Ja też chcę mieć dwa miesiące wakacji! Foch!

Po cholerę dzieciom wakacje? One się nie męczą! A ja, owszem, jestem zmęczona i chętnie bym odpoczęła przez te dwa miesiące, kiedy w Polsce jest znośna pogoda... Życie jest niesprawiedliwe!

Na ulicach pełno ubranej na galowo smarkaterii, która właśnie pokończyła szkoły i szykuje się na tzw. dwa miesiące beztroski (tę frazę zapewne ukuł ktoś, komu obce były męczarnie okresu dojrzewania) oraz rodziców, którzy musieli wziąć wolne z roboty, by uczestniczyć w uroczystości rozdania świadectw. Dzieciarnia podskakuje wesoło, starzy drobią nerwowo, lub powłóczą nogami, niczym (ruchomy) obraz smutku, stresu i beznadziei. Od razu widać komu bardziej potrzebny jest odpoczynek...

Moja córka skończyła dziś pierwszą klasę, wysłuchaliśmy więc obowiązkowych szkolnych frazesów o wakacyjne przygodzie i powrocie do szkoły po dwóch miesiącach laby. A ja zaczęłam sobie w głowie liczyć, ile musiałabym mieć dni urlopu, by do 1 września nie chodzić do roboty. Otóż: 47. Mam standardowe 26, częściowo już wykorzystane, więc to marzenia ściętej głowy. Tak, wiem: trzeba było zostać nauczycielem, bo wtedy mogłabym liczyć na jakieś 70 dni urlopu. Ale za cenę użerania się z cudzymi bacho ... pociechami. Więc zdradzam trzy pokolenia belfrów w mojej rodzinie i mówię: nie, dzięki. Wiem też, że nie mam prawa do narzekań, bo mam pracę, do której chodzę bez obrzydzenia i jest z czego spłacać kredyt we frankach. No i jestem dorosła, blablabala. Więc po co to biadolenie?

Po prostu marzę o wakacjach. Nie o krótkim, tygodniowym, góra dwu- urlopiku, podczas którego ledwo opanuję odruch nerwowego sprawdzania maila, ale o takich wakacjach, jakie są udziałem dzieciaków. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, które się miało, gdy człowiek budził się rano pierwszego dnia po zakończeniu roku szkolnego i leżał chwilę, nie robiąc nic, tylko napawając się potencjałem tego wolnego czasu. Nawet jeśli potem miał ten potencjał zmarnować na snucie się, nudę i nic-nierobienie. Właściwie, to snucie się (Mamooo, nuuudzi mi się. Mamooo, biorę rower, wrócę na obiad!) było najlepsze. Posnułabym się z dziką rozkoszą. Porobiła NIC. Ponudziła. Pospała. Pogapiła w niebo. I nie czuła, że czas na te przyjemności jest reglamentowany, a za dzień-dwa będę musiała wrócić do rzeczywistości: "biegnę", "będę za chwilę", "przepraszam, spóźnię się", "niestety, nie zdążę".

Smutny i słabowity ten foch, ale muszę już lecieć. Bo trzeba jakoś dzieciom czas wolny zorganizować, żeby nie snuły się po okolicy, narzekając na nudę...

Więcej o: