Cholera, znów wyszło za dużo - trudna sztuka gotowania tylko dla siebie

Jeśli ktoś przez pół swojego życia gotował tak, jakby miał wyżywić co najmniej batalion Zośka, czy też Parasol, sami rozumiecie, że w tej sytuacji trudno się przestawić na tryb "Samotny wilk?.

Od bez mała dekady powtarzam rozpaczliwie, że chcę siedzieć w samotni, by nie zważając na okoliczności przyrody, oraz na to, co na obiad, a także kiedy wreszcie skończę -  zajmować się wyłącznie pisaniem. W tym roku moje marzenie (prawie) się spełniło.

Założę się, że każda niewystarczająco idealna, pracująca matka dwójki dzieci przynajmniej raz na jakiś czas powtarza dla relaksu słynną Tybetańską Mantrę Oczyszczenia, której słowa brzmią: "Zaraz odwiozą mnie do Tworek " . Ja miałam swoją modlitwę, tę o tygodniu życia samemu, bez nikogo w domu, cicho sza. Wystarczyło poczekać dekadę, znaleźć odpowiednie wsparcie w postaci moich rodziców, zapisać się na kurs prawa jazdy- et voila !

Oto ja na pokładzie mego statku Endurance. Siedzę przy komputerze o 5:00 rano, piję mrożoną kawę z termosu, mój wierny druh, wiatrak o twarzy uśmiechniętego robota (na imię mu TARS) zapewnia mi stały dopływ zimnego powietrza. Piszę i podsumowuję w myślach ten tydzień. Byłam cudownym abnegatem, odkryłam, że rzucanie ubrania na środek przedpokoju jest szalenie przyjemne, a ignorowanie faktu, że ono tam leży dość łatwe, o ile mieszka się samemu i nikt inny nie chodzi po domu. Zignorowałam to leżenie na czas 32 godzin, co uważam za przyzwoity wynik, potem oczywiście wszystko poskładałam, podłogę zamiotłam, następnie przetarłam na mokro. Odkryłam, że jeśli ktoś (moi rodzice) nie ma w swoim domu małych dzieci i zwierząt, może mieć na przykład rośliny i one w sposób skromny, acz irytujący zastępują OBECNOŚĆ. Co prawda nie wołają "jeść!", ale dość dobitnie przypominają o podlewaniu, uparcie gubiąc suche liście za każdym razem, gdy tylko skończę zamiatać podłogę w ich okolicy (ćwiczę wtedy sztukę ZEN, MAĆ!).

Przećwiczyłam oglądanie kilku odcinków jednego serialu na raz. Po trzech stwierdziłam, że chyba już nie jestem ciekawa, jak kończy się jakikolwiek serial. Podobno to efekt tego, że jestem zblazowaną pracoholiczką. Obstawiam jednak, że zwyczajnie trudno będzie komukolwiek zaczarować mnie tak, jak udało się to autorom serialu "Forbrydelsen". Właściwie wszystko było super. Napisałam kilka felietonów, reportaż, artykuł do tygodnika, zebrałam się w sobie, by skończyć pierwszy rozdział drugiej książki, nim ta pierwsza się ukaże. Przejechałam w międzyczasie kilkadziesiąt kilometrów samochodem po mieście (w roli kierowcy) oraz kilkaset kilometrów pociągami i samochodami po Polsce (w roli pasażera). Tak, to był bardzo aktywny tydzień pełen tęsknoty za dzieciakami i skrupulatnego planowania. Co zaś się tyczy tego ostatniego - w jednej kwestii poniosłam sromotną porażkę. Chodzi oczywiście o aprowizację.

Zaczęłam nieśmiało od dojadania konserw z poligonu. WRESZCIE! Galaretka będzie tylko moja! Omnomnom. Pyszności. Dość szybko okazało się, że wykwintne śniadanie w stylu "singiel przed wypłatą", czyli kromka chleba z frymuśnie ułożonymi na podobieństwo Karpat kawałkami Gulaszu Angielskiego muśnięta ketchupem, nie zastąpi mi w żadnym wypadku obiadu. Przynajmniej zdaniem nerwowego mózgu, który zaczął domagać się podniet innego typu.

OMNOMNOM. Angielski pacjent na stole operacyjnym. fot. Dominika WęcławekOMNOMNOM. Angielski pacjent na stole operacyjnym. fot. Dominika Węcławek OMNOMNOM. Angielski pacjent na stole operacyjnym. fot. Dominika Węcławek OMNOMNOM. Angielski pacjent na stole operacyjnym (fot. Dominika Węcławek)

Na początek więc postawiłam na inne ulubione danie - makaron. Z oliwą, odrobiną przypraw, marynowanym czosnkiem, cienko skrawanym serem żółtym i skrawkami suszonej kiełbasy jałowcowej. Było pyszne, ale za dużo. A przecież królewna ma wymagania, nie zostawi na dzień następny, bo będzie niesmaczne, poza tym, nie wie sama, czego będzie sobie winszować jutro o tej samej porze.

No i kto to teraz będzie dojadał po mnie, jak już ugotuję? fot. Dominika WęcławekNo i kto to teraz będzie dojadał po mnie, jak już ugotuję? fot. Dominika Węcławek No i kto to teraz będzie dojadał po mnie, jak już ugotuję? fot. Dominika Węcławek No i kto to teraz będzie dojadał po mnie, jak już ugotuję? (fot. Dominika Węcławek)

Czyli trzeba gotować mniej. Następnego dnia o tej samej porze przygotowałam porcję warzyw na maśle czosnkowym z pieprzem i do tego jajko sadzone. Choć starałam się nie szarżować po ułańsku, znów wyszło za dużo. Dogorywałam przez godzinę praktykując absolutną nowość w życiorysie - poobiednią drzemkę z książką. Książka to czuły i wyrozumiały partner , dała mi podrzemać dwie godziny, po których to nabrałam przekonania, że następnego dnia, jeśli tylko wykonam plan zawodowy - pójdę zjeść obiad na mieście. A CO! W ten sposób skończyłam w lokalu, o którym pisałam rok temu. Cóż, nadal istnieje, nadal ma się dobrze, natomiast porcja zupy wystarczyła mi na dwa dni.

Zupa z ZUPY. fot. Dominika WęcławekZupa z ZUPY. fot. Dominika Węcławek Zupa z ZUPY. fot. Dominika Węcławek Zupa z ZUPY (fot. Dominika Węcławek)

Z dalszych obserwacji. Kilogram czereśni - ja nie zjem? JA? Przecież to moje ulubione owoce, spokojnie wtrząchnę je w godzinę. Pod warunkiem, że rozciągnę ją na dwa dni.

Konserwy. Są przepyszne, założyliśmy nawet grupę wsparcia miłośników konserw - FC MIELONKA, gdzie dzielimy się fotografiami ulubionych gulaszy, tuszonek i innych przysmaków bez konieczności opowiadania niewiernym, że jemy je z radością, a nie z desperacji.

Zakupy. Postanowiłam zaszaleć i zrobiłam zakupy. Z zebranych komponentów stworzyłam własny wahadłowiec, a szybka kalkulacja własnych mocy przerobowych sprawiła, że nagle coś, co wystarczyłoby nam w domu na jakieś mizerne przegryzki - pozwoli mi przetrwać samotnie na pokładzie mojego statku kosmicznego jeszcze wiele długich dni.

Mój wahadłowiec nazywa się 'Wyzwanie', a jego zadaniem jest zniknięcie w tydzień. fot. Dominika WęcławekMój wahadłowiec nazywa się "Wyzwanie", a jego zadaniem jest zniknięcie w tydzień. fot. Dominika Węcławek Mój wahadłowiec nazywa się "Wyzwanie", a jego zadaniem jest zniknięcie w tydzień. fot. Dominika Węcławek Mój wahadłowiec nazywa się "Wyzwanie", a jego zadaniem jest zniknięcie w tydzień (fot. Dominika Węcławek)

Powoli zaczynam ogarniać kwestię odmierzania porcji obiadowych garściami (jedna garść to za mało, ugotuję dwie,  cholera trzeba było ugotować jedną). Odkryłam, że "Śledziki na raz" kłamią - są na dwa razy. Worek sałaty to minimum cztery dni jedzenia chaszczy (jak jakiś brontozaur). A dziś rozmroziłam polędwicę, która w naszym czteroosobowym gronie starczałaby na 1/4 domowego obiadu. Zamarynowałam w pieprzu, czosnku i miodzie, po czym upiekłam.

tyyyle mięsa. fot. Dominika Węcławektyyyle mięsa. fot. Dominika Węcławek tyyyle mięsa. fot. Dominika Węcławek Tyyyle mięsa (fot. Dominika Węcławek)

Dobrze, że wieczorem przyjeżdża ojciec, bo co ja bym zrobiła z tą górą pysznego mięsa? Przecież nie zjem tego sama.  Cholernie to trudne. I tylko zużycie kawy mam wciąż podobne. Wniosek? Jestem kawową egoistką, obiecuję w przyszłości parzyć dwa wiadra zamiast jednego.

Więcej o: