Karny jeżyk - jak w kilka minut zburzyć zaufanie i nauczyć dziecko ukrywania emocji, unikania kary i przepraszania bez skruchy

Anna Golus, której poprzedni opublikowany na Fochu tekst "Dzieci jak rekwizyty" wzbudził sporo emocji, wraca do nas tym razem pisząc o rodzicielstwie opartym na szacunku, a nie kontroli i strachu.

Zapewne nie ma w naszym kraju rodzica, który nie słyszałby o istnieniu spopularyzowanego w programie "Superniania" karnego jeżyka . Co prawda większość rodziców nie poda definicji tej techniki - osoby propagujące ją same bowiem nie potrafią ani jej zdefiniować , ani zastosować wedle własnych zaleceń - ale karny jeżyk, miejsce wyciszenia, krzesełko grzecznościowe i wszelkie inne eufemizmy określające metodę "time out" są im znane, a sama kara - niestety nierzadko stosowana. "Niestety", bo wielu ekspertów uważa ją za szkodliwą nawet bardziej niż bicie.

Czego "uczy" kara?

Co może być szkodliwego w posadzeniu trzyletniego dziecka na trzy minuty na poduszce czy krzesełku? Przecież time out - jak wszystkie inne kary, również cielesne - "działa", tj. "rozwiązuje problem" w ten sposób, że rodzic myśli, że dziecko nie robi więcej tego, za co zostało ukarane, a niekiedy nawet dziecko naprawdę tego nie robi! Pełen sukces! W rzeczywistości jednak dziecko uczy się... albo ukrywania złego zachowania (i nadal robi to, co za co grozi kara, tyle że sprytniej: tak, by nie dać się nakryć), albo strachu przed kolejną karą i wymierzającym ją rodzicem (i nie robi tego, za co grozi kara, wyłącznie ze strachu, a nie dlatego, że zrozumiało, dlaczego dana czynność jest zła).

Nie wmawiajmy sobie ani innym, że jest inaczej, bo każdy z nas był dzieckiem wychowywanym w czasie, gdy prawie wszyscy zaznawali karzącej ręki rodzica, stania w kącie, oślej ławki i innych, jakże "sprawiedliwych", "skutecznych" i "zasłużonych" kar. Każdy z nas wie, czego "uczą" kary - unikania ich, strachu, cwaniactwa, nierzadko kłamstwa. A jeśli towarzyszy im konieczność przeproszenia za niepożądane zachowanie - uczą również nieszczerych, a więc nic nie wartych przeprosin.

Wbrew temu, co mówią dorośli, zracjonalizowawszy sobie doznane w dzieciństwie krzywdy, kary nie uczą odróżniania dobra od zła ani nie przyzwyczajają dziecka do konieczności przestrzegania w przyszłości prawa. Moralnego (lub nie) postępowania dziecko uczy się od rodziców, na zasadzie obserwacji i naśladowania, a obowiązujące w dorosłym życiu zasady powinny być przestrzegane nie z powodu strachu przed pałą policjanta, lecz dlatego, że pewnych rzeczy (wśród których są również takie, za które nie grozi żadna kara, np. zdrada czy kłamstwo) po prostu się nie robi. Bo są złe, bo krzywdzą innych - a nie: "bo można pójść do więzienia".

Czego "uczy" izolacja?

Jak wiadomo, time out jest stosowany nie tylko jako zwyczajna kara, ale też i w celu uspokojenia, "wyciszenia" przeżywającego trudne emocje dziecka. To drugie zastosowanie jest równie szkodliwe i przeciwskuteczne jak odosobnienie za karę. Time out nie uczy bowiem kontrolowania emocji, lecz ukrywania ich i tłumienia. Dziecko, owszem, prędzej czy później (trzylatek raczej nie w trzy minutki...) "uspokaja się", lecz ten "spokój" (koniec płaczu, krzyku, "histerii") nie oznacza wcale, że nauczyło się samokontroli. Wszyscy ludzie lepiej radzą sobie z regulowaniem emocji w bliskim kontakcie z drugim człowiekiem, a dzieci dotyczy to w szczególności - bliskość rodzica jest dla nich bowiem rzeczą tak niezbędną do życia i rozwoju jak pokarm czy tlen. Pozbawiając dziecko bliskości, izolując je i ignorując, odbieramy więc mu możliwość zaspokojenia jednej z podstawowych potrzeb, co samo w sobie jest dla niego źródłem ogromnego stresu i cierpienia. A jeśli izolacja ma miejsce w momencie, gdy dziecko bardziej niż zwykle potrzebuje bliskości i pomocy w poradzeniu sobie z emocjami, jest to dla niego wyjątkowo krzywdzące i niszczące emocjonalnie.

Dziecko uczy się, że jego potrzeby, których niezaspokojenie manifestuje w jedyny dostępny sobie sposób (np. tzw. "histerią"), nikogo nie obchodzą, a za samo ich posiadanie jest karane pozbawieniem możliwości zaspokojenia potrzeby bliskości. Małe dziecko nie powie przecież spokojnym, cichym głosem: "Kochana mamusiu, przepraszam, że przeszkadzam, widzę, że jesteś bardzo zajęta, ale czy mogłabyś poświęcić mi trochę czasu i uwagi? Moje potrzeby są niezaspokojone, potrzebuję pomocy w nazwaniu ich i nauce zaspokajania w dojrzały sposób" .

Wieczne odosobnienie

Nie powie w wieku trzech lat, a dzięki time out... zapewne nigdy później. Metoda ta, ucząc tłumienia i ukrywania emocji, jednocześnie przeszkadza w nauce nazywania emocji i potrzeb. Bo jak nazwać coś, czego ma nie być? Jak nazwać i nauczyć się przeżywać coś, za odczuwanie czego grozi kara (tak, kara! dla dziecka takie "wyciszanie" jest okrutną, przynoszącą mnóstwo cierpienia karą) w postaci przymusowego odosobnienia, które trwa w nieskończoność? Małe dzieci nie znają się na zegarku i nie mają poczucia czasu umożliwiającego im zrozumienie, że kara skończy się za parę minut (oczywiście o ile zostaną poinformowane o czasie jej trwania, co w pseudoporadnikowym programie "Superniania" nie zawsze miało miejsce).

Taka izolacja wiąże się więc nie tylko z opuszczeniem, osamotnieniem, poczuciem niezrozumienia i krzywdy, ale też ze strachem (całkiem realnym jak wszystko, co dziecko odczuwa), że kara nigdy się nie skończy, a rodzic nigdy nie wróci. Rodzic wraca, ale utracone w ciągu tych kilku minut zaufanie - niekoniecznie. Time out (i jako kara, i jako wyciszenie) niszczy bowiem zaufanie dziecka do rodzica i sprawia, że może ono więcej nie przyjść do niego z żadnym swoim problemem. I znów: zdecydowana większość z nas może potwierdzić to własnym doświadczeniem. Jaki procent dzieci wychowywanych w systemie nagród i kar ufa rodzicom i zwierza się im ze swoich problemów? Kto z nas, stojąc w kącie albo pod salą w szkole, zastanawiał się nad własnym nieodpowiednim zachowaniem i odczuwał skruchę, a nie - pielęgnował w tym czasie bunt, planował zemstę lub rozważał, jak bardzo niesprawiedliwie został potraktowany?

Emil, wyjdź z drewutni!

Nie twierdzę, że wszystkie przymusowo izolowane dzieci cierpią podczas odosobnienia straszne katusze. Zapewne są jakieś wyjątki - na przykład Emil ze Smalandii, który w swojej drewutni, do której był wysyłany za karę, zajmował się rzeźbieniem. Być może niektóre dzieci o bujnej wyobraźni, siedząc na karnym jeżyku albo krzesełku grzecznościowym, odbywają sobie w tym czasie wędrówki po świecie fantazji. Jeśli jednak takie dzieci istnieją w rzeczywistości, to - wraz z tymi, na których kary nie robią już żadnego wrażenia, i których rodzice muszą szukać bardziej dotkliwych form karania (kary, jak wiadomo, tracą swoją "moc" i muszą być coraz bardziej dotkliwe, by nie powiedzieć: okrutne, bo inaczej nie "działają") - stanowią wyjątki.

Jak czuje się większość karanych dzieci, doskonale wiemy, bo sami to przeżywaliśmy. Wiemy też, że kary nie działają, a przynajmniej nie w ten sposób, jakiego życzą sobie rodzice. Nie działają zresztą nie tylko kary stosowane w wychowywaniu dzieci, ale też - jakiekolwiek inne (o czym świadczy chociażby procent osób ponownie skazanych na karę więzienia, w zeszłym roku wynoszący więcej niż 50 , i o czym również doskonale wiedzą ci z nas, którzy byli kiedyś "ukarani" przez szefa). Nie oznacza to oczywiście, że należy z dnia na dzień zamknąć wszystkie więzienia i znieść kodeks karny. Z karnych jeży w wychowywaniu dzieci można jednak z powodzeniem zrezygnować, co uczyniono w Australii, gdzie ze względu na szkodliwość time out zakazano stosowania tej metody w przedszkolach .

Oczywiste oczywistości

To, o czym piszę, jest oczywiste. Podważając zasadność istnienia i trwania systemu nagród (równie bezsensowych, ale o nich może już innym razem...) i kar, nie odkrywam Ameryki, lecz opisuję rzeczy oczywiste, banalnie proste i logiczne, ale - nieuświadamiane. Wyrośliśmy w tym systemie i większość z nas - przynajmniej od momentu osiągnięcia pełnoletności - nigdy się nad nim nie zastanawiała. Od zawsze słyszeliśmy, że za złe postępowanie należy się kara, a za dobre - nagroda, więc przyjęliśmy to za pewnik, dogmat, którego nie podważały nasze własne doświadczenia, świadczące o tym, że nawet jeśli coś się "należy", to na pewno niczego dobrego nie uczy. A jeśli celem kar i nagród nie jest uczenie czegokolwiek, a jedynie wymierzanie tzw. sprawiedliwości, to tym bardziej nie powinny one być stosowane w wychowywaniu dzieci. Warto bowiem nauczyć swoje dzieci czegoś więcej niż cwaniactwa (za pomocą kar) i materializmu (za pomocą nagród).

Wiele jeszcze "oczywistości" pozostało do opisania - choćby przeciwskuteczność nagród - ale wiem, że już samo podważenie rewelacyjnej skuteczności karnego jeża i innych kar dla wielu osób będzie trudne do przyswojenia. Na koniec dodam więc, że pisząc ten tekst opierałam się nie tylko na doświadczeniach z dzieciństwa, intuicji i logice, ale też na wiedzy zaczerpniętej m.in. z ogólnodostępnych, napisanych przystępnym językiem, zrozumiałych dla każdego i godnych polecenia publikacji psychologów (np. Agnieszki Stein , Jarosława Żylińskiego i Małgorzaty Strzeleckiej ) oraz ekspertów innych dziedzin ( Andrzeja Bliklego i Alfiego Kohna ). Warto zapoznać się z ich opiniami, ale przede wszystkim usiąść w samotności i spokoju (np. na wygodnej poduszce w kształcie jeża), przypomnieć sobie swoje myśli i uczucia odczuwane podczas doznawania kar w dzieciństwie i zastanowić się, czy na pewno warto robić to samo własnym dzieciom.

Wiedza o przeciwskuteczności systemu nagród i kar oraz szkodliwości izolowania dziecka, choć oczywiście potwierdzona badaniami naukowymi i poparta argumentami ekspertów, nie jest bowiem żadną wiedzą tajemną, a zastosowanie jej w praktyce, czyli rezygnacja z karania i nagradzania dzieci to nie wyższa szkoła jazdy. Tę wiedzę, wraz z odpowiedzią na nasuwające się w tym momencie pytanie "co zamiast?", każdy rodzic ma w sobie, w swojej własnej pamięci - wystarczy tylko sobie przypomnieć.

Anna Golus

Więcej o: