To nie związek, to uwiązanie - odpowiedź na list "koalkoholiczki"

Spora burza na przedwiośniu przewaliła się w komentarzach pod wyznaniami koalkoholiczki (tak, chodzi o osobę współuzależnioną, zachowałyśmy jednak określenie użyte przez autorkę). Dziś dłuższa odpowiedź, którą przysłała nasza Czytelniczka.

Cóż za niesamowity poziom empatii, zwłaszcza jak na kobiece forum. Komentującym szczerze winszuję. Podeszłam do tego miejsca z dużym zainteresowaniem i nadzieją, że będzie to platforma wymiany pozytywnej, kobiecej energii, ale im dłużej tu jestem i zagłębiam się w forumowe dyskusje, tym bardziej dochodzę do przekonania, że jest to jednak typowe miejsce, gdzie można sobie po kimś pojechać, poużywać na stereotypach, błyszczeć szyderą - itepe itede.

Drogie autorki komentarzy typu: "ile Ty masz lat", pisanie o autorce "młode dziewczę z nową maturą", "jak Bravo Girl", "czy ferie się skończyły" itepeitede - winszuję wyczucia, taktu, otwartego umysłu, nastawienia na komunikację z drugim człowiekiem.

Może ustalcie z góry ile trzeba mieć lat, jakie wykształcenie i jaką posiadać umiejętność posługiwania się językiem polskim w piśmie oraz przelewania swoich myśli na słowo pisane, żeby

a) miec prawo mieć z czymś problem i

b) być godnym poprosić o radę na tym portalu.

Wiecie, żeby każdy z góry wiedział gdzie jego miejsce w szeregu.

Autorka listu na pewno nie zdawała sobie sprawy z tego, że tu za wysokie progi. Pewnie teraz nie ma odwagi przeprosić, żeby nie marnować dłużej Waszego cennego czasu. To tytułem wstępu.

Byłam też bardzo dumna, że nigdy nie wpakowałam się w żaden toksyczny związek.

Tytułem rozwinięcia: zacznę od tego, że jestem DDA. Miałam to wielkie szczęście, że uświadomiłam sobie problem w wieku jeszcze późnonastoletnim i jeszcze większe, że trafiałam na odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie. Na terapię trafiłam wcześnie - zwłaszcza jak na tamte czasy, wtedy byłam jedną z najmłodszych w grupie. Przez terapię szłam jak burza - to była droga przez mękę, ale jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Oczywiście DDA po terapii dalej jest DDA i zawsze będę mieć swojego świra i go tresować. Ale zawsze byłam głęboko świadoma; byłam bardzo dumna z tego, ile własną ciężką pracą udało mi się osiągnąć.

Byłam też bardzo dumna, że nigdy nie wpakowałam się w żaden toksyczny związek. Dopóki się nie wpakowałam. Taka mądra, świadoma, wewnętrznie przerobiona. Niemająca, szanowne Panie, 20 lat i posiadająca całkiem starą maturę - ba, nawet wyżej magistra podskoczywszy.

W kilka miesięcy odciął mnie psychicznie od rodziny i przyjaciół, przestałam im cokolwiek mówić.

Do dzisiaj tego nie rozumiem, do dzisiaj się tego wstydzę i do dzisiaj ten człowiek jest jedyną osobą, której się boję. Moja rodzina nie wiedziała, co się ze mną dzieje, siostra była zrozpaczona, bo nie wiedziała jak do mnie dotrzeć, najlepszego przyjaciela odcięłam całkiem - żyłam w jakimś innym świecie. Ten człowiek po mistrzowsku manipulował moimi emocjami - potrzebą zrozumienia, akceptacji, bycia "zaopiekowaną", docenioną, chęcią uszczęśliwienia partnera, skłonnością do poświęceń. Manipulował moimi słowami, faktami z mojej przeszłości. Grał na poczuciu winy, na samoocenie, na wstydzie.

W kilka miesięcy odciął mnie psychicznie od rodziny i przyjaciół, przestałam im cokolwiek mówić - bo przecież jakbym im powiedziała co się dzieje, to oni by nie zrozumieli, nie mogą zrozumieć, a to nie jest tak, on nie jest taki, to przeze mnie.

Schemat był klasyczny, podręcznikowy: mieliśmy niesamowite porozumienie intelektualne, mnóstwo wspólnych punktów, jak się zaczęło, to zawirował świat tysiącem barw, hej! Nosił na rękach, ubóstwiał, wielbił, traktował jak księżniczkę. Potem było pierwsze tąpnięcie - ale za to jakie! Ja kompletnie nie wiedziałam, co się dzieje, nigdy nie miałam do czynienia z taką przemocą (mówię o przemocy psychicznej), do tego tak celnie stosowaną. Potem było przepraszanie, zapewnianie, uwielbianie. Wielka ulga, że to nie tak, on taki wcale nie jest, to był jakiś zły sen, tak naprawdę jest taki właśnie wspaniały, cudowny, kochający, a tamto, to można przecież zrozumieć, on miał ciężkie życie, ja też nie jestem bez winy, przecież mogłam tego nie robić, tamtego nie mówić, tak się nie uśmiechnąć, właściwie to ja wszystko zaczęłam. A potem to już perpetuum mobile.

Opamiętałam się dopiero, kiedy zaczęły się u mnie stany lękowe.

W ciągu kilku miesięcy facet mnie psychicznie zniszczył i sponiewierał. Ja, taka mądra, taka światła i taka świadoma, dałam sobie wmówić, że jestem nic nie warta. Dałam mu sobie mówić okropne, potworne rzeczy. Mało tego, dałam je sobie wmówić. Nikt z moich znajomych w życiu by nie uwierzył, że ja - znana z silnego charakteru, indywidualizmu, stanowczości - dałam z siebie zrobić przerażoną, skamlącą, bezwolną marionetkę. Nikt by nie uwierzył, gdybym powiedziała, że pozwoliłam komukolwiek nazwać mnie "szmatą" czy "suką" - a zaręczam, że w dole sinusoidy to były jedne z łagodniejszych określeń, które słyszałam - i nie zrównałam tego kogoś z ziemią. I że później to ja przepraszałam. To ja prosiłam, żeby walczyć o tę naszą, jakże wspaniałą, relację. I że ten cykl zdarzył się nie raz.

Opamiętałam się dopiero, kiedy zaczęły się u mnie stany lękowe. Kiedy budziłam się w nocy i z otwartymi oczami śniłam na jawie, że ktoś mnie dusi, i fizycznie zaciskało mi gardło, a ja nie mogłam nabrać powietrza i leżałam sparaliżowana i przerażona, dopóki nie przebiłam się przez panikę z racjonalnym "to się nie dzieje, to jest sen".

Może autorka listu nie ma odwagi albo umiejętności, żeby oddać Wam tak obrazowo jak wygląda relacja z alkoholikiem. Ale jestem przekonana, że te schematy są jej doskonale znane.

Ja mam to ogromne szczęście, że mam zastęp cudownych ludzi, którzy nie pozwolili mi, żebym się od nich odcięła i kiedy tylko wynurzyłam wreszcie łeb spod wody, zaczęli mnie z niej wyciągać. Mam też szczęście, że trafiłam na miejsce w internecie, w którym po napisaniu o takim problemie człowiek dostaje niesamowite wsparcie, którego użytkownicy potrafią dodać człowiekowi siły, żeby mógł walczyć. Gdzie nikt nie oceniał, nie usiłował mi udowodnić, że muszę być upośledzona, skoro pozwalam sobie coś takiego robić. Gdzie nie słyszałam "musisz być głupia", tylko "jesteś wspaniała, niesamowita, wartościowa, nie pozwól, żeby ktokolwiek wmówił ci, że jest inaczej".

Po tych wszystkich perturbacjach znalazłam kogoś, przy kim związek szczęśliwie układa się sam.

Udało mi się skończyć tamtą historię. Zablokowałam wszelkie formy kontaktu, zmieniłam numer, mało tego: wyprowadziłam się do innego miasta, żeby nie spotkać przypadkiem na ulicy. Minęło parę lat, a ten człowiek dalej potrafi mi się przyśnić w koszmarach. Kiedy przyjeżdżam do rodziny, praktycznie nie spotykam się z nikim "na mieście", bo boję się, że go spotkam. Czuję nawet lęk wysyłając ten komentarz, bo boję się, że go przeczyta, a paraliżuje mnie wizja nawet takiego "spotkania" z nim. Ale myślę, że trzeba o takich rzeczach pisać. Że kobiety muszą mieć świadomość, że wchodząc w taką relację wiążą się nie z człowiekiem, tylko z chorobą. I że te wszystkie strzały pozytywnych emocji są takim samym objawem choroby, jak koszmarne zjazdy. Że to nie ma przyszłości. Że nic się nie zmieni. Że nie będzie lepiej, tylko gorzej.

Przeszłam parę przelotnych romansów, jeden bezsensowny związek i jeszcze jedną relację bez przyszłości, bo pan też miał problem, który relację zabił. Na szczęście ten pan był na tyle mądry, że teraz coś z tym robi, a ja życzliwie trzymam mocno kciuki - jako dobra znajoma, bo po tych wszystkich perturbacjach znalazłam kogoś, przy kim związek szczęśliwie układa się sam, wszystko jest proste, a ja jestem sobą, jestem kochana z dobrodziejstwem inwentarza i "wizawi".

Przede wszystkim nie, nieprawda, że cokolwiek jest z Tobą nie tak.

Czego autorce listu serdecznie życzę. Oraz tego, żeby uświadomiła sobie, że to, w czym tkwi, to nie związek, tylko uwiązanie. Że tak silne emocje nie oznaczają, że musi to miłość, tylko właśnie współuzależnienie - psychiczne uzależnienie od osoby uzależnionej, od cyklicznych kopów adrenaliny w dole sinusoidy i strzału endorfin w górze. Że to żadne niesamowite porozumienie i telepatyczna więź, tylko zwykła manipulacja, w której alkoholicy mają level master.

Autorko, bardzo współczuję, wiem co czujesz, wiem jak to jest - uwierz, to nie tak powinno wyglądać Twoje życie. Nie tego szukasz. I nie, to nie jest nic wyjątkowego. I nie, nie potrzebujesz go, żeby oddychać. A przede wszystkim nie, nieprawda, że cokolwiek jest z Tobą nie tak. Jesteś warta kogoś, kto będzie Cię akceptował ze wszystkim, co o Tobie stanowi. Każdy jest. Tylko, co zasmucające, nie każdy ma tego świadomość.

Więcej o: