Jak nie płacić na własne dziecko? Wystarczy realizować postanowienia sądu rodzinnego

Nie trzeba przepisywać majątku na rodzinę, pracować na czarno, czy ukrywać się przed komornikiem. Znacznie lepszym rozwiązaniem jest skrupulatne wypełnianie zaleceń sądu. Oto program zero złotych na dziecko. Tragikomedia rodzinna w trzech aktach.

Kontrowersje wokół 500 złotych na drugie dziecko to jeszcze nic (fot. Pexels.com CC0)

Alimenty to nie prezenty, a rodzice mają obowiązek utrzymywać własne dzieci. Oczywiste? Nie dla dłużników alimentacyjnych, którzy w Polsce zalegają swoim dzieciom już prawie 5 miliardów złotych. I nie dla sądów rodzinnych, w których batalia o zasądzenie alimentów może się ciągnąć przez kilka lat. A skuteczne egzekucja? Pewnie kilka kolejnych.

Akt pierwszy: płać sobie sam

Matka Polka musi się bardzo postarać, żeby sąd zdecydował się na przyznanie opieki nad dziećmi ojcu. Może na przykład: upijać się do nieprzytomności, wszczynać awantury kończące się interwencją policji i wyprowadzeniem w kajdankach, zostawiać dzieci bez opieki, regularnie wizytować izbę wytrzeźwień. Raz, drugi, trzeci to za mało. Ale po kilkunastu jest szansa na reakcję. Ufff, udało się dzieci w trybie nagłym lądują u ojca. Ojciec przestaje płacić alimenty, zaczyna je płacić matka.

Logiczne? Nie dla sądu drugiej instancji, który orzeka, że matka płacić nie musi, bo "sytuacja jest tymczasowa", a ojciec nie ma przyznanej stałej opieki nad dziećmi. Zatem poprzednia decyzja pozostaje w mocy. Ojciec alimenty ma płacić. Komu? Chyba sobie samemu.

Akt drugi: jak sąd się spieszy to się diabeł cieszy

Dwa i pół roku. Liczba notatek policyjnych rośnie, opinia RODK jednoznaczna, ale sąd potrzebuje czasu, żeby ustalić, że jednak niepijący ojciec jest dla dzieci lepszym opiekunem niż pijąca matka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby alkoholikiem był ojciec, sprawa rozwiązałaby się znacznie szybciej.

Alimenty? Kolejne pozwy o ustalenie choćby zabezpieczenia alimentacyjnego są oddalane, bo "sytuacja tymczasowa". To może pomoc społeczna, kryterium dochodowe jest spełnione? Nic z tego, bo dzieci... są pod opieką ojca tymczasowo, więc nie jest uważany za osobę, która je samotnie wychowuje. Ot, takie dzieci gorszego sortu.

Akt trzeci: ile zjada dziecko?

Co tam dwa i pół roku! Grunt, że się udało i dzieci zostają z ojcem. Alimenty wydają się już na wyciągnięcie ręki. Ale nie tak szybko. Najpierw trzeba ustalić, że to jednak matka ma płacić alimenty. Rozprawa wyznaczona za dwa miesiące zostaje przełożona. Ostatecznie to nic pilnego, tyle czasu dzieci nie umarły z głodu, to mogą jeszcze poczekać.

I poczekają jeszcze trochę, bo sąd potrzebuje więcej czasu, żeby ustalić wysokość alimentów. Ostatecznie ustala je na 500 zł na dziecko. Widocznie ta kwota ma w sobie jakąś magię. Uzasadnienie jest proste: wyżywienie jednego dziecka w wieku 10-15 lat nie przekracza 400 zł miesięcznie, a pełne utrzymanie to nie więcej niż 1000 zł. Nie wiadomo, jak w tych 600 zł zmieścić opłaty za lokum dla dzieci, podręczniki, ubrania, kartę miejską i choćby syrop na kaszel, bo na poważniejsze leki to na pewno nie ma co liczyć.

Ale grunt, że jest wyrok. Tylko co z tego - wyrok wyrokiem, a matka płaci połowę wyznaczonej kwoty. Komornik! - powie każdy rozsądnie myślący człowiek, który się z sądami rodzinnymi nie zetknął. Ale tam, gdzie zaczyna się sąd, kończy się rozsądek. A więc wyrok alimentacyjny pozbawiony klauzuli wykonalności to tylko papierek, którym można sobie ... no powiedzmy, że można sobie ścianę ozdobić. A klauzula wystawiana jest dopiero na wniosek i trzeba na nią poczekać. Dzieci w tym czasie mogą iść poszukać mirabelek.

Epilog: Futurologia

Bój to jest nasz ostatni - można by już zaśpiewać rewolucyjnie (gdyby pieśń nie budziła złych skojarzeń). A raczej - boje dwa. Pierwszy - z wykorzystaniem komornika, który niech będzie jak bulterier, jak wściekły byk i Tommy Lee Jones w Ściganym i bezlitośnie wyciągnie każdą należną złotówkę. A trochę ich się przez prawie 3 lata programu "zero złotych na dziecko" nazbierało.

I drugi bój - z sądem. Szykuje się długa dyskusja o tym, ile par skarpetek i majtek przysługuje dzieciom rocznie, czy piżamy nie można zastąpić tiszertem z lumpeksu, a wakacje pod namiotami nie są zbyteczną fanaberią. Podobnie jak wyjazd na zieloną szkołę, udział w szkolnych Mikołajkach czy - zgroza! - urodzinach kolegi z klasy. I czy to aby sprawiedliwe, żeby matka, która w wychowanie dzieci w ogóle się nie angażuje, pokrywała tylko połowę kosztów utrzymania swojego potomstwa.

***

Anna Pawłowska - dziennikarka, pisze newsy, czyta reportaże i liczy, że kiedyś będzie odwrotnie. Kocha Wschód miłością trudną i niebezkrytyczną. Wzruszają ją tylko czołgi i małe pieski. W życiu - konkubina i macocha.

Więcej o: