Wynurzenia Matki Szpitalnej od Taboretów

Ania opisała nam swoje niewesołe przygody szpitalne z gorzką konkluzją, że matka chorego dziecka "nie ma żadnych praw i nie ma prawa się ich domagać". Czy jest aż tak źle?

Droga Redakcjo

Relacja Kasi Nowakowskiej z pobytu w szpitalu poruszyła bardzo wrażliwą strunę w mej matczynej duszy. Jestem mamą wywalczonego, wyleżanego siedmiomiesięczniaka, który w pewnym momencie dość poważnie się rozchorował.

Na początku nie wyglądało to groźnie - ot, luźna kupa, potem kolejna i kolejna, konsultacja z zaprzyjaźnionym pediatrą i skierowanie na oddział zakaźny. Oddział super piękny, wyremontowany, piękne sale - z założenia jednoosobowe, w praktyce bywało różnie. Moje, wówczas niespełna trzymiesięczne, dziecię trafiło do sali z siedmiolatkiem rzygającym dalej niż widział. Zresztą i tak odetchnęłam z ulgą, bo pierwszą dobę spędziliśmy na korytarzu otoczeni zdiagnozowanymi 'rotasraczkami' . W sumie nie miało to większego znaczenia, bo sale miały wspólne boksy sanitarne - my dzieliliśmy go z dziećmi z rota- i adenowirusem. Superkontrola rozprzestrzeniania zakażeń. Nie wolno mi było być przy dziecku w trakcie zabiegów, nie mogłam go utulić w czasie zmiany wenflonu, czy pobrania krwi.

Niestety moje dziecko odziedziczyło po mnie pewien feler - zaburzenia krzepliwości, więc gdy w pewnym momencie zaczęło sinieć, podniosłam alarm. Potraktowano mnie jak idiotkę. Przez telefon poruszyłam niebo i ziemię - przecież dziecku dzieje się krzywda! Na szczęście okazało się, że lekarka dyżurna studiowała z kuzynem chłopa. Udało się ją nakłonić do zlecenia specjalistycznych badań (koszt około 20zł w komercyjnym labie). Wynik był nieprawidłowy (mój hematolog natychmiast położyłby mnie do szpitala), ale zmienił się lekarz dyżurny i po prostu go olał. Poszło na k macie. W środku nocy udało się nam wywalczyć wydanie dokumentacji medycznej, by móc skonsultować ją z hematologiem (oczywiście sami ją sobie załatwiliśmy). Hematolog zlecił dodatkowe badania (wyszły ok) i prześwietlenie, żeby wykluczyć zapalenie płuc. Oczywiście, zrobiono ze mnie wariatkę, nadopiekuńczą matkę, która szuka dziury w całym. Młodego po prostu wypisano.

Następnego dnia zaczął gorączkować. Trafiliśmy do kolejnego szpitala z zapaleniem płuc- relacja z pobytu poniżej - przeklejam z FB, na którym regularnie wylewałam jad, by nie zwariować.

"Uwaga będę pluła jadem, żeby nie było, że nie ostrzegałam. Być może siadają mi nerwy, bo przekształcam się w Matkę Szpitalną od Taboretów. Spokojnie, jeszcze nie jest ze mną bardzo źle, bo nie zakupiłam dresu, plastikowych cichobiegów i nie pomykam po oddziale w zaplamionym T-shircie Maziego. Nie uganiam się też za lekarzami i nie domagam pokazywania wyników po raz tysiąc pięćset dziewięćdziesiąty ósmy, nie dopytuję, czy ta kroplówka i 'zaszczyk' 'som aby na pewno poczebne', bo dziecko tego nie lubi. Staram się trzymać fason i sprawić, by Młody nie odczuł szpitalnych niewygód. Po prostu z nim jestem, kiedy wychodzę do domu się umyć jest z nim babcia. Dla mnie to oczywiste, że nie zostawia się w szpitalu dziecka, które jeszcze nie potrafi wyrazić swoich potrzeb, bez opieki. Okazuje się, że jestem głupia i naiwna, bo można zostawić kilkumiesięczne dziecko na noc, a samemu się wyspać w domu. Sala dwuosobowa, więc jest 'jelenica', która w razie potrzeby zajmie się podrzutkiem, choćby dlatego, by płaczący maluch nie obudził jej dziecka. Można potem przyjść ze zbolałą miną i powiedzieć, że nie spało się od 6 rano bo się myślało o dziecku. Jelenica pewnie z uśmiechem by przytaknęła ze współczuciem w głosie. Matka Szpitalna od Taboretów tak nie potrafi - może jeszcze bez piany na pysku, ale stanowczo - ja dzięki pani dziecku, które całą noc panią wołało usnęłam dopiero o 5. Reakcja - foch. Żeby nie było - zostawione dziecko jest naprawdę bardzo chore...

Aaaa i kolejna odsłona terroru laktacyjnego. Rodzic dostępuje przywileju spania w sali dziecka na leżance. Przyjemność ta kosztuje, uwaga, 18 złotych za dobę, chyba że... jest się matką karmiącą piersią. Matki karmiące piersią dostają leżankę za friko. Tym butelkowym się nie należy. Nie ważne, z jakich powodów nie karmią, ale nie dajesz z cyca, jesteś wyrodna - PŁAĆ! Czy trzymiesięczne dziecko karmione butelką jest bardziej samodzielne od tego cyckowego? Czy samo się nakarmi, przewinie, uśnie? Tym razem mi cycki opadły i to bynajmniej nie od nadprodukcji mleka. Chodzi mi po głowie jakaś medialna rozpierducha, bo uniosłam się."

Dodam tylko, że na oddziale zakaźnym nie można było wyjść z sali, by nie narażać się na infekcję krzyżową, nie przeszkadzało to nikomu w "kwaterowaniu" niemowląt na środku korytarza. Nie mogłam mieć mleka dla dziecka przy sobie. Musiałam je oddać do szpitalnej kuchenki i mniej lub bardziej niemiła pani pielęgniarka niosła je w kubeczku jednorazowym przez cały oddział. Przynosiła tyle, ile jej się nasypało. Miałam pecha, bo moje dziecko położono w łóżeczku niemowlęcym, z wielką łaską dostałam taboret, na którym spędzałam dni i noce. Mamy starszych dzieci spały z nimi w łóżku. Spotkałam dziewczynę dwa tygodnie po CC - dostała krzesełko...

Tu powinno nastąpić podsumowanie i konkluzja. Nie mam na to siły, bo i tak nic z tego nie wyniknie. Matka - jak już ustaliłyśmy - nie ma żadnych praw i nie ma prawa się ich domagać.

Pozdrawiam smutno

Ania

P.S. Kilkanaście lat temu, kiedy ja chorowałam, moja mama była ze mną przez cały czas. Mogła się zdrzemnąć w pokoju dla rodziców, tuż przy oddziale.

Więcej o: