Szpitalna znieczulica - są miejsca gdzie jest inaczej

W odpowiedzi na tekst Kasi o nocach na szpitalnej podłodze i po szpitalnych wynurzeniach jednej z naszych Czytelniczek dostałyśmy kolejny list na ten temat. O tym, że znieczulica na szczęście nie jest normą, a nawet traumatyczne doświadczenia można zachować we wdzięcznej pamięci. "Najgorszemu wrogowi nie życzę takich przeżyć, ale jeżeli już coś takiego ma się przytrafić, to życzę takiej opieki, jaką miała moja córka i my."

Przeczytałam oba teksty dotyczące traktowania matek i dzieci w szpitalu. Do niedawna miałam wyrobioną opinię na temat lekarzy i pielęgniarek - wszyscy traktują chorego i odwiedzających jak zło konieczne. I zmieniłam zdanie, ponad dwa lata temu. Już nie generalizuję i wiem, że są miejsca gdzie jest inaczej.

Urodziłam swoją córkę bardzo wcześnie, z niewyjaśnionych do tej pory przyczyn, tak po prostu. Mała po urodzeniu ważyła 650 gramów i mierzyła 31 cm. Od razu trafiła na oddział Intensywnej terapii nowowrodka i przebywała tam 3,5 miesiąca. Nie mogłam z nią być 24 godziny na dobę, na tym oddziale jest to niemożliwe. Godziny odwiedzin wyznaczone od 12 do 20. Więc byliśmy tam z mężem dzień w dzień, najdłużej jak się dało i wierzcie mi lub nie, ale ani razu nie poczułam się tam niemile widziana lub źle potraktowana. Owszem, cały ten okres był traumatyczny i odcisnął w nas piętno na całe życie, ale to dzięki postawie lekarzy i pielęgniarek jakoś udało nam się przetrwać ten trudny czas.

W zasadzie każdy dzień na oddziale wyglądał podobnie. Zaraz po naszym przyjściu do Małej, pielęgniarka (czasem nawet bez zadanego pytania ) zdawała nam 'raport'. Ile Mała waży, jakie miała robione badania, jak zniosła noc, itd. Codziennie rozmawiałam z lekarzem, jeżeli nie było lekarza prowadzącego KAŻDY lekarz obecny na oddziale udzielał mi bez mrugnięcia okiem informacji na temat stanu zdrowia mojej córki, wyników badań i zaplanowanych działań na dany dzień. W pierwszych dniach życia córki od razu uprzedzili nas, że będzie różnie, że nie mogą dać gwarancji, że wszystko będzie dobrze. Zrobili to z taktem, nie ubarwiając, ale cały wydźwięk wypowiedzi dawał nam ogromną nadzieję, że Mała da radę. I było tak jak mówili. Raz cudownie, bo Mała tolerowała mój pokarm, bo zaczynała oddychać sama, bez pomocy respiratora, a czasem było tak źle, że trudno to sobie wyobrazić. I w tych najtrudniejszych chwilach również mogliśmy liczyć na 'delikatne' traktowanie. Postanowiliśmy sobie z mężem, że podczas wizyt będziemy przekazywać córce samą pozytywną energię, że nie będzie płaczu i negatywnych myśli. I prawie nam się udało. Zdarzyło mi się płakać na oddziale raz, miałam wrażenie, że moja Mała gaśnie, było bardzo źle. Podeszła do mnie pielęgniarka, zapytała czy chcę wody i powiedziała, żebym nie wątpiła w swoje dziecko. Nic więcej, żadnego narzucania się, żadnego zawstydzania mnie, bagatelizowania albo dawania do zrozumienia, że to już koniec. Mała poradziła sobie.

Pielęgniarki nauczyły mnie jak przewijać dziecko, które nie waży jeszcze kilograma. Żeby mój pobyt przy córce nie ograniczał się do siedzenia, opowiadania i śpiewania, ale żebym przez te czynności, tak oczywiste dla matek dzieci 'donoszonych', również poczuła się 'normalną' matką. Pozwalały zostać dłużej, kiedy córka miała gorszy dzień (a tak po prwadzie, to duuużo dłużej). A kiedy wreszcie mogłam przytulić moją córkę, po ponad 1,5 miesiąca od jej urodzenia, wierzcie mi, dla nich również była to ogromna radość. Podczas całego pobytu zebraliśmy mnóstwo informacji, jak radzić sobie z Mała i z 'wcześniaczymi' przypadłościami będąć już w domu. Bez straszenia, ale i bez owijania w bawełnę.

Mimo, że od tamtych wydarzeń minęły już dwa lata, cały czas mamy kontakt z niektórymi pielęgniarkami z oddziału. Dopytują, co u Małej, proszą o zdjęcia. Byliśmy kilkakrotnie z któtką wizytą na oddziale, każda była przemiła. Na lekarzy również mogliśmy liczyć. Przy wypisie dostaliśmy zapewnienie, że gdy coś będzie z Małą nie tak, śmiało możemy dzwonić na oddział a oni poradzą, mimo, że to już nie ich pacjentka. Skorzystaliśmy raz - z powodzeniem.

Najgorszemu wrogowi nie życzę takich przeżyć, ale jeżeli już coś takiego ma się przytrafić, to życzę takiej opieki, jaką miała moja córka i my. Wiem, że to specyficzny oddział i specyficzni pacjenci, ale cały personel pracuje tam już kilkanaście lat, znieczulica mogła wedrzeć się już dawno a tak się nie stało. Ja będę im wdzięczna do końca życia.

Pozdrawiam serdecznie,

BP

P.S. Córka jest zupełnie zdrową, bardzo rozrabiającą i baaardzo wygadaną dwulatką :)

Więcej o: