Jak szalejemy z miłości. Niezależnie od wieku

Kiedy byłam młodsza, najbardziej żałowałam - myśląc o przyszłości - że po osiągnięciu jakiegoś określonego wieku różne rzeczy staną się zakazane. Na przykład nie będzie wolno sobie poszaleć z miłości. Myliłam się!

Nie szalej! (fot. Unsplash.com)Nie szalej! (fot. Unsplash.com) Nie szalej! (fot. Unsplash.com) Nie szalej! (fot. Unsplash.com)

Zawsze uważałam, że najfajniejsze są miłosne podchody, na samym początku znajomości . Najpierw próba zdobycia informacji - czy on/ona z kimś jest, potem wymyślenie jakiegoś pretekstu, żeby można było nawiązać kontakt albo znów się spotkać. Do najbezpieczniejszych zawsze należało pożyczanie książek. To automatycznie eliminowało z pola zainteresowania idiotów: kiedy się okazywało, że osobnik nie czyta - można się było na czas wycofać.

Ale bywały i inne sposoby. Czasami okoliczności uniemożliwiały nawiązanie do wspólnej pasji czytelniczej. Wtedy można było "spotkać go przypadkiem w środkach komunikacji miejskiej" . Wiedziałam, że chłopak zaczyna zajęcia na uczelni bardzo wcześnie rano i namówiłam mojego tatę (który był i jest moim wielkim przyjacielem, pomocnym także w sprawach sercowych), żeby podjechał ze mną maluchem pod jego klatkę. Ja - uzbrojona w wojskową lornetkę, obserwowałam, czy ON wychodzi. W stosownym momencie ojciec miał mnie podrzucić na przystanek autobusowy. Ale nie na ten, na którym wsiadał mój wybranek, tylko na kolejny - wiadomo, żeby było bardziej przypadkowo. Rzecz w tym, iż pragnąc wyglądać bardziej pociągająco, nie założyłam okularów. Nie umiałam też wyregulować lornetki i jedyne co widziałam, to wierzchołki drzew Lasku Bielańskiego. Wreszcie wydało mi się, iż dostrzegam obiekt moich uczuć, tak, serce mi mówi, że to on! Ojciec zajeżdża z piskiem opon na przystanek, wsiadam do autobusu i oczywiście jego tam nie ma. Serce kłamało. A bo to jedyny raz?

Trzeba więc było jakiejś pewniejszej metody. Pana B. , na ten przykład, zaczepiłam korespondencyjnie . Nasza wspólna znajoma zaczęła mi o nim opowiadać - że taki wspaniały chłopak ale "samotny jak palec albo pies", co oczywiście szalenie pobudza dziewczyńską fantazję (miałam 18 lat, więc co się dziwić). A ponieważ zawsze wierzyłam w swoją siłę perswazji na piśmie - to do niego napisałam. Nie było mowy o podrywie, chciałam mu raczej przekazać, że świat jest piękny, a ludzie dobrzy. I żeby nie miał żadnych podejrzeń, iż może chodzić o zakochaną dziewczynę - podpisałam się męskim pseudonimem . Jako adres korespondencyjny podałam ulicę i numer domu przyjaciółki (którą, oczywiście, uprzedziłam). Efekt intrygi był taki, że biedny pan B. zaczął się obawiać, iż czyha na niego jakiś niezrównoważony wariat. Trzeba było sporo zabiegów, żeby odkręcić to wszystko i podczas tego odkręcania wreszcie się spotkaliśmy.

Oczywiście, czasem realizując najbardziej karkołomne koncepty romantyczne, można przeszarżować. Z perspektywy czasu uważam, że pomysł, aby umówić się na randkę pod tablicą z napisem "Regeneracja wałów" nie był najszczęśliwszy. Nie wróży też dobrze wspólna wyprawa zakochanych na cmentarz (moja babcia powiedziała potem: to nie wiedziałaś, że to zawsze oznacza koniec miłości?!).

Nie zawsze opłaca się też inwestować w uczucie, którego jeszcze nie ma. Kiedyś, wiedziona jakimś chwilowym otumanieniem, postanowiłam z dnia na dzień, że wyjadę na spływ kajakowy, bo jechał tam ON. Niestety, lista uczestników była już zamknięta i nie było dla mnie kajaka. Dla osoby zdeterminowanej nie jest to jednak problem. Zwyczajnie, w ciągu paru godzin kajak kupiłam. Składany, drewniany, przedwojenny, ważący tylko pół tony, z wiosłami z litych bali. Cóż, tylko na taki mnie było stać. A gdy już dotarłam do tych całych pieprzonych Swornychgaci czy gdzieś, okazało się, że facet wcale nie jest fajny, bo - patrz punkt pierwszy: nie czyta. A ja przez dwa tygodnie miałam najcięższe wiosło świata.

No więc te wszystkie radosne rozrywki miały iść precz wraz z zamążpójściem , dziećmi i kredytem na mieszkanie. Na szczęście bardzo się myliłam! Nie będę w tym miejscu opowiadać, jak podając się za Milenę z Gdańska zaczepiłam pana B. przez Internet. Uważam, że to było dość ryzykowne, bo jednak po paru dniach starań udało mi się go trochę poderwać, co wprawiło mnie w lekką konsternację.

Tak więc nie wspomnę o tym ani słowem, chcę tylko przytoczyć pewną scenkę, jakiej byłam świadkiem w ubiegły piątek, w środkach komunikacji miejskiej. Dwie panie, na oko po siedemdziesiątce - ale rozchichotane jak nastolatki - opowiadały sobie coś bardzo ciekawego. Nastawiłam uszu. I wiesz - mówi jedna - zdobyłam się na odwagę i zadzwoniłam do niego! - I co mu powiedziałaś? - No nic, rozłączyłam się! Bo odebrał jego wnuk.

Tak więc - dobra nasza, dziewczyny! Możemy się bawić do śmierci!

Zobacz wideo
Więcej o: