie jest też zalecana dla każdego i nie należy pić jej bez opamiętania i odpowiedniej wiedzy o działaniu (w nadmiarze może szkodzić nerkom i innym całkiem przydatnym organom).

wodawoda Fot. shutter Fot. shutter

Jeżeli chodzi o butelki, to propagatorzy kranówki mają sporo racji. Opakowywanie życiodajnego płynu (przepraszam, wynajdywanie synonimów nie jest łatwe) w plastik to kiepska sprawa. Butelki PET zazwyczaj nie są zwrotne, nie nadają się do wielokrotnego wykorzystania jak szklane (chociaż w Polsce nawet obieg tych trwałych pojemników pozostawia wiele do życzenia ). Zajmują wiele miejsca w marketach. Trzeba je targać, przewozić, ustawiać. To wszystko generuje koszty. Dobrze dla producentów, gorzej dla nas, bo to my ostatecznie płacimy cenę, w którą te czynniki zostały starannie wkalkulowane. I produkujemy pryzmę śmiecia.

Ze strony zwolenników wody z metką usłyszymy na pewno: "Dobrze, może woda badana przez stacje wodociągowe jest w porządku, ale ja mam w mieszkaniu zardzewiały kran i szach, i mat, i PET". Jest to miejsce w dyskusji powodujące moje największe zdumienie. Bo wodę z kranu można po prostu przegotować - a ten argument pada rzadko. Nie mówię tu nawet o specjalnym grzaniu czajników wody pitnej, więc upada argument o marnowaniu energii. Gotuję wodę na herbatę. Zalewam herbatę. W czajniku coś zazwyczaj zostaje. Przelewam do dzbanka. Woda sobie tam stoi, a my na bieżąco ją wypijamy. Dzbanek jest regularnie myty. Nie musimy kupować mineralnej ani targać baniaków ze studni oligoceńskiej. Jeżeli coś mnie przeraża w miejskiej wodzie, to właśnie te przybytki z wątpliwej czystości kranami i ich otoczeniem, zapyziałe bukłaki, w których woda jest transportowana i przechowywana (w latach 90., apogeum popularności studni, wszyscy wymieniali w kolejkach do ujęć domowe sposoby na czyszczenie baniaków - na przykład robiło im się peeling surowym ryżem. Świetnie usuwał GLONY).

Jednak generalnie nie nazwałabym siebie osobą z przesadnym umiłowaniem do dezynfekcji i antybakteryjności. Wierzę, że jeżeli się w czymś kąpię i nie obłażę ze skóry, mogę to też wypić. Wierzę, że jeżeli płuczę zęby kranówką, nie zabije mnie jej szklanka zastosowana wewnętrznie. Wierzę, że codziennie spożywam rzeczy o wiele brudniejsze i nic mi od tego nie jest (taki zmywak do naczyń, którym szoruję szklanki - on przecież nie jest czysty, powiedzmy to sobie szczerze). Wierzę w końcu, że na coś trzeba umrzeć i że być może przez wodę z kranu gdzieś tam odkłada mi się coś tam w tempie jedna tysięczna miligrama przez dekadę, od czego ostatecznie zginę marnie około 75. roku życia. Ale wy też nie będziecie żyć wiecznie, wiecie?

Jeżeli kogoś sprawa jakości wody w kranie bardzo niepokoi, pozostaje Sanepid, który za odpowiednią opłatą przyjmuje do badań próbki od prywatnych zleceniodawców (na stronie znajdują się szczegółowe wytyczne ich pobrania). Można też założyć sobie na kran odpowiedni filtr (chociaż znając siebie nigdy nie pamiętałabym o jego wymianie albo miałabym atak skąpstwa na samą myśl o niej). Dodam też, że jest opcja mieszana. Na co dzień piję wodę ogólnodostępną, szanując swoje ręce i portfel, ale czasem mam ochotę zaszaleć i wtedy na stół i czwarte piętro wjeżdża butelka "Muszynianki". Na bogato! Jony i kationy! Magnez i wapń! Życie wieczne!

W zeszłym roku sporą popularność zyskała Facebookowa strona "Piję wodę z kranu". Można na niej znaleźć między innymi listę lokali w danych miastach, w których bez żadnych opłat dostaniemy do picia kranówkę. Na Zachodzie to podobno standard, lecz nie wiem, dawno nie byłam. O ile teraz, w styczniu, nie wydaje się to szczególną gratką, to warto o takich miejscach pamiętać latem, kiedy targanie ze sobą ciężkiej butelki wody mineralnej lub tej z własnego kranu nie zawsze jest atrakcyjnym rozwiązaniem. Przemawia to także do mojego pajęczego zmysłu oszczędności - napoje w lokalach są zazwyczaj koszmarnie drogie. Wolę iść do miejsca, gdzie zapłacę tylko za torty i tarty, a popiję je pyszną, darmową wodą. Dla sceptyków dodam też, że lokale gastronomiczne podlegają dodatkowym przepisom sanitarnym i woda w nich jest regularnie badana. Można więc pić i spać spokojnie.

Na koniec zostawiłam zachętę nad zachętami. Podczas gdy tu są tacy, niektórzy, co się brzydzą kranówki, nawet przegotowanej (pozdrawiam szwagra, który twierdzi, że nie lubi smaku wody z czajnika) taki Bill Gates nie ma oporów przed wypiciem wody "zrobionej" z... ludzkich odchodów. Kilka dni temu w Internecie pojawił się film, na którym nieustraszony Bill delektuje się szklanką świeżego "napoju". Jak to działa? Z odchodów odsącza się cały pozostały w nich płyn. Sucha masa zostaje spalona, a energia powstała w tym procesie zasila chemiczne oczyszczanie wody. Spragnionych (nomen omen) bliższych szczegółów zapraszam tutaj . Obrzydliwy pomysł? Bill Gates mówi, że nie ma nic obrzydliwszego niż to, że 700 000 dzieci rocznie umiera z powodu braku dostępu do wody, zarówno pitnej, jak i tej wykorzystywanej w celach sanitarnych, a kolejne setki tysięcy cierpią na nieuleczalne choroby rozwojowe spowodowane jej niedoborem.

I z tą myślą was pozostawiam.

P.S. No dobrze, to byłoby zbyt okrutne. Spójrzcie, wodę dla terenów w nią ubogich można też pozyskiwać z powietrza. Pamiętacie farmerów wilgoci z "Gwiezdnych wojen"? To już nie fantastyka, to się dzieje TERAZ .

Więcej o: