Nieuleczalna choroba to najokrutniejszy z życiowych testów [LIST]

"Jeśli w waszej rodzinie pojawi się rak, nie udawajcie, że wszystko jest normalnie. Pożegnajcie się, jeśli macie okazję. Ja swoją zmarnowałam" - gorzkie wyznanie Czytelniczki, która ma nadzieję, że innych uchroni przed podobnym błędem.

Nie ma chyba cięższego doświadczenia niż walka z nieuleczalną chorobą. Informacja o tym zawsze spada jak grom z jasnego nieba. Nie tylko na chorego, ale też na całą jego rodzinę. Tak przynajmniej stało się u mnie. Był szok, zdziwienie, wściekłość i ostatecznie - wyparcie. Głowa rodziny, mężczyzna, do którego wszyscy przychodziliśmy po radę, bardzo poważnie zachorował. Diagnoza była w istocie wyrokiem - zaawansowany rak kości. Nie tracił jednak poczucia humoru ani animuszu, więc wszyscy wierzyliśmy, że będzie dobrze. Dowcipkował opowiadając o napadach bólu i postępującej utracie sił. Może dlatego nawzajem się przekonywaliśmy, że "złego diabli nie biorą" itd. I choć lekarze byli więcej niż ostrożni, ignorowaliśmy ich słowa. Bo przecież siła ducha i chęć życia są w stanie pokonać wszystko. "Nie z takich chorób ludzie wychodzili" - mówiłam podczas kolejnych wizyt w szpitalu. To, co mówili lekarze, umniejszałam, ignorowałam lub ozdabiałam stwierdzeniem "dla nich to tylko kolejny pacjent z nowotworem, nie znają go tak, jak ja!".

Zakazałam rozsiewania złych myśli, przeżywania smutku, mówienia o konieczności ustalenia kwestii związanych z pogrzebem.

Teraz widzę, że przede wszystkim kierował nami strach, jak to mogłoby wszystko wyglądać bez niego. Z całych sił ignorowaliśmy wszystkie symptomy. Za nic w świecie nie chcieliśmy się pożegnać z chorującym wujkiem. Gdy zaś ciocia zaczęła delikatnie sugerować, że nie będzie już dobrze, padły oskarżenia, że wyczekuje jego śmierci. Słowa tak gorzkie, że nie jestem w stanie ich sobie teraz wybaczyć. Bo to ja grzmiałam najgłośniej. Krzyczałam, że trzeba walczyć do końca, a brak nadziei i przygotowywanie się na śmierć świadczy o wszystkim, ale nie o miłości. Zakazałam rozsiewania złych myśli, przeżywania smutku, mówienia o konieczności ustalenia kwestii związanych z pogrzebem, a tym bardziej ich ustalania. Chyba naprawdę uwierzyłam, że wystarczy z całych sił wierzyć w ozdrowienie, żeby ono się pojawiło.

Chciałam żyć normalnie, a przynajmniej tak jak przed rakiem. Nie wiedziałam, że to niemożliwe.

Byliśmy bardzo głupi. Stan pogorszył się nagle, w nocy. Zapaść. Nikt nie był na to przygotowany, a z pewnością nie ja. Zdążyłam daleko wyjechać, bo skoro przekonałam sama siebie i innych, że nie jest źle, to nie czułam się zobowiązana do tego, aby być blisko chorego. Chciałam żyć normalnie, a przynajmniej tak jak przed rakiem. Nie wiedziałam, że to niemożliwe. Nie miałam dość siły, aby przyznać przed sobą i innymi, że jest źle. I że nie ma żadnej nadziei. Przyjechałam do wujka, gdy leżał już na OIOM-ie. Początkowo podłączony tylko do respiratora, potem także do tzw. sztucznej nerki. Nie mogłam z nim porozmawiać, bo lekarze wprowadzili go w stan sedacji - to rodzaj snu, aby chory był w stanie "współpracować" z podtrzymującymi go przy życiu maszynami. Stan jest przez lekarzy określany jako agonalny. Nie są w stanie dać ani mnie, ani reszcie rodziny żadnej nadziei. Prawie nikt z wujem się nie pożegnał. Nie zdążyłam powiedzieć mu, że jestem wdzięczna za to, że zastępował mi ojca. Tak uparcie odsuwałam od siebie myśl, że odchodzi, że gdy wreszcie do tego doszło, byłam zupełnie nieprzygotowana.

Wujek podejmował próby rozmowy. Mówił, że chciałby mi powiedzieć coś zanim go zabraknie.

To nie jest tak, że nie mam już nadziei. Wciąż wierzę, że może jakimś cudem jego płuca i nerki zaczną samodzielną pracę. Ale żałuję każdej godziny, którą mogłam poświęcić na bycie z nim kiedy jeszcze mnie słyszał. Bo mój wujek podejmował próby rozmowy. Mówił, że chciałby mi powiedzieć coś zanim go zabraknie. Natychmiast wtedy oponowałam, mówiłam, że przecież się trzyma, że będzie na pewno dobrze. Szybko zmieniałam temat na możliwie najdalszy wobec raka. Unikałam nawet samego słowa "choroba". Snułam plany, co zrobimy kiedy tylko weźmie się w garść (uważałam, to wręcz za dobrą motywację). "Gdy wyjdziesz ze szpitala, pojedziemy gdzieś tam" - lubiłam mówić.

Zabrakło mi dojrzałości i odwagi. Stchórzyłam. I nie wiem co musiałoby się wydarzyć, żebym mogła ten stracony czas nadrobić. Piszę o tym, bo nie chciałabym, żeby ktoś popełnił mój błąd. Jeśli w waszej rodzinie pojawi się rak, nie udawajcie, że wszystko jest normalnie. Miejcie odwagę zachować się tak jak należy. Celebrujcie każdą chwilę. Wspominajcie, śmiejcie się i płaczcie. I pożegnajcie się, jeśli macie okazję. Ja swoją zmarnowałam.

M.

[Kto trudniej znosi umieranie - pacjent czy jego rodzina? Kiedy lepiej nie mówić całej prawdy, czym jest tanie pocieszenie i czy rzeczywiście śmierć jako margines codzienności to rzecz nowa dla naszej kultury? Przeczytaj rozmowę z Ewą Kalińską, psychologiem z hospicjum onkologicznego . ]

[Od Redakcji: Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Tym razem jest to 30-dniowy kod do Kinoplex.pl.]

Foch poleca!

Więcej o: