Męskie kłamstewka, w które zawsze wierzę

Są zupełnie niewinne. Stanowią swego rodzaju rytuał, taką grę między partnerami - ona wie, że on wie, że ona wie, ale mimo to podtrzymują tę przyjemną rozgrywkę. Nie lubię kłamstw, ale na te się nabieram w pełni świadomie i chyba nawet mam z tego frajdę. Uważam, że jest w tym coś uroczego.

Mili panowie, tak wam się tylko wydaje!Mili panowie, tak wam się tylko wydaje! Mili panowie, tak wam się tylko wydaje! Mili panowie, tak wam się tylko wydaje!

WIEM, JAK TO ZROBIĆ

Z powodu tego punktu proponuję podzielić mężczyzn na dwie grupy robocze. W jednej są ci, którzy uczciwie, bez fałszywego ociągania się odżegnują się od pracy domowych polegających na reperowaniu cieknącego kranu czy innych drobnych napraw, typu "coś dziwnie mi stuka nad prawym kołem". Mówią po prostu: zadzwoń po fachowca. Ewentualnie: zadzwonię po fachowca, gdy chcą się wykazać. W drugiej grupie są ci, którzy z niezmąconą pewnością, patrząc głęboko w oczy pytającemu powiedzą: "oczywiście, że wiem, jak to zrobić!" . Nie, nie jest to równoznaczne z podjęciem działania. (Sztuką jest zadawanie właściwych pytań, ale o tym może kiedy indziej). Chodzi jednak o przekonanie, o ten ton przepełniony pewnością, że OCZYWIŚCIE, to bułka z masłem, nie ma problemu, minuta osiem. Zajmę się tym. Umiem, wiem. W domyśle: przecież tego nie da się bardziej zepsuć.

Nie zliczę, ile razy dałam się na tę pewność nabrać. Tym bardziej że procentowo więcej przypadków zakończyło się spektakularnym sukcesem. Kran już nie kapał, stolik się nie kiwał, drzwi przestały skrzypieć. Ale w sytuacji, gdy jednak nie było szczęśliwego zakończenia i popsuty przedmiot jakby popsuł się jeszcze bardziej - rodziło się we mnie, kiełkowało cichutko nigdy niewypowiedziane pytanie: "naprawdę wiedziałeś, jak to zrobić?" . I cicha, szczera odpowiedź, która by się pojawiła, gdyby tylko pytanie padło: "nie, ale przecież to nie wyglądało na skomplikowane".

WIEM, GDZIE JECHAĆ

To moja ulubiona kategoria. Gdy dotyczy mojego męża - nabieram się w dziesięciu przypadkach na dziesięć. Może to kwestia niezwykłej pewności siebie, która bije od niego, nim się jeszcze odezwie, a gdy już to zrobi to przecież wiadomo, że wie, co mówi. On się nie myli. Gdy czegoś nie wie - mówi szczerze, że nie wie, ale się dowie. Dlaczego więc miałby oszukiwać, gdy - zaniepokojona, że "już powinniśmy być na miejscu, a my wciąż w drodze" - dopytuję lekko i bez presji, czy my się przypadkiem nie zgubiliśmy? "Wiem, gdzie jesteśmy" , "wiem, gdzie jechać" - ta jego pewność w głosie, mrrrr. Wierzę, opieram głowę o zagłówek, zamykam oczy i czekam. W końcu dojedziemy, zawsze się udaje. I ten uśmiech: mówiłem, że wiem, gdzie jechać. Wiadomo.

PAMIĘTAM, KIEDY MAMY ROCZNICĘ

Tak, jestem jedną z tych sentymentalnych gęsi, co to lubią z rozmarzeniem w oku powiedzieć "a pamiętasz, siedem lat temu o tej porze złapałeś mnie po raz pierwszy za rękę" . Moja psychopatia jednak nie ma ostrza wycelowanego w partnera. Nie oczekuję od niego, że z okazji siedmiu tygodni od zamieszkania razem da mi kwiaty, ale tak, owszem, obudzona w środku nocy prawdopodobnie natychmiast powiem, ile sekund minęło od chwili, gdy jesteśmy razem. I pamiętam doskonale, kiedy to WSZYSTKO było.

Ponieważ mój mąż mnie bardzo dobrze zna i pogodził się już dawno z tym, że mam takiego właśnie hopla - wie, że wystarczy utulić i cmoknąć w czółko, względnie w usta - bym była zadowolona. I zawsze, z niezmąconym spokojem i mocą odrzutowca, zapytany czy wie, kiedy mamy rocznicę, czy zagadnięty "a pamiętasz, jak pierwszy raz (wstawić dowolną aktywność typu "byliśmy na rybach")" - odpowiada, "oczywiście, że wiem" . I jak tu mu nie wierzyć? Po co od razu pytać napastliwie "to kiedy?", przecież to tylko może zepsuć efekt.

A jak tam u was? Macie takie swoje wewnętrzne, rozbrajające kłamstewka?

Zobacz wideo
Więcej o: