Dywagacje na temat cyca zdrowego, mleka pełnego...

Czy kobieta jest chodzącym cycusiem, który najpierw ma zadowolić "księciunia-cycunia z bajki", a w kolejnym rozdziale życia sprowadzić ją do roli butli z mlekiem? Nasza Czytelniczka napisała do nas o pewnym piekąco-paląco-kłującym problemie.

Za duże. Za małe. Nierówne. Piegowate. Obwisłe. Kobiece piersi, obok epitetów rozmaitego kalibru, doczekały się też bardziej dosadnych synonimów swej zacnej i czasem trącającej wstydem nazwy. Bo to jakoś tak nie wypada piać peanów na cześć swojego biustu. Lepiej kokieteryjnie dosadzić mu z grubej rury i pojechać po sutach twierdząc, że i tak jest fatalny, do bani i w ogóle niedorozwinięty. Później pozostaje już tylko słuchanie ochów i achów na temat swojego cyca rzucanych przez inne kobiety, które chcą być miłe i podlizują się pieśnią pochwalną, wszak zależy im jedynie na naszej aprobacie. Dzięki temu są w stanie wmówić nam, że Monica Bellucci to przy nas brzydal i paskuda ogłady z wdziękiem pozbawiona.

To dziwne, że statystyczny Polak nie przyjmuje na pierś swą krytyki, a prawdziwie życzliwi, którzy formułują pod jego adresem konstruktywne lecz niekąśliwe uwagi odbierani są jak zło konieczne, godne dyskwalifikacji z kręgu znajomych. Po drugiej stronie barykady broniącej cycusia stoją mężczyźni, którzy w akcie głębokiego wazeliniarstwa, w przeciwieństwie do ich koleżanek po fachu, nie są w stanie zapanować nad procesem ślinienia się i oblizywania na samą myśl o ujarzmieniu biustu, jaki by on nie był, byle był. Lubieżne spojrzenie w dekolt to chyba znak firmowy większości panów, którzy bez względu na wiek, pochodzenie i status społeczny nie potrafią zapanować nad miotającą nimi chucią. Czasem trudno to zrozumieć i chyba lepiej nawet nie próbować wnikać w ich umysł, który w swojej fantazyjnej płodności jest lepszy od drukarki 3D i na zawołanie produkuje doznania płynące z wyobraźni dotykowej.

Tak, czy owak - jedno jest pewne - przedmiotowego traktowania płci pierś posiadającej nie da się wyplenić, bo trzeba byłoby wybić w pień płeć pierś ubóstwiającą. Dzięki nagonce serwowanej przez media i kanony mody statystyczna Polka ma wrażenie, że jej biust to cacko, na które trzeba chuchać i dmuchać, bo inaczej nici z zamążpójścia i znalezienia księciunia-cycunia z bajki. Inwestuje więc fortunę w seksowne staniki, wciera mazidła ujędrniające pierś, a w skrajnych przypadkach powierza swój los doktorowi skalpelowi, który zrobi rach ciach i w kilka minut sprzeda jej wymarzony wygląd.

Ta sama Polka, która nie może pozbyć się natrętnych myśli krążących wokół profilu jej piersi, jak już znajdzie wyśnionego księcia z bajki i zdecyduje się, świadomie lub nie, na zainwestowanie w tłuściutkiego bobaska, rozbije się prędzej czy później o falę mleka laktacyjnego. Prędzej. Zdecydowanie prędzej. W dobie, kiedy większość produktów serwowanych przez handlarzy trąca sztucznością, kiedy wokół przemieszczają się silikonowe boginie piękności, a hałdy odpadów opornych na gnicie powoli uśmiercają zieloną planetę, do głosu, paradoksalnie, dochodzi pęd w kierunku natury.

Matka od momentu narodzin dziecka przestaje być kobietą.

Pracownicy służby zdrowia oddają hołd karmieniu piersią, a swoje poglądy manifestują wbrew samym zainteresowanym odwołując się do zachowań, już kilka lat temu trafnie nazwanych terrorem laktacyjnym. Bez względu na to, czego pragnie, oczekuje oraz co lubi świeżo upieczona mama, jej JA wpada do śmieciarki społecznego nacisku, mielącej jej własne poglądy i prawo do samostanowienia. Matka od momentu narodzin dziecka przestaje być kobietą. Jej chcenie zostaje stłamszone w dobrej wierze, bo dla malucha trzeba się poświęcić. Nie trzeba. Poświęcenie to koszmar wymyślony przez opętanych, aby zyskać kolejnych członków maniakalnej drużyny. Poświęcenie bez pytania, czy chce tego druga strona jest gwałtem, niosącym poważne konsekwencje. Poświęcenie to w końcu wyimaginowany twór, znakomicie wpisujący się w kanon życia Polaka-męczennika, który za swoją ofiarę dostąpi zbawienia. Po śmierci? W takim razie - dziękuję.

Wracając jednak do tematów z dolnego szczebla piramidy Maslowa. Wykarmienie potomstwa własną piersią cofa nas do czasów, które wyciskają swoim pięknem łezkę w oku, chyba tylko dlatego, że na szczęście już przeminęły. Sięganie pamięcią do tego, co było zawsze trąca nostalgią, a wyidealizowany obraz człowieka żyjącego na łonie natury i w zgodzie z nią przyprawia o mdłości i wionie fikcją. Czasy się zmieniają, nie oszczędzając przy tym współczesnych kobiet, które dziś nie raz, nie dwa muszą wykarmić rodzinę, ale swoim zarobkowaniem. Wymuszanie na nich laktacji jest więc nieludzkie, ale zgodne z zasadami określonymi przez nawiedzonych naturalistów.

Wyobraźmy sobie matkę, która po porodzie (naturalnym, czy SZTUCZNYM) jest bombardowana argumentami prolaktacyjnymi, a położna, która jeszcze kilka minut temu nadwyrężała swoje struny głosowe komentując zajadle błędy poczynane podczas parcia, teraz z uśmiechem rozrzewnienia niesie jej maluszka i z mroźnym ciepłem w spojrzeniu przystawia go do piersi. Średnio interesuje ją fakt, że matka Polka może miałaby ochotę na odpoczynek, bo jej rozpruty brzuch pieni się krwiście o regenerację. Nie ma opcji, dziecko musi wyssać naszpikowaną środkami przeciwbólowymi siarę, bo inaczej będzie chorowite, słabe i przygłupie. Zastanawiające jest również to, że w XXI wieku jeszcze nikt nie wynalazł specyfiku na ogryzione brodawki, broczące po kilku pierwszych dniach karmienia krwią i osoczem. Wynaleziono natomiast szereg dobrych rad na temat prawidłowego przystawiania niemowlęcia do piersi, które tak naprawdę nadają się tylko po to, aby podnieść poziom adrenaliny matce wysysanej z resztki sił. Bo jak przemówić dziecku do rozsądku, jak je prosić, żeby uczepiło się całej brodawki, razem z otoczką, a nie zajadle ćwiczyło żuchwę na samym jej końcu? No jak? Absurd.

Silny ból piersi oczywiście minie, ale do tego czasu istnieje ryzyko, że płomień matczynej miłości do oseska zostanie przytłumiony bólem kolejnego karmienia. Pikanterii dodają też rady wszechwiedzących babć, cioć i dalekich krewnych, którym co prawda nie dane było wykarmienie swojego potomstwa, ale w zamian natura obdarzyła je wiedzą na temat laktacji. I zaczynają się komentarze na temat małej ilości mleka w cycu, słabej jakości mleka w cycu, bo przecież nie robi się z niego po odstawieniu śmietana i budyń, jak to jest w przypadku mleka krowiego. A potem to już tylko wszyscy boleją, że mama takiego cudownego szkraba popada w przygnębienie. I czemu? W dupie jej się poprzewracało, o!

No jak odmówić małemu miłośnikowi cycusia cogodzinnej dawki mleka?

Faktem jest, że początkowy okres karmienia piersią to nie lada wyzwanie dla każdej kobiety, która, słusznie lub nie, uwierzyła w magię laktacji. Nie oznacza to jednak, że problem kończy się wraz z przybraniem przez brodawki grubej skóry i zwolnieniem matki z wyrafinowanych doznań piekąco-paląco-kłujących. W świecie zachwytu nad przyziemnością krąży nieskończenie wiele mitów związanych z wygodą wyjęcia cycka gdziekolwiek i nakarmieniem dziecka. Stek bzdur, to określenie z serii light. A gdzie prawo do intymności? Czy ktoś pomyślał jak czuje się kobieta, która na ławce w parku świeci swoim biustem, na którym jedno po drugim zaczynają przysiadać spojrzenia przechodniów? Jeśli nie jest ekshibicjonistką, to czuje się fatalnie i miota się w ogniu poszukiwania ustronnego miejsca, ustępując po około pięciu minutach krzyku głodnego malucha. Od razu dodajmy, że karmienie mieszane nie rozwiązuje sprawy. Wie o tym każda mama, która spotkała się z dezaprobatą takiego rozwiązania przez układ pokarmowy swojego dziecka. Laktator? Owszem. Zakupienie ręcznej lub elektrycznej dojarki jest pewnym sposobem na to, aby nie eksponować swojego biustu w miejscach publicznych. Na pewno doskonale sprawdzi się też wtedy, gdy mama będzie chciała popłynąć wbrew prądom poświęcenia i pójść do fryzjera, czy zwyczajnie poplotkować z koleżanką. Albo wyspać się chociaż przez jedną noc w miesiącu.

W tym miejscu warto jednak zaznaczyć, że mechanizm działania laktatora sprowadza tę całą duchowość i piękno macierzyństwa do parteru, zajadle ciągnąc pierś, jak obiekt porannego udoju. A co się dzieje, gdy mama zachoruje? To kolejna jazda po wybojach. Bo z jednej strony trzeba się leczyć, a z drugiej? No jak odmówić małemu miłośnikowi cycusia cogodzinnej dawki mleka? Serce się kroi i krew zalewa, zwłaszcza wówczas, gdy na horyzoncie znów pojawiają się babcie Dobra Rada i lamentując snują wizję małointeligentnego i chłonącego wszelakie choróbska wnusia, drastycznie pozbawionego dopływu przeciwciał z organizmu matki wyrodnej, co chodziła z gołym tyłkiem i złapała przeziębienie. Z tym jednak można sobie lepiej lub gorzej poradzić, ale co zrobić z dzieckiem, które rzuca i trzaska butelką z mlekiem, bo chce przytulić się do piersi.

Opowieści o tym jakoby niemowlę zawsze wybierało butelkę, bo ma większy przepływ można schować między baśnie. Chyba, że to tylko ja trafiłam na takiego uparciucha? Skoro już pojawił się temat rozstania z cycem, warto go wzbogacić o definitywne zakończenie karmienia piersią. Lekarze ginekolodzy biją na alarm, że ich pacjentka zrobi sobie krzywdę, jeśli natychmiast nie przerwie laktacji, bo jej piersi są w opłakanym (i dodajmy - obwiśniętym) stanie. Tak, ci sami lekarze jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej hołdowali całemu procederowi. Teraz z kolei radzą, aby zjeść czosnek i odstraszyć malucha chyba oddechem, bo na pewno nie smakiem mleka, albo posmarować sobie sutki musztardą. Interesujące, czy sami smarują sobie własne członki wszelakie chrzanem chcąc zaprzestać pewnych procesów fizjologicznych?

Nie jestem zdecydowaną przeciwniczką laktacji, ale też nie jestem zagorzałą jej zwolenniczką.

Koniec końcem, laktację przerwać kiedyś trzeba. Istnieje jednak ryzyko, że zostanie to okupione łzami małego brzdąca, który nieświadomy jeszcze uroków życia, będzie domagał się maminej piersi i próbował zamanifestować swoje niezadowolenie niekończącą się histerią, której winna będzie oczywiście rodzicielka. Podsumowując i zarazem odpowiadając na komentarze złośliwych. Wszystko, co zostało powyżej napisane opiera się jedynie na moich własnych przemyśleniach i doświadczeniach. Mój syn skończył tydzień temu 21 miesięcy. Od 7 dni nie karmi się piersią. Mam nadzieję, że już tak pozostanie, bo w końcu kiedyś trzeba wydorośleć. Nie jestem zdecydowaną przeciwniczką laktacji, ale też nie jestem zagorzałą jej zwolenniczką. Szanuję poglądy i prawa mam, które zdecydowały się karmić piersią, nie ganiąc przy tym mam, które z jakichkolwiek powodów wybrały butelkę.

Boleśnie rozbiłam się o magię laktacji i chcę, aby wyrodne matki, które wybrały dla swojej pociechy mleko modyfikowane wiedziały, że nie wszystko złoto, co się świeci. Matka zawsze chce najlepiej dla swojego dziecka. I jeśli wybiera butelkę zamiast własnej piersi, to widocznie nie ma lepszego wyjścia. Jednocześnie trzymam kciuki za mamuśki, które dzielnie stawią opór wszechwiedzącym "specjalistom", patrzącym z politowaniem na maluszka karmionego mieszanką, życząc im stosów gwiazdkowych prezentów pełnych zrozumienia i empatii.

Matka Szczęsna z Częstochowy

Więcej o: