Randki w PRL-u? "Nie chodziło się do knajpy, bo się nie miało kasy". Były za to goździki i oranżada

Dziś mamy dostępne telefony, samochody i nieskończoną liczbę miejsc, do których możemy zabrać naszą drugą połówkę. A jak randkowało się w czasach PRL-u? Wachlarz możliwości był skromniejszy, ale nie czuło się, że czegoś brakowało.
Randki w PRL-u? 'Nie chodziło się do knajpy, bo się nie miało kasy'. Były za to goździki i oranżada
Randki w PRL-u? 'Nie chodziło się do knajpy, bo się nie miało kasy'. Były za to goździki i oranżada fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Randki dla wielu osób wiążą się z dużą ekscytacją, a dla innych to prawdziwy horror. Dziś jednak mamy sporo narzędzi do tego, by te pierwsze miłosne spotkania odbywały się w taki sposób, jaki nam najbardziej odpowiada. Gdybyśmy odbyli podróż w czasie kilka dekad wstecz i opowiedzieli o portalach i aplikacjach randkowych ówczesnym dwudziestolatkom, postukaliby się w czoło. Kiedyś bowiem randkowanie wyglądało zupełnie inaczej. Jak? Zapytaliśmy o to nasze rozmówczynie.

Zobacz wideo Dociekliwy Eryk przepytuje swojego tatę: Co lubią dziewczyny? [TATO, POWIEDZ]

Randki w PRL-u? "Nie chodziło się do żadnej knajpy, bo się nie miało kasy"

- Przede wszystkim, żeby doszło do randki, trzeba było kogoś poznać - mówi Anna, warszawianka z krwi i kości. - A poznawało się zwykle na dyskotece, w szkole, na obozie czy wczasach lub w pracy. Aby się umówić z nowo poznaną osobą, trzeba było zadzwonić. Jeśli się miało telefon stacjonarny. A jak nie to z budki telefonicznej. Wtedy nie było maili sms-ów czy portali randkowych. Nie było internetu i nawet się nikomu nie śniło, że będzie. No może w powieściach science fiction.

W mniejszych miejscowościach wachlarz możliwości poznania kogoś był nieco skromniejszy. Mimo to młodzież doskonale sobie radziła. Jak mówi Iwona: - U nas na wsi poznawało się chłopaków i dziewczyny przeważnie na wiejskich zabawach. Było ich sporo, bo organizowano je prawie co tydzień w jakiejś wsi. Poza tym na różnych weselach. Bo teraz to się chodzi z osobą towarzyszącą, a kiedyś się chodziło bez żadnej pary.

Jak już dochodziło do randki, to się szło na spacer, wycieczki rowerowe, ewentualnie autobusem albo pociągiem jechało się do większej miejscowości, ale to z rzadka. Samochody mieli wybiórczo jacyś bogatsi ludzie i młodzież raczej nie miała do nich dostępu. Nie chodziło się do żadnej knajpy, bo się nie miało kasy. Były wyjścia albo na lody, albo na oranżadę. Ale na pewno nie do restauracji

- podkreśla Iwona i dodaje: - Można było jeszcze pójść razem na zabawę. Wtedy już się pilnowało tej osoby, żeby broń Boże żaden chłopak czy dziewczyna nie poderwała. Czasami zapraszało się tę drugą osobę do siebie do domu, ale z rzadka. Chyba że związek był już taki bardziej zaawansowany. Ale ogólnie w domu, szczególnie jak rodzina była wielodzietna, było za dużo świadków. Także raczej się umawiało gdzieś na zewnątrz i się szło za rękę do lasku albo parku. Oczywiście jak się za tę rękę szło i ktoś znajomy zobaczył, to potem w szkole był szał i obgadywanie: ten z tą, a tamta z tym. 

Jak wyglądały randki w PRL-u? "Absolutnym hitem były białe skarpetki u panów"

Jeśli zaś chodzi o randki w dużych miastach, wybór miejsc był już większy. Anna doskonale pamięta najbardziej popularne wtedy lokale:

Zwykle się szło do kina (w Warszawie modny był Relax czy Atlantic w centrum), do kogoś na prywatkę, do kawiarni czy restauracji. Lub do domu posłuchać płyt winylowych. Wtedy nie było knajpek, pubów. W restauracji czy kawiarni wybór niewielki, na pewno kawa, herbata i jakieś ciastko. W restauracjach kilka nudnych i nieapetycznych dań, jeśli się miało szczęście.

- Jak nie było funduszy, to się szło na spacer do parku, na Starówkę, na lody z budki. Absolutnym kawiarnianym luksusem był Hortex przy domach centrum i kultowa Ambrozja w pucharku. To było zawsze dobre. Ale były kolejki jak wszędzie, no i czekało się na miejsce.

Nasz nowy wideo podcast "Slay show" dostępny także w serwisach streamingowych. Obejrzyj najnowszy odcinek.

Jeśli miała to być randka "sam na sam" to trzeba było zorganizować "wolną chatę", co było najtrudniejszym elementem. A jeśli nie miało się kompletnie pomysłu i surowych rodziców, to wystarczyło posiedzieć na klatce schodowej (nie było domofonów, a więc i pozamykanych drzwi) czy na ławce pod blokiem.

- Jeśli chodzi o kwiaty, jakie się wtedy dostawało, to wybór również był niewielki - mówi Anna. - Goździk, róża, gerbera. Ze wstążką, smutnie zwisającą, jak teraz pomyśleć. Bukiety to się robiło na ślub lub pogrzeb. Lepiej było latem, wtedy można było zdobyć bukiecik stokrotek, konwalii albo fiołków. A jeśli chodzi o czekoladki, to zabłysnąć można było Ptasim Mleczkiem wedlowskim - jak się miało szczęście, bo gdzieś "rzucili". Strój? Absolutna dowolność, ale trzeba było być modnym. Ciuchy kupowało się na bazarach, u prywaciarzy lub Pewexie. Kto nie pamięta papierowych kurtek, espadryli lub białych butów? Absolutnym hitem były białe skarpetki u panów, koszulki polo firmy Lacoste i Wranglery. Czasem szyło się samemu - tu myślę głównie o paniach.

A jak wy pamiętacie swoje randki tych kilka dekad temu? Czy wasze wspomnienia są podobne, a może zupełnie inaczej to u was wyglądało? Jesteśmy bardzo ciekawi!

Więcej o: