Kobiety, które wypowiedziały wojnę bezdusznej mafii, skorumpowanej policji i sądom

Przestępcy chętnie widzieliby je w roli niemych świadków, potulnych ofiar pozostających w ukryciu. Bohaterki książki ?Wojny kobiet? okazały jednak siłę i hart ducha. Stanęły do walki z przestępcami, policją i politykami.

Dwoje polskich dziennikarzy, specjalistów od tematów przestępczości zorganizowanej, autorów słynnego "Alfabetu mafii" , opowiedziało historię kobiet, które podjęły wojnę z gangsterami. Dzięki Ewie Ornackiej i Piotrowi Pytlakowskiemu mogły po raz pierwszy zabrać zbiorowo głos.

Była wiosna 2014 roku. Ewa Ornacka i Piotr Pytlakowski siedzieli w jednej z kawiarni na Nowym Świecie w Warszawie. Trwało spotkanie promocyjne ich wspólnej książki "Nowy alfabet mafii". Właśnie wtedy ktoś z sali zapytał, dlaczego tak mało napisali o kobietach i czy nie mogliby więcej.

- Zawsze lubiłam spotkania z silnymi kobietami. Za taką uważam Monikę, byłą żonę "Słowika", która nie ma dobrej prasy. Pamiętam rozmowę z nią, nieoficjalną, przy kawie. Opowiadała o swoim życiu po aresztowaniu męża: "Wrogowie Andrzeja chcieliby mnie zobaczyć na kolanach, upokorzoną, ale nie dam im tej satysfakcji. Mogę być chora, głodna i bez grosza, ale zawsze znajdę pieniądze na najlepszego adwokata dla niego, a na sobie będę miała drogie futro i najlepsze perfumy". Nie udawała niewiniątka, że "nie wiedziała, jak zarabia jej mąż" - wspomina Ewa Ornacka.

Dodaje też, że oboje z Piotrem Pytlakowskim trzymają się zasady, by nie moralizować i nie potępiać bohaterów swoich reportaży za życie, jakie wybrali. W taki też sposób opisywali kobiety mafii, z którymi wcześniej mieli styczność lub o których im opowiadano. Chodzi więc o żony "Słowika", "Dziada", "Masy", ale również dziewczyny, które ginęły w gangsterskich egzekucjach u boku swoich mężczyzn.

Piotr Pytlakowski i Ewa Ornacka (fot. materiały promocyjne)Piotr Pytlakowski i Ewa Ornacka (fot. materiały promocyjne) Piotr Pytlakowski i Ewa Ornacka (fot. materiały promocyjne) Piotr Pytlakowski i Ewa Ornacka (fot. materiały promocyjne)

- Temat uznaliśmy za wyczerpany, ale tamten głos z sali podczas spotkania autorskiego sprowokował nas do napisania książki wyłącznie o kobietach wyjątkowych i niewiarygodnie odważnych. Takich, które rzuciły wyzwanie policji, sądom i mafii - dodaje Ewa Ornacka.

Jak sama mówi, jej i Piotra Pytlakowskiego "związki z mafią" liczą sobie co najmniej dwie dekady. - Pewnie nie dane nam będzie pisanie recenzji teatralnych - dodaje z właściwym sobie poczuciem humorem. To, co wynikło jednak z tego wieloletniego reporterskiego "romansu" z polską gangsterką, pozwoliło na napisanie takiej książki jak "Wojny kobiet".

Wojowniczka z "Ziemi Ognia"

Dzięki setkom spotkań, pracy nad materiałami dowodowymi i śledzeniu wokandy dwoje reportażystów miało okazję, by poznać kilka wyjątkowych kobiet. Niektóre spotkali osobiście, z innymi nawiązali kontakt telefoniczny lub mailowy. Wszystkie im zaufały i opowiedziały o swoich sekretach i lękach. Jak przyznaje sama autorka, ich historie mrożą krew w żyłach, a każda z nich to właściwie gotowy materiał na scenariusz filmowy. - Praca nad książką zaczęła się od listy z nazwiskami. O doborze bohaterek zadecydowało jedno kryterium: poszukiwana była "wojowniczka", która w imię zasad lub w obronie swoich bliskich pójdzie na wojnę z całym światem. Postawi wszystko na jedną kartę: własną reputację, pozycję zawodową, a nawet życie - mówi Ewa Ornacka.

Tak zrobiła Monika Dobrowolska-Mancini, wdowa po komisarzu policji z Rzymu - rzuciła rękawicę potężnej organizacji przestępczej. To właśnie od historii Moniki rozpoczynają się "Wojny kobiet". Mąż Polki, komisarz rzymskiej policji Roberto Mancini, przygotował dla włoskiego parlamentu raport o związkach jednej z najgroźniejszych organizacji mafijnych świata, neapolitańskiej kamorry, z wysypiskami pełnymi toksycznych odpadów. "Śmieciowy biznes" stał się dla gangsterów równie dochodowy co przemyt i dystrybucja kokainy, a spalanie nielegalnie rozrzucanych na terenie między Neapolem i Casertą nieczystości - nagminną praktyką.

Zdjęcie ślubne Moniki Dobrowolskiej-Mancini i Roberto Mancini (fot. archiwum prywatne)Zdjęcie ślubne Moniki Dobrowolskiej-Mancini i Roberto Mancini (fot. archiwum prywatne) Zdjęcie ślubne Moniki Dobrowolskiej-Mancini i Roberto Mancini (fot. archiwum prywatne) Zdjęcie ślubne Moniki Dobrowolskiej-Mancini i Roberto Manciniego (fot. archiwum prywatne)

Mancini jako jeden z niewielu wystąpił w obronie mieszkańców okolicy, która z powodu pożarów wzniecanych przez ludzi będących na usługach kamorry zyskała przydomek "Ziemi Ognia". Komisarz stał się rzecznikiem ludzi zapadających na śmiertelne choroby, rodzących upośledzone dzieci, zatrute toksynami jeszcze w brzuchach matek. Tropił nieprawidłowości i wykroczenia w lokalnych urzędach. Zmarł w ubiegłym roku, miał 53 lata. Nie dopadła go mafia, jak nasuwa się w pierwszej chwili na myśl. W każdym razie nie bezpośrednio. Zabił go nowotwór - efekt promieniowania jonizującego. Ten sam, który zabija zamieszkujących tereny "Ziemi Ognia".

Monika Dobrowolska-Mancini po śmierci męża postanowiła kontynuować jego dzieło. Ornacka i Pytlakowski piszą, że Polka i jej zmarły mąż są dziś twarzami społecznego sprzeciwu wobec państwa zblatowanego z kamorrą. - Gdyby poważnie potraktowano jego raport, prawdopodobnie w ogóle nie byłoby dziś kamorry - twardo oświadczyła Monika przed kamerami telewizyjnymi tuż po śmierci Manciniego.

Prawda ważniejsza niż strach

Równie twardą i stanowczą kobietą okazuje się Lucyna Biej, żona zamordowanego na Mazurach przemytnika papierosów Stanisława Bieja. Jej postawa jest tym bardziej imponująca, że w poszukiwaniu prawdy musiała nie tylko wystąpić przeciw bezwzględnej elbląskiej mafii, ale także działać wbrew sugestiom wykazującej sporą opieszałość policji. - Szukając prawdy o losie męża, zmiotła z przestępczej mapy Polski mafijną grupę Jana R. "Kulawego" - mówi o niej Ewa Ornacka. Ludzie "Kulawego" znani są z brutalnego działania.

Lucyna Biej mimo tak bolesnych przeżyć z dużym spokojem wyjaśnia, że nie zamierza milczeć. Wierzy, że każde podjęte przez nią działanie kiedyś może ją wreszcie doprowadzić do prawdy. - Nie chodzi o to, że się nie boję mówić o tym, co zrobili ludzie "Kulawego". Obawa zawsze będzie mi towarzyszyć, ale kiedy sobie pomyślę, że mój mąż leży gdzieś w bagnie... To mówienie o całej sprawie jest silniejsze od strachu - podkreśla w rozmowie z nami Lucyna Biej. Nie chce unikać rozmowy z dziennikarzami czy autorami książek. Zawsze jest otwarta: - Nie da się zapomnieć tego, co się stało. Zwłaszcza, że winni zbrodni chodzą na wolności, a my martwimy się, że unikną kary ze względu na procedury sądowe.

W latach 90. jej mąż wraz z przyjacielem Jerzym Ornowskim zajął się przemytem papierosów ze Wschodu. Przez kilka lat skutecznie działali w szarej strefie, z dala od zrzeszonych w gangi przemytników. W 2003 roku Biej i Ornowski pojechali na spotkanie na drugi koniec Polski i słuch po nich zaginął. Ewa Ornacka i Piotr Pytlakowski zebrali wspólnie wiele informacji i detali dotyczących tej sprawy. Dzięki ich materiałowi możemy prześledzić długą walkę, jaką Lucyna Biej i Henryka Ornowska stoczyły z policją, by w ogóle zostało podjęte jakiekolwiek śledztwo. Gdy zgłaszały zaginięcie, usłyszały od policjantów, że ich mężowie z pewnością "zapili, zdradzili, wytrzeźwieją - wrócą". Ewa Ornacka wspomina, że żony obydwu panów nieraz nasłuchały się wygłaszanych z politowaniem opinii adwokatów, którzy sugerowali, że Stanisław i Jerzy zmienili po prostu żony na młodsze dziewczyny i leżą z nimi gdzieś pod palmami, przepijając zarobione na przemycie pieniądze.

Lucyna Biej nawet przez chwilę nie dawała wiary w to, że ich mężowie dopuścili się zdrady małżeńskiej. Bez cienia wątpliwości opowiada, jakie wiedli poukładane życie i z czułością wspomina, jak ciepłą i rodzinną osobą był jej mąż. - Ktoś sobie pomyśli: "Nie ona jedna była taka pewna, że mąż ją kochał" . Uważam, że dla mojego męża rodzina była najwyższą wartością. Nie wierzę, by mógł nam zrobić coś takiego, że bez słowa pożegnania, załatwienia spraw znika. Ta pewność i zaufanie dawały jej siłę do działania. Od samego początku usiłowała wspólnie z Henryką Ornowską przekonać policjantów, że sprawa jest poważna. Gdy dowiedziały się, że śledztwo dotyczące zaginięcia ich mężów może zostać umorzone, zaczęły szukać śladów na własną rękę. - Jeździłyśmy po całym kraju z naszymi synami. Pytałyśmy, rozklejałyśmy informacje, byłyśmy u jasnowidza. Na szczęście udało się nam dotrzeć do dowodów. Znalazłyśmy charakterystyczne koła od samochodu drugiego kolegi, Jurka. To był początek. Dzięki tym kołom policja odkryła samochód utopiony w Wiśle, znaleźli się świadkowie, spisano zeznania. Policja wtedy robiła niewiele. Po tym, jak wpadłyśmy na ten ślad, musiały minąć cztery dni, by policja w ogóle mogła nas przesłuchać. Bałyśmy się, że ślad zniknie, tymczasem stał się kluczowym dowodem w dalszym śledztwie. Bez niego sprawa pewnie nigdy nie zostałaby zakwalifikowana jako morderstwo - relacjonuje Biej.

Dalsze ustalenia prokuratury ujawniły kilka przerażających faktów. - Mężczyźni zostali uprowadzeni. Torturowano ich wiertłami rozrywającymi ścięgna i oczy, a następnie ciała zasypano wapnem. Towarzyszyłam wdowom w poszukiwaniach szczątków w lasach i nad mazurskimi jeziorami. Byłam z nimi na sali sądowej, gdy sprawca ich nieszczęść, Jan R., ps. "Kulawy", wyzywał sędziego od konowałów i łysych pał. Widziałam ich łzy i bezsilność, szczególnie gdy Sąd Apelacyjny w Gdańsku uchylał areszt zabójcom. Jeden z nich wyszedł na wolność po wpłaceniu 800 tys. zł kaucji, a przecież wcześniej był biedny, dostał obrońcę z urzędu. Mówię o Marcinie K., ps. "Kacper". Skąd wziął takie pieniądze? Pożyczył z banku, od kolegów czy adwokata? - opowiada Ewa Ornacka.

Piotr Pytlakowski i Ewa Ornacka (fot. materiały promocyjne)Piotr Pytlakowski i Ewa Ornacka (fot. materiały promocyjne) Piotr Pytlakowski i Ewa Ornacka (fot. materiały promocyjne) Piotr Pytlakowski i Ewa Ornacka (fot. materiały promocyjne)

Postępowanie w sprawie "Kulawego" i jego ludzi ciągnie się od 2006 roku. Są oskarżeni, są poszlaki i dowody, ale to wciąż nie wystarcza. Lucyna Biej ma jedynie pewność, że "jej Staszek nie żyje". Przed sądem nie walczy o sprawiedliwość, bo nie ma takiej kary, która by mogła oddać sprawiedliwość temu, co z jej życiem zrobili ludzie "Kulawego". - Dla mnie w tej chwili chodzi właśnie o prawdę. Nadzieja, by znaleźć ciała naszych mężów, jest nikła, ale wciąż się tli. Przecież wiele zbrodni wyjaśnia się po kilkunastu latach. Może i w naszym przypadku tak będzie? Może przyjdzie moment, że dowiemy się, jak to naprawdę było i gdzie są zwłoki naszych mężów? To właśnie jest dla nas najgorsze. Z materiału dowodowego wiemy tylko mniej więcej, co się stało, jak zostali zabici. Nadal nie ustalono, jak dokładnie i gdzie zostali pochowani. Według materiału dowodowego zostali... zutylizowani ... zasypani wapnem... - głos Lucyny Biej zaczyna się rwać.

Kobieta przyznaje, że czasem ogarnia ją bezsilność. W takich chwilach myśl, że jej mąż zginął w tak tragiczny sposób i nie ma swojego miejsca pochówku, bardzo dopinguje do działania i pomaga walczyć z trudnościami na drodze sądowej. Rozmawiając o sądach i prawie w Polsce, zaczyna się denerwować: - Nasze prawo? Nie wiem, dla kogo jest dobre, czy dla poszkodowanych, czy dla przestępców. Z moich doświadczeń wynika, że raczej dla tych drugich! Kiedy mówi z całą stanowczością, że to nie poszkodowani, ale przestępcy mają prawa i przywileje, nie sposób jej zaprzeczyć. Potwierdzają to ustalenia Ewy Ornackiej. "Kacper" po zwolnieniu za kaucją świetnie się bawił na wolności. - Do tego stopnia, że w klubie nocnym ochroniarz przestrzelił mu kolano. Dostał wtedy od państwa nowy, tytanowy staw kolanowy, a że źle się goiło, sąd udzielił mu przerwy w karze na leczenie. Wybrał pewnie zagraniczną służbę zdrowia, bo przepadł jak kamień w wodę. I jakoś nie wierzę, by pod koniec kwietnia, dwanaście lat od zbrodni, stawił się w Elblągu na procesie, w którym jest oskarżony o podwójne zabójstwo. W skuteczność europejskiego nakazu aresztowania, jaki za nim wystawiono, też nie wierzę - cierpko stwierdza reporterka.

Żona zamordowanego Stanisława Bieja zwraca uwagę na jeszcze jeden fakt. Ciągnąca się od ośmiu lat sprawa sądowa obciąża przede wszystkim finanse takich ludzi jak ona i jej przyjaciółka Henryka: - Ponosimy straszne koszty. Dla mnie najgorsze jest, że to ja za to wszystko płacę: za rozprawy, dojazdy, za leki, które muszę od lat zażywać na uspokojenie. Z moich podatków finansowany jest pobyt morderców w areszcie. Przedłużanie śledztwa, przeciąganie przez oskarżonych, to wszystko za nasze pieniądze. Nie dość, że zamordowano mi męża, najdroższą mi osobę, to jeszcze płacę za utrzymanie morderców, a ci z kolei usilnie starają się nie doprowadzić sprawy sądowej do końca.

Jedynym pocieszeniem dla osób w takiej sytuacji jak Lucyna Biej jest świadomość, że zbrodnia morderstwa nie ulega przedawnieniu. Kobieta nie zamierza więc odpuścić, zapowiada walkę do samego końca. Jej postawa jest godna podziwu. Zebrała w sobie siłę nie tylko do ustalenia prawdy o śmierci męża, ale też udało jej się poukładać życie po tej tragedii. Jako krawcowa z wieloletnim doświadczeniem prowadzi własny salon sukni ślubnych. Zdarza się, że klientki znajdują w pani Lucynie swoją powierniczkę. - Sprawa morderstwa męża była tak mocno nagłośniona, że faktycznie, ludzie przychodzą czasem nie tylko w sprawach związanych z działalnością naszego salonu. Zdarzają się osoby, których bliskich zamordowano... Gdy opowiadają swoje historie, to moje wspomnienia wracają. Jeżeli ktoś nie przeżył tego, to nie jest w stanie zrozumieć, co się czuje. My przeżyliśmy to bardzo, nadal przeżywamy, mimo upływu lat. Lęk o bliskich jest tak silny, że strach nawet o nim dłużej myśleć. Inaczej się żyje, człowiek się ciągle zastanawia: "Boże, dlaczego nas to spotkało" - mówi Lucyna Biej. Ma nadzieję, że nagłaśnianie takich tragedii komuś pomoże: - Może ktoś kiedyś wyciągnie wnioski i zmodyfikuje prawo, bo w tej chwili wszystko jest przeciwko poszkodowanym, a nie przestępcom .

Warto mówić głośno

Siła, odwaga i jednocześnie niewiarygodna skromność - to zdaniem Ewy Ornackiej cechy, które łączą wszystkie bohaterki "Wojen kobiet". - Żadna z nich nie ma poczucia, że zrobiła coś nadzwyczajnego. Jedna z naszych rozmówczyń, żona przedsiębiorcy, który wybudował warszawską siedzibę "Gazety Wyborczej", w ogóle nie chciała opowiadać o tym, czego dokonała. Musieliśmy nawet zmienić jej imię. Któregoś dnia policja bezprawnie zatrzymała jej męża, zabrała na "przesłuchanie" i wymusiła podpis na wekslu na ponad 700 tys. zł dla wierzyciela powiązanego towarzysko z funkcjonariuszami. Potem preparowano rzekome dowody na przestępczą działalność przedsiębiorcy, ale to nie on był przestępcą, lecz policjanci. Dokonali wymuszenia niczym mafia pruszkowska, z tą różnicą, że nie w lesie, ale na komendzie. Gdyby nie żona przedsiębiorcy, jej determinacja i wiara w uczciwość męża, gangsterzy w mundurach pozostaliby bezkarni - opowiada autorka książki. - Szkoda, że mąż naszej bohaterki nie doczekał sądowego wyroku. Jego serce nie wytrzymało - dodaje z żalem.

Dla Ewy i Piotra największym wyzwaniem było opowiedzenie o sprawach, w których bohaterki same nie mogły zabrać głosu. Tak było z historią Marleny Kluk z Częstochowy. Młodej, zdolnej i zdeterminowanej pani sędzi, która ryzykowała karierę zawodową, wspierając obronę własnego ojca - emerytowanego generała policji oskarżonego o współpracę z tzw. mafią paliwową. - Marlena Kluk nie zawahała się zagrozić procesem cywilnym sędziemu Sądu Okręgowego w Szczecinie orzekającemu w sprawie jej ojca, chociaż był nim sam szef związku zawodowego sędziów " Iustitia " Maciej Strączyński. Nigdy wcześniej, ani nigdy później, żaden polski sędzia nie stanął przeciwko innemu sędziemu - podkreśla wagę całej sytuacji Ornacka. Z samą sędzią Kluk nie można było porozmawiać "dla jej dobra". Jej ojciec uważa, że gdyby wypowiedziała się do książki, byłaby w środowisku skończona. Dlaczego? Bo sędziowie nie skarżą się dziennikarzom i nie opowiadają publicznie o swoich sprawach. Stąd też dwoje reporterów musiało znaleźć inny sposób na to, by przybliżyć bezprecedensowy przypadek i postać tej nietuzinkowej kobiety.

Danuta Olewnik (fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta)Danuta Olewnik (fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta) Danuta Olewnik (fot. Damian Kramski / Agencja Wyborcza.pl) Danuta Olewnik (fot. Damian Kramski / Agencja Gazeta)

Ornackiej i Pytlakowskiemu udało się dotrzeć do wielu postaci, których historie znane są z pierwszych stron gazet. Nawiązali dobry kontakt z siostrą zamordowanego Krzysztofa Olewnika, z matką "Sproketa", dawniej jednego z członków mafii "Słowika", zbuntowanego (i byłego już) świadka koronnego. Nie udało się im natomiast porozmawiać z jedną wyjątkową postacią - prokurator Wiolantyną Mataniak z Opola. - Pani prokurator została okrutnie okaleczona przez mafię. Przed laty rozszyfrowała interesy groźnego przestępcy Jeremiasza B., ps. "Baranina". To on kazał zabić byłego ministra sportu Jacka Dębskiego [w 2001 r. - przyp. red.], a także kilka innych osób, które porwano dla okupu. Biegli chcieli uchronić Jeremiasza B. przed odpowiedzialnością karną, ale pani prokurator nie uwierzyła w opinie o fatalnym stanie jego zdrowia. Zamierzała wsadzić go za kratki, dlatego oblano ją żrącym kwasem. Nie będziemy mówić o jej cierpieniach, bo nie ma na to odpowiednich słów. Po wielu operacjach mogła odejść w stan spoczynku, jednak wróciła do prokuratury. Dziś szkoli aplikantów, mówiąc, że zło nie może zwyciężać. Chcieliśmy o niej opowiedzieć, jednak powrót do przeszłości okazał się dla pani prokurator równie bolesny jak żywe niegdyś rany. Musieliśmy odpuścić - przyznaje Ewa Ornacka.

Odwaga z najwyższej półki

Jako reporterka z wieloletnim doświadczeniem, autorka czterech książek i kilku scenariuszy filmowych, Ornacka uważa, że "Wojny kobiet" to publikacja szczególna. Z niektórymi bohaterkami zdążyła się zaprzyjaźnić jeszcze w trakcie zbierania materiałów. Przyznaje, że choć zawsze hołduje zasadzie pozostawiania czytelnikowi możliwości osądzenia bohaterów, w tej konkretnej książce była znacznie mniej zdystansowana emocjonalnie. I - co więcej - nie zamierza się tego wstydzić: - O miłości, rozpaczy oraz walce na śmierć i życie nie da się pisać bez emocji. Trudno złapać dziennikarski dystans, gdy widzi się, jak nieudolny wymiar sprawiedliwości przegrywa z kretesem z gangsterami otoczonymi usłużną palestrą .

Czy ta książka może coś zmienić? Trudno powiedzieć, czas pokaże - ocenia autorka. Ona sama chciałaby, aby ludzie tacy jak komendant główny policji, minister sprawiedliwości i prokurator generalny mieli odwagę sięgać po przestępców z najwyższej półki - tych w togach i z immunitetem poselskim. - Jeśli się boją, niech ustąpią miejsca bohaterkom naszej książki! - mówi hardo Ornacka. Nie boi się podejmować tak ryzykownych tematów, bo lata praktyki pozwalają jej ocenić, na ile może sobie pozwolić, a właściwie - kiedy nie należy milczeć.

Autorka ma więc już w zanadrzu kolejną książkę, tym razem pisaną już nie z Piotrem Pytlakowskim, bo "da mu trochę od siebie odpocząć". - Na wspólną powieść namówiłam Karolinę Szymczyk-Majchrzak, scenarzystkę serialu "Krew z krwi" i "Na dobre i na złe". To będzie powieść oparta na autentycznych wydarzeniach z półświatka, zatytułowana "Siła strachu". Tam też pierwsze skrzypce będą grały kobiety. Wygląda więc na to, że tytułowe wojny kobiet dopiero się zaczynają...

fot. materiały prasowefot. materiały prasowe fot. materiały prasowe fot. materiały prasowe

Książka "Wojny kobiet. Rzuciły wyzwanie sądom, policji i mafii" dostępna jako e-book w Publio.pl

Więcej o: