Ogródek dla przedszkolaka, by umiał odróżniać rośliny

Czy wasze dziecko odróżnia rzodkiewkę od kalarepy i wie, skąd się biorą truskawki? A jak z wami? Potraficie rozpoznać pięć rodzajów roślin podczas spaceru do parku, czy wszystko to mniej-więcej trawa i kwiatki?

Pochwalę się, że u mnie wiedza botaniczna stoi na całkiem wysokim poziomie - ale przez pierwsze cztery lata życia mieszkałam w domu z ogródkiem w Mińsku Mazowieckim, a babcia miała zwyczaj zabawiać mnie zbieraniem płatków nagietka i książką "Leki z bożej apteki" . Z pewnym mozołem przekazuję zgromadzone informacje córce, kompulsywnie hoduję rośliny na parapecie. Nie mam jednak energii, żeby swoją pasję (o której zamierzam napisać szerzej przy innej okazji) przełożyć na działania popularyzatorskie na większą skalę. Na szczęście są ludzie, którym się chce. Rozmawiam o tym z Jaśminą Wójcik , warszawską artystką i społeczniczką, która postanowiła stworzyć w zwyczajnym, wielkomiejskim przedszkolu ogródek warzywny, w którym będą pracowały razem dzieci, rodzice i nauczyciele.

Ulubione pytanie na początek - skąd pomysł? Setki dzieci co roku lądują w przedszkolu, mało który rodzic ma pomysł: zróbmy ogródek! Kojarzy się to raczej z placówkami prywatnymi, które reklamują się kreatywnym podejściem do rozwoju dzieci niż z państwowym, "gorszym" przedszkolem.

Kiedy moja córka zaczęła we wrześniu ubiegłego roku uczęszczać do przedszkola, od razu postanowiłam zacząć w nim działać (tak niestety już mam - jako artystka społeczna i nawiedzona matka). Nie mogłam uwierzyć, że rodzice zostawiają i odbierają dzieci z przedszkola, a reszta ich nie interesuje - nie chcą poznać innych rodziców, wejść z nimi w relacje, nie mają ochoty włączać się w aktywności organizowane przez nauczycieli, nie pragną kształtować dla swoich dzieci czegoś więcej. Zastanawiałam się, co mogłoby sprawić, żeby rodzice się poznali, coś wspólnie zrobili dla dzieci i z dziećmi. Pomyślałam, że właśnie to "wspólnie" jest najistotniejsze. W międzyczasie rozmawiałam ze znajomym o nowym doświadczeniu w naszym życiu, jakim jest pójście dziecka do przedszkola, a on zapytał czy jest tam warzywniak i powiedział, że kiedy on chodził do przedszkola, dzieciaki uprawiały warzywa na terenie ogrodu. Wtedy mnie olśniło i pomyślałam, że to jest właśnie to, czego potrzebuję! Wspólnie z rodzicami założymy warzywniak dla naszych dzieci! To będzie coś, co nas połączy, a nasze dzieci nauczy, że pomidory nie rosną w Tesco ani w Biedronce.

Pomidory nie rosną w sklepie (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne)Pomidory nie rosną w sklepie (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne) Pomidory nie rosną w sklepie (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne) Pomidory nie rosną w sklepie (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne)

Jak do inicjatywy podeszła dyrekcja? Moja teściowa, która pracowała jako pomoc przedszkolna w Australii, opowiadała mi, że dzieci raz w tygodniu miały przychodzić do przedszkola ubrane "brzydko" - to był błotny dzień zabaw w ogródku. Patrząc na polskie przedszkola mam wrażenie, że panie opiekujące się grupami często nieprzychylnie odnoszą się do oddolnych inicjatyw, szczególnie takich, które nałożą na nie nowe obowiązki.

Dyrektorka naszego przedszkola jest fantastyczną, pełną energii osobą. Od razu spodobał jej się pomysł, wskazała odpowiednie miejsce na założenie ogródka. Przedszkole ma już jeden ekologiczny program napisany przez jedną z nauczycielek - o zdrowym odżywianiu (odzwierciedlony w posiłkach robionych przez panie kucharki), recyclingu, wspólnym dbaniu o środowisko, otaczający świat. Ogródek będzie więc jego naturalnym rozwinięciem. Planuję, aby warzywniak był miejscem tętniącym życiem - chciałabym organizować w nim najróżniejsze warsztaty z miejskiego ogrodnictwa, mówić o kooperatywach we współczesnych miastach (zapraszać aktywistów i artystów), robić wycieczki do pobliskich ogródków działkowych, ale przede wszystkim chciałabym, żeby dzieci obserwowały rośliny, uczyły się je rozpoznawać, pielęgnować i żeby tworzyły narrację wokół nich (stąd pomysł na bardziej interdyscyplinarne podejście do kwestii ogródka). Mam nadzieję, że dzieci będą pielęgnowały rośliny i brudziły się w ogródku oczywiście w ramach zajęć - ale także poza nimi.

Skąd pochodzą fundusze na założenie ogrodu?

Nie mamy pieniędzy jako takich. Zgłosiliśmy się jako inicjatywa lokalna do Miasta Stołecznego Warszawy i dostaniemy od nich wszystkie materiały, jakie będą nam potrzebne. Inicjatywa polega na tym, że naszym wkładem własnym jest praca przy założeniu warzywniaka, projekt ogrodu, wizualizacja i późniejsza jego pielęgnacja. Miasto kupuje sadzonki, narzędzia i wszystkie pozostałe potrzebne materiały. Całkowity koszt to w zaokrągleniu 5000 zł. Pierwszym etapem było stworzenie wizualizacji - czyli jak chcemy, żeby nasz warzywniak wyglądał i jakie miał umiejscowienie, zastosowanie. Będą grządki podwyższone tak, żeby dzieci miały do warzyw łatwiejszy dostęp, trzy półtorametrowe, kwadratowe kwatery, pomiędzy nimi płytki chodnikowe. Będą także rośliny w skrzynkach, które w razie potrzeby będzie można przenieść bliżej dzieci - na ogromny taras przedszkolny. Planujemy także miejsca do siedzenia (wykonane z europalet) i skrzynki z kwiatami powieszone na ogrodzeniu.

Przedszkolny warzywniak - wizualizacja (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne)Przedszkolny warzywniak - wizualizacja (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne) Przedszkolny warzywniak - wizualizacja (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne) Przedszkolny warzywniak - wizualizacja (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne)

Co powinien zrobić rodzic, który chce iść w Twoje i przedszkola ślady? Do których drzwi pukać?

Polecam stronę, na której w dzielnicach udzielają profesjonalnych i rzeczowych porad, można się z nimi kontaktować i o wszystko dopytać szczegółowo - inicjatywa.um.warszawa.pl.

Czy nie masz wrażenia, że dzieci w miastach są nadmiernie izolowane od natury? Czytałam ostatnio o śląskim modernizmie w dwudziestoleciu międzywojennym, idei szkół leśnych, sal gimnastycznych na dachach, ogródków jordanowskich. Większość żłobków i przedszkoli ma nie tylko place zabaw, ale i tarasy, na których dzieci mogłyby jeść czy się bawić. Jednak wcale się z nich nie korzysta, a te miejsca tylko kruszeją i paskudnieją. W ogóle nie myśli się o tym, jakie ważne dla rozwoju dziecka jest to grzebanie patykiem w piasku, obrywanie listków, przebywanie na powietrzu - w latach 20. to była dominująca idea!

Absolutnie też mam takie wrażenie! U nas place zabaw są z góry dookreślone - zjeżdżalnia służy do zjeżdżania, karuzela do kręcenia. Nie zostawia się miejsca dla wyobraźni dziecka. Podczas trzymiesięcznego pobytu rezydencyjnego w czeskiej Pradze mieszkaliśmy w sąsiedztwie placu zabaw, na który z oczywistych względów musieliśmy chodzić dwa razy dziennie. Place zabaw w całej Pradze wyposażone są zabawkami firmy Kompan - są to urządzenia świetnie zaprojektowane, zostawiające dużą dowolność w użytkowaniu dla dzieciaków, są jednocześnie bardzo bezpieczne i rozwijające oraz podnoszące sprawność fizyczną dzieci. To jest coś, co próbowałam wprowadzać lokalnie w naszym warszawskim ogródku jordanowskim. W zamian jednak dostałam tragicznie źle zaprojektowane zabawki (o dziwo w mojej dzielnicy, w innej lokalizacji pojawiły się zabawki Kompana!). Dodatkowo projektant zupełnie nie pomyślał o tym, o czym wspomniałaś - o pewnego rodzaju dzikości, roślinności, tajemnicy. W jordanku są stare cisy i inne idealnie posadzone krzaki, które są (niezgodnie z ich przeznaczeniem i pierwotnym zamysłem projektanta) najlepszą zabawą, kryjówką i alternatywnym światem dla dzieciaków. Dlaczego nie można pomyśleć o placu w ten sposób?

Podziwiam i wielbię krakowski tandem projektancki "pracownia K" - są architektami krajobrazu skoncentrowanymi na projektowaniu ekologicznym i naturalnym. Na swojej stronie pokazują dobre projekty, jak np. fenomenalny plac zabaw z Gdańska zrobiony w większości ze starych opon ( O-o Pony grupy Reshtki ). Zachęcają do tworzenia naturalnych placów zabaw (można ściągnąć z ich strony przewodniki i pomocniki). I to jest właśnie bliskie mi marzenie - o rozwijaniu wrażliwości i wyobraźni miejskiego dziecka, zaszczepieniu w nim szacunku do natury i miłości do niej. I właśnie to przywołane przez Ciebie grzebanie patykiem w błocie, pewnego rodzaju naturalna dzikość, wykorzystanie (lub stworzenie) naturalnych warunków. Ścieżka spacerowo-rowerowa brzegiem Wisły po praskiej stronie była możliwa, może i naturalne place zabaw także staną się wkrótce naszą miejską rzeczywistością? Czego i Tobie, i sobie, i wszystkim miejskim dzieciom życzę.

Jaśmina w polu (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne)Jaśmina w polu (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne) Jaśmina w polu (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne) Jaśmina w polu (Fot. Jaśmina Wójcik, archiwum prywatne)

Jaśmina Wójcik - artystka zajmująca się video, rysunkiem, akcjami społecznymi, projektami w przestrzeni miejskiej (site specific), instalacjami interaktywnymi. Asystentka w Pracowni Multimedialnej Kreacji Artystycznej prof. Wiktora Jędrzejca na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Doktor na macierzystej uczelni.

Przy okazji - zachęcam do wsparcia akcji ratowania kolekcji Fabryki Ursus , wokół której od lat koncentrują się artystyczne działania Jaśminy.

Więcej o: